Prof. Szlendak: koronawirus manipuluje umysłem zakażonych. Dzięki temu łatwiej się rozprzestrzenia

Mira Suchodolska/PAP
opublikowano: 16-12-2021, 08:35

Koronawirus manipuluje naszymi umysłami. Po zakażeniu zaczynamy „łazić po ludziach”, stajemy się bardzo towarzyscy. Jak widać, SARS-CoV-2 dba o to, żeby nosiciel nie zredukował swojej aktywności – twierdzi socjolog prof. Tomasz Szlendak, dyrektor Szkoły Doktorskiej Nauk Społecznych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
SARS-CoV-2 manipuluje naszym umysłem i dba o to, żeby nosiciel nie zredukował swojej aktywności.
FOT. iStock

PAP: Trwa ewolucyjny wyścig zbrojeń pomiędzy ludzkością a wirusami, czego doświadczamy teraz, podczas pandemii SARS-CoV-2. Z tej wojny może jednak być jakiś pożytek – zażarci darwiniści powiedzieliby, że ta wojna między wirusami a ludźmi doprowadzi do eliminacji osobników głupszych, negujących zdobycze nauki, a więc np. szczepionki mRNA.

T.S.: Chociaż mnie kusi, żeby powiedzieć, że nieprzyjmowanie szczepionki jest w kontekście przetrwania co najmniej nierozsądne, to w ten sposób bym sprawy nie ujął, bo każdego życia szkoda. Ale faktycznie – wyścig zbrojeń między patogenami a nosicielami trwa od zarania naszego gatunku. I mimo ciężkich chorób, na które zapadamy, ten wyścig ma swoje pozytywne strony. Dzięki niemu cały czas się usprawniamy. Tak jak zbroją się za sprawą mutacji wirusy, tak samo my, nasz system immunologiczny, jesteśmy coraz doskonalsi, lepiej dostosowani. Najskuteczniej tłumaczy to wybitny biolog Stuart Alan Kauffman podając przykład koewolucji żaby i muchy. Żaba w tym koewolucyjnym wyścigu wykształca coraz dłuższy, coraz szybciej wystrzeliwany i coraz bardziej lepki język, żeby tę muchę pochwycić, a mucha jest coraz szybsza, w coraz bardziej chaotyczny sposób lata, żeby na ten lepki jęzor nie dać się złapać. Identycznie jest z wirusami i ludźmi.

Wśród wirusów wygrywają te mutacje, które skuteczniej infekują ludzkie organizmy, a wśród ludzi ci, których organizmy skuteczniej się przed infekcją bronią. Nasz system odpornościowy nabiera w tym starciu nowych kompetencji, żeby sprawniej radzić sobie z najeźdźcą.

Nawiasem mówiąc, nie leży w interesie wirusa, żeby zabić swojego gospodarza. Jedynym jego zadaniem jest skuteczne mnożenie własnych kopii. Mutacja, która prowadzi do kilkuset zgonów dziennie w jednym kraju, jest z tej perspektywy kontrskuteczna. Znacznie "rozsądniejsze" byłoby działanie podobne do tego, jakie wykazują inne, od lat nam dobrze znane koronawirusy, powodujące tylko katar i stan podgorączkowy.

Wirusy oczywiście nie rozumują, co im się opłaca, a co nie. Po prostu trwają przy nas takie mutacje wirusów, które skutecznie nas infekują i których nie wypleniliśmy, bo skutki ich działania są stosunkowo niegroźne. A z większością tych wirusów, które powodują ciężkie schorzenia, takich jak polio, poradziliśmy sobie za pomocą szczepionek.

Na odsiecz przybywają nam także inne mechanizmy, które posiedliśmy na naszym ewolucyjnym szlaku. To na przykład wstręt.

Wstręt jest naszą ewolucyjną bronią od zarania gatunku. Pozwala nam np. unikać pełnego trucizn i patogenów pożywienia. Nadgniłe mięso budzi wstręt we wszystkich kulturach.

Jednak już nie w psach, im takie lekko "dojrzałe" mięsiwo nie szkodzi.

Psy cieszą się innym od naszego układem trawiennym, radzą sobie z takim nadpsutym mięsem, a my nie. Co ciekawe, u ludzi mechanizm nabywania tego wstrętu jest szczególny. Nie mamy wbudowanego instynktu, który powiedziałby nam "Stój, nie ruszaj, to nie dla ciebie, niebezpieczeństwo".

Weźmy kwestię unikania ekskrementów – małe dzieci nie mają z kałem żadnego problemu, nie budzi w nich wstrętu. Dopiero obserwując inne osobniki naszego gatunku, ich reakcje na kał czy inne szkodliwe substancje, wykształcają w sobie odrazę.

Wstręt każe nam także unikać ludzi chorych, zakażonych jakimś patogenem, który np. daje objawy skórne w postaci wysypek, czyraków, nienaturalnego żółtego koloru. Odrzuca nas od osobników kaszlących, zaflegmionych. Te objawy mówią nam: uważaj, możesz się zakazić i umrzeć.

Kłopot jest z takimi chorobami zakaźnymi, jak np. COVID-19, które nie dają objawów przez pierwsze 5-6 dni. W ich przypadku ani instynkt, ani wyuczone zachowania na nic się nie przydają.

Oczywiście, widoczne objawy powodowałyby mniejszą skuteczność zakażania. Zakażenie SARS-CoV-2 w pierwszych dniach nie daje żadnych objawów, a wirus, który nie daje objawów, infekuje nas skuteczniej. Bo nie wiemy, kogo unikać.

Takie choroby jak odbakteryjna cholera dawały od razu – nawet w ciągu 1-2 godzin – wyraźne objawy: ekstremalną bladość, zapadnięte gałki oczne, pomarszczoną z powodu odwodnienia skórę. A koronawirus po zakażeniu nie daje objawów, a potem może dawać objawy bardzo skąpe i niewywołujące zaniepokojenia, np. utratę węchu.

Christopher S. von Bartheld i Molly M. Hagen z Uniwersytetu Nevada oraz Rafał Butowt z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika jako pierwsi dowiedli, że większa podatność na zaburzenia węchu i smaku w chorobie COVID-19 jest związana z częstszym występowaniem pacjentów bez objawów. Tacy pacjenci, bez węchu i smaku co prawda, ale za to niegorączkujący i niemający objawów oddechowych, mogą pozostać niewykryci i tym samym skuteczniej zakażać innych.

Zatem im wyższa podatność na zaburzenia węchu i smaku u zakażonych SARS-CoV-2, tym skuteczniejsze rozpowszechnianie tego wirusa. Bo nie brzydzimy się ludźmi niemającymi węchu i smaku.

Ale jest gorzej, niż pani sądzi. Bo nie chodzi tylko o to, że ewolucyjnie wypracowany mechanizm wstrętu do niczego nam się w trakcie tej pandemii nie przydaje, skoro wirus "kombinuje", jak tu się przed nami bezobjawowo ukryć. Chodzi też o to, że wirus nami manipuluje, żeby jak najszerzej się rozplenić. I tu pojawia się ta cecha SARS-CoV-2, która mnie, jako badacza społecznych zachowań ludzi, najmocniej fascynuje.

Wybitni ewolucjoniści pod wodzą Michaela S. Gazzanigi z Uniwersytetu Kalifornijskiego zasugerowali latem 2020 roku, że SARS-CoV-2 manipuluje naszym mózgiem wpędzając nas w manię, która powoduje, że intensywniej, niż zwykle, szukamy kontaktów społecznych. Mówiąc prościej, po zakażeniu koronawirusem zaczynamy łazić po ludziach, stajemy się bardzo towarzyscy. Jak widać, wirus dba nie tylko o to, żeby nie było go widać. Dba też o to, żeby nosiciel nie zredukował swojej aktywności.

W jaki sposób to robi?

Już od początku pandemii wiemy, że ten patogen jest w stanie wnikać w nasz system neuronalny powodując np. uszkodzenia tego systemu w postaci tzw. mgły covidowej. Choć wiemy, że bez wątpienia ma to miejsce, wpływ koronawirusa na układ nerwowy nie jest do końca zbadany. Ale może on oddziaływać na nasze mózgi podobnie do wirusa grypy, a nawet do szczepionki na grypę.

W 2010 roku zespół pod kierunkiem Chris Reiber z Nowojorskiego Uniwersytetu Stanowego wykazał, że po zaszczepieniu się przeciwko grypie ludzie spotykają się z innymi częściej, z większą liczbą osób i w większych grupach. Uprawniona hipoteza jest zatem taka, że koronawirus manipuluje naszymi umysłami w taki sposób, żebyśmy się w tej pierwszej, najbardziej zakaźnej fazie, bardziej społecznie udzielali. Byłby to znakomity przykład ewolucyjnego wyścigu zbrojeń, w którym – na razie – z wirusem przegrywamy.

Wydaje się więc, że przyjęte przez większość państw instytucjonalne, prawne sposoby zapobiegania rozprzestrzenianiu się pandemii są nieefektywne, gdyż na izolację kieruje się tych, którzy mają już objawy w postaci kaszlu, duszności etc., natomiast bezobjawowi superroznosiciele biegają po ulicach. Czy można w jakiś sposób zmienić metody walki z tą zarazą?

Owszem, w Polsce testom poddawane są głównie osoby mające objawy. Czyli takie, które zdążyły już pozakażać wszystkich wokół w fazie bezobjawowej. Niektóre kraje, mniej demokratyczne, a bardziej centralistyczne, mogące zmusić obywateli do instalowania odpowiednich kontrolnych apek na smartfonach i dysponujące lepiej rozwiniętymi systemami informatycznymi, poradziły sobie z tym kłopotem. Np. Singapur czy Chiny postawiły na model śledzenia kontaktów oraz wyłapywania i izolacji wszystkich osób, które miały jakąkolwiek styczność z osobą zakażoną, zanim jeszcze wystąpiły u nich jakiekolwiek objawy. Albo w ogóle, nie zważając na to, czy jakiekolwiek objawy u nich wystąpiły.

Dodatkowo mówimy tu okrajach o wysokim stopniu spoistości społecznej. Takich, w których ludzie mocno przestrzegają norm społecznych i prawnych. Takie kraje lepiej sobie z pandemią radzą od krajów o niskiej spoistości społecznej, jak np. Polska czy Włochy.

Zorganizowane, autorytarnie zarządzane "mrowiska", w których ludzie przestrzegają norm, są bliżej zwalczenia epidemii, niż demokratyczny Zachód. Pytanie tylko, czy nawet jeśli znamy sposób działania tego wirusa, to czy chcielibyśmy w imię jego eliminacji stać się takim spoistym krajem?

Żeby wprowadzić podobne zasady walki z wirusem, jak w Chinach, musielibyśmy radykalnie zwiększyć kontrolę państwa nad jednostką. Nie ma na to powszechnej zgody, co świetnie widać dziś – w momencie, kiedy jest szczepionka i zachodnie demokracje zwiększyły opresyjność systemu po to, żeby wymusić szczepienie się. Można powiedzieć, że koronawirus korzysta na przywiązaniu do wolności u jednostek w części społeczeństw.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Koronawirus: wiemy, ilu zmarło lekarzy, ile pielęgniarek, ratowników, farmaceutów...

Wariant Omikron szybciej się rozprzestrzenia? Prof. Pyrć: albo jest bardziej zakaźny, albo przełamuje odporność

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.