Wichry wojny na Ukrainie zmiotły gdzieś omikrona z naszego pola widzenia. Choć to nie tyle nowe warianty SARS-CoV-2 są groźne, ile niefrasobliwe zachowania ludzi, którzy nie przestrzegają zasad epidemicznych. Przecież wirus sam w sobie to martwa cząsteczka, która nie może zakażać, dopóki nie trafi do organizmu.
Wojna i pokój, niczym dwa małżeństwa, mieszkają obok siebie w tej samej klatce schodowej. Awantury są z pozoru domeną tylko jednego z nich. Dopóki sąsiedzi zamiast tradycyjnego dzwonka nie próbują dobijać się do drzwi rakietami balistycznymi.
Rząd podarował nam trochę luksusu. Do ochrony pozostają nam teraz tylko maseczki i skrócona izolacja. Pal diabli, że jeszcze w lutym o covida „rozbijały się” trzy tupolewy dziennie. Omikron okazał się prezentem.
Co miesiąc obiecuję sobie solennie, że zamiast warczeć z tej ostatniej strony, obwieszczę światu, że wreszcie rząd zrobił coś dobrego dla lekarzy. Jestem cierpliwy i wyrozumiały, bo niejedno słyszałem i widziałem, ale z wolna tracę nadzieję, że taki miesiąc kiedyś nadejdzie.
Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera. Oficera może owszem, ale nawet z maturzysty nie da się chybcikiem ulepić lekarza. To powiedzenie doskonale obrazuje dobór kadr do komunistycznej elity w pierwszym okresie istnienia Polski Ludowej.
„Nie chcemy narażać pacjentów, ale też nie chcemy być zakładnikami systemu” — mówią medycy. Ich białe miasteczka mają już swoją legendę. Przypominają czy to bitewne namioty wezyrów, czy to zadaszenia wykorzystywane podczas poprawin, które nowożeńcy organizują po weselach. I to wszystko w samym środku stolicy, w uroczej otulinie Królewskich Łazienek i wytwornej dzielnicy rządowej.
Wpływanie na zdrowie jest procesem długofalowym i wymaga aktywnej polityki społecznej. W Polsce uprawia się ją na poziomie centralnym, regionalnym oraz lokalnym. Polityka to nie jest sztuka zdobywania władzy, lecz umiejętność rządzenia państwem dla osiągnięcia celu, jakim jest dobro wspólne.
Kolejny lockdown już czeka w blokach startowych. Już się wydawało, że pandemia przegra ze zdrowym rozsądkiem cywilizowanych społeczeństw. Nic podobnego! Okazuje się, że naszego życia nie można powierzyć mistyfikatorom, kłamcom, mistrzom pedagogiki głupoty i sztukatorom.
Kiedy wreszcie lekarze i pielęgniarki podzielą się miedzy sobą odpowiedzialnością za końcowy sukces terapeutyczny? Pielęgniarki to dziś nie tylko zgrabne dziewczęta, które potrafią wkłuć się do trudnej żyły, ale zawodowe partnerki lekarzy, po wyższych studiach.
W ciągu ostatniego stulecia przeciętny czas życia człowieka na Ziemi wydłużył się co najmniej dwukrotnie. Ludność naszej planety wzrosła aż do 8 miliardów kobiet i mężczyzn. Uczeni przypisują to wprowadzeniu szczepień ochronnych i odkryciu antybiotyków oraz szeregu dodatkowym czynnikom, jak chlorowanie wody pitnej czy pasteryzacja mleka. Bo jeszcze przed półwiekiem szalały gruźlica i dziecięce choroby zakaźne, a więc zjawiska, których nikt dziś szczególnie nie rozpamiętuje.
Po względnej stabilizacji kadr lekarskich znów pojawił się popyt na ich pracę i życie za granicą. Falę lekarskiej emigracji po akcesji do Unii Europejskiej zatrzymała w latach 2006-2007 roztropna decyzja o wzroście wynagrodzeń w tym zawodzie. Dziś gotowość do wyjazdów powraca, co potwierdza Naczelna Izba Lekarska, która wydaje lekarzom potwierdzenie uznania kwalifikacji zawodowych, umożliwiających podjęcie pracy w krajach UE.
„Fałszywa pandemia” to nowe graffiti na setkach wiejskich przystanków autobusowych przy drogach Polski powiatowej, które oznajmia, iż za pandemią stoi podobno jakiś wszechwładny Książę Ciemności. Ponad połowa naszych rodaków nie zdaje sobie sprawy, że sam fakt podwójnego wyszczepienia, a nawet wyzdrowienia nie jest gwarantem rozpowszechniania wirusa.
Mija rok, odkąd ujawniono w Polsce pierwsze zachorowanie z powodu koronawirusa. Społeczeństwo w swojej masie krytycznej zareagowało wówczas całkiem racjonalnie. Czyli tak jak w mobilizacji przed atakiem militarnym. Ze sklepów znikały masowo: cukier, mąka, makaron i papier toaletowy. Przerażeni ludzie pochowali się w domach, chociaż właśnie do życia budziła się wiosna, która sprzyja spacerom i sąsiedzkim pogawędkom.
W marcu jak w garncu. Tym razem ludowe porzekadło będzie nam się kojarzyło nie tylko z kapryśnym klimatem, ale też z apogeum trzeciej fali pandemii. Przynajmniej tak zapowiada minister zdrowia. I niemal w tym samym momencie twierdzi, że „trzeba powoli wychodzić i akceptować pewne ryzyka, które są związane z luzowaniem”, w tym te dotyczące powrotu uczniów do szkół. Skąd ten optymizm, kiedy już wiadomo, że mutacja brytyjska wirusa rozmnaża się łatwiej i rozprzestrzenia szybciej?
Liczba lekarzy w Polsce należy do najmniejszych w Europie. Od otwarcia granic unijnych, 12-15 tys. najlepiej zapowiadających się specjalistów zainstalowało na Zachodzie już na dobre swoje kariery i rodziny. Dzieci im w międzyczasie urosły, a oni sami przekonują, że do kraju powrócą. Ale dopiero na emeryturę, wypracowaną w Irlandii lub Holandii.
Pandemia staje się powoli towarzyszką doli lub niedoli. W zależności od ogólnego kontekstu, obfitych opadów śniegu czy spóźnionego refleksu sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Stała się więc idealnym listkiem figowym dla przykrycia wstydliwych obszarów władania.
Na początek nowego roku pandemicznego upraszam się o odrobinę powagi. Kampania medialna coraz częściej ośmiesza dobrodziejstwo szczepień. Kolejni notable, po przyjęciu zastrzyku, triumfalnie wstają i gromko oznajmiają przed kamerą, że „nic nie bolało”. Przekaz to iście karnawałowy, ale dla przedszkolaków.
Podobno w Wigilię Bożego Narodzenia nawet zwierzęta mówią ludzkim głosem. Chociaż praktyka dowodzi, że coraz częściej bywa wprost przeciwnie. Nasi rodacy uwielbiają warczeć na siebie i zderzać się porożem, krzyczeć zamiast w zaciszu przekonywać się wzajemnie, zamieniać rozumne ryzyko na instynkt.
Podobno dzień po dniu, niemal od dekady jesteśmy coraz bliżej prawdy. Ale prawda niejedno ma imię. Manipulacja statystykami i epidemiologiczną terminologią wręcz kwitnie. Właściwie nie wiemy, kto gromadzi dane o zachorowaniach, a kto je potem ogłasza. Różnice opinii ekspertów są widoczne gołym okiem. Liczba zgonów jest niewspółmierna do zakażeń. 60 proc. pozytywnych wyników testów na obecność wirusa zwala z nóg. Europa szykuje się na obostrzenia również w nadchodzącej zimie. Austria już wprowadziła narodową kwarantannę i planuje masowo testować obywateli, by mieć „w miarę bezpieczne święta”.
Coś mi się zdaje, że na razie ostro przegrywamy tę walkę z pandemią. I to nie do przerwy, ale już w drugiej odsłonie tego nierównego meczu. A dlaczego? Bo nasza człowiecza drużyna, rozsiana po całym świecie, po prostu się nie lubi. A przeciwnik się ciągle mutuje i dozbroił się w jeszcze większą wirulencję.
Kocham przyrodę i człowieka jako jej gospodarza. Ale raczej nie zaprzątam sobie głowy dylematem, czy uroczym zwierzątkom futerkowym ma się lepiej powodzić niż ich hodowcom. Losy czworonogów od wieków były przesądzone, a teraz na najwyższym szczeblu państwowym frymarczy się losem ludzi, którzy uczynili z tego sposób na życie i przeżycie.