Felieton
488 godzin w miesiącu. Gdzie kończy się dyżur, a zaczyna praca ponad siły?
Opublikowano:
Sprawa warszawskiego Szpitala Południowego pokazała, że system ma problem nie tylko z kontrolą czasu pracy lekarzy, ale też z oceną, czy wykazywane godziny odpowiadają rzeczywiście wykonanej pracy. Bez rzetelnej ewidencji trudno ocenić zarówno bezpieczeństwo pacjentów, jak i to, czy publiczne środki są właściwie rozliczane.
Rano w poradni, po południu w szpitalu, a nocą dyżur w innej placówce. Każdy pracodawca widzi tylko własny grafik – nie wie, że lekarz przychodzi prosto z kilkunastogodzinnego dyżuru. Ludzki organizm nie rozróżnia form zatrudnienia – wyczerpanie się sumuje, nawet jeśli nie rejestruje go żaden centralny system.
W większości zawodów przemęczenie jest przede wszystkim problemem pracownika. W medycynie – również pacjenta. Od lekarza oczekuje się bezbłędnych decyzji i odporności na stres, choć przez lata – i chyba nadal – akceptowaliśmy kulturę, w której praca ponad siły oraz brak odpoczynku były traktowane jako dowód zaangażowania.
Zmęczenie lekarza nie jest jednak zaangażowaniem, tylko ryzykiem. A system pozwala, by niewyspany medyk podejmował decyzje dotyczące zdrowia i życia pacjentów.
120-godzinny dyżur
Skala problemu wykracza poza jedną warszawską placówkę. Według informacji przedstawionych 23 czerwca br. przez premiera Donalda Tuska wstępne ustalenia Najwyższej Izby Kontroli potwierdzają nieprawidłowości w szpitalach dotyczące między innymi czasu pracy lekarzy.
W jednej z wojewódzkich stacji pogotowia rekordziście wykazano 488 godzin pracy w ciągu miesiąca, co oznacza niemal 17 godzin każdego dnia. Kontrola ujawniła także przypadek lekarza kontraktowego z udokumentowanym, 120-godzinnym nieprzerwanym dyżurem.
Jeżeli wykazane godziny odpowiadają rzeczywiście wykonanej pracy, pojawiają się pytania o możliwość zachowania koncentracji, sprawność podejmowania decyzji i bezpieczeństwo chorych. Jeśli natomiast dokumentacja nie odzwierciedla faktycznego czasu pracy, mamy do czynienia z problemem nadzoru oraz rozliczania publicznych pieniędzy.
W obu przypadkach system zawodzi. Nie potrafi bowiem ustalić, ile lekarz naprawdę pracował, ani odpowiednio zareagować.
Lekarz jak pilot?
Dzień później samorząd lekarski przedstawił własną diagnozę i propozycję rozwiązania. Różnice w formach zatrudnienia obnażają słabość obecnych przepisów. Lekarza na etacie chronią normy czasu pracy – nawet z klauzulą opt-out może pracować maksymalnie 78 godzin tygodniowo. Medyków na kontraktach nie obowiązuje jednak żaden sumaryczny limit.
– To rodzi głęboką patologię nie tylko z rozliczeniem czasu pracy, ale z bezpieczeństwem naszych pacjentów. Czas położyć temu kres – alarmował prezes Naczelnej Rady Lekarskiej, Łukasz Jankowski.
Stąd propozycja ujednolicenia maksymalnego czasu pracy – niezależnie od umowy – oraz stworzenia systemu monitorującego jego przekroczenia.
Taka ewidencja to nie narzędzie kontroli wymierzone w środowisko, ale zabezpieczenie. Dokładnie takie samo, jakie obowiązuje pilotów czy kierowców zawodowych. W ich przypadku nikt nie twierdzi, że limity godzin naruszają zawodową autonomię. Przyjmuje się, że po określonym czasie człowiek nie jest już w stanie pracować tak samo sprawnie jak na początku zmiany.
Mniej niż przepisowe 11 godzin
Wyniki badań przedstawione przez NIL pokazują, że praca ponad siły nie jest zjawiskiem marginalnym. Ponad 64 proc. ankietowanych lekarzy w ciągu ostatniego miesiąca pracowało więcej niż 48 godzin tygodniowo, a przeszło 38 proc. przekraczało granicę 60 godzin.
Jeszcze bardziej niepokoją dane dotyczące odpoczynku. Aż 44,5 proc. lekarzy przyznało, że przynajmniej raz miało przerwę między dyżurami krótszą niż wymagane 11 godzin. U 15,3 proc. respondentów taka sytuacja powtórzyła się co najmniej cztery razy w ciągu miesiąca.
Za tymi statystykami stoją konkretni ludzie. Pacjent nie ma możliwości sprawdzenia, czy badający go lekarz dopiero rozpoczął pracę, czy właśnie kończy kolejną dobę spędzoną w kilku placówkach.
Jeden lekarz za dwóch
Proponowany przez NIL limit wynosi 78 godzin tygodniowo – niezależnie od rodzaju umowy. Z badań wynika, że tę granicę przekracza dziś około 16 proc. lekarzy. To ponad dwukrotność standardowego etatu w ochronie zdrowia.
Ograniczenie liczby godzin może utrudnić obsadę dyżurów, ale to nie jest argument za utrzymaniem obecnego stanu. Państwo przez lata tolerowało dwa równoległe światy: limity na etatach i niemal nieograniczony czas pracy na kontraktach. Bez zwiększenia liczby kadr i lepszej organizacji każdy limit będzie omijany tylko po to, by ratować grafiki. Lekarz pracujący za dwóch nie oznacza przecież, że system ma dwóch lekarzy.
Udostępnij artykuł: