Okulistyka
Jak polskie ośrodki okulistyczne przegrywają z zagraniczną konkurencją? „Naganiacz” podsuwa umowę, czeska klinika podstawia busik
Opublikowano:
Prof. Dariusz Dobrowolski Fot. Szpital im. św. Barbary
Polacy złożyli w 2025 r. ponad 14 tys. wniosków o zwrot kosztów leczenia za granicą na podstawie unijnej dyrektywy transgranicznej. Blisko 90 proc. wniosków dotyczyło leczenia zaćmy, głównie w Czechach. - To pieniądze, których nie zarobiły borykające się z chronicznym niedofinansowaniem polskie szpitale, choć kolejek do operacji zaćmy w Polsce obecnie praktycznie nie ma – wskazuje prof. Dariusz Dobrowolski, kierownik Klinicznego Oddziału Okulistyki w Wojewódzkim Szpitala Specjalistycznego nr 5 im. Św. Barbary w Sosnowcu.
To jeden z największych ośrodków okulistycznych na południu Polski.
Jeszcze dekadę temu wyjazdy Polaków na usunięcie zaćmy do Czech tłumaczone były wielomiesięcznym oczekiwaniem w krajowych ośrodkach. Po zniesieniu limitów na te zabiegi w 2019 r. dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Kolejki w polskich szpitalach skróciły się do zaledwie kilku tygodni, a w okresie wakacyjnym pacjenci przyjmowani są niemal z dnia na dzień. Mimo to strumień pieniędzy z Narodowego Funduszu Zdrowia nadal płynie za granicę – przede wszystkim do Czech, ale ostatnio także na Litwę, a nawet do wschodnich Niemiec, zaś klienci zagranicznych klinik nie rekrutują się tylko z terenów przygranicznych, ale również z centralnej Polski.
Wymóg trzech wizyt kontra podstawiony busik
Dlaczego polscy pacjenci decydują się na zabieg za granicą, choć wtedy muszą najpierw wyłożyć pieniądze z własnej kieszeni, a dopiero później ubiegać się o ich zwrot z Narodowego Funduszu Zdrowia? Bo to proste.
Polskie szpitale obowiązują określone procedury. Aby ośrodek mógł rozliczyć zabieg i otrzymać pełną kwotę z NFZ, pacjent musi pojawić się w nim trzykrotnie: najpierw na kwalifikację, potem na sam zabieg, a do 14 dni po operacji na obligatoryjną kontrolę.
– Założenie jest słuszne, bo daje pacjentowi dobrą opiekę i pozwala monitorować jakość. W praktyce zwróciło się przeciwko nam. Z osobą starszą, zwłaszcza z mniejszej i wykluczonej komunikacyjnie miejscowości, ktoś z rodziny musi przyjechać do szpitala trzy razy, z reguły biorąc w tym celu urlop – tłumaczy prof. Dariusz Dobrowolski.
System pośredników: 300 zł za każdego pacjenta
Zagraniczne kliniki wykorzystują taką konstrukcję polskiego systemu, budując ofertę opartą na absolutnej wygodzie.
Jak to działa? Polski lekarz przyjmuje pacjentów w niewielkiej miejscowości, w prywatnym gabinecie, a bywa i tak, że jest to placówka mająca kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia. – Okulista wypisuje skierowanie na zabieg i przedstawia możliwości leczenia w Czechach. Podsuwa pacjentowi gotową umowę na leczenie za granicą. Stawka, jaką otrzymuje lekarz za każdego takiego pacjenta, to zwykle 300 zł. Pacjent podpisuje na miejscu umowę, potem we wskazanym terminie busik zbiera takie osoby z małych miejscowości. Rano przyjeżdża po te 10-12 osób, jedzie z nimi do Ostrawy czy Czeskiego Cieszyna, a po zabiegu, po południu, pacjenci są odwożeni do domu. Czesi oferują coś, czego my nie możemy zaoferować, bo w Polsce w ramach NFZ transport sanitarny jest przeznaczony tylko i wyłącznie dla osoby niepełnosprawnej, która się nie porusza samodzielnie – opowiada prof. Dobrowolski.
Soczewki premium za dopłatą, w Polsce to niemożliwe
Kolejnym elementem dającym Czechom przewagę jest możliwość oferowania pacjentom dopłat do zaawansowanych technologicznie soczewek (tzw. EDoF, o poszerzonej głębi ostrości czy soczewek wieloogniskowych).
– Pacjent w Polsce nie może w żaden sposób dopłacać w publicznym systemie. Wszczepiamy soczewki dobrej jakości, ale Czesi masowo sugerują, że wszczepią soczewkę premium. Za podstawową usługę płaci polski NFZ, a pacjent dopłaca różnicę za samą soczewkę. Dla kogoś, kto chce mieć taką soczewkę, to o niebo korzystniejsza oferta finansowo, niż operować się prywatnie w Polsce, gdzie cała procedura kosztuje nawet do 12 tys. zł – wyjaśnia ekspert.
Selekcja ryzyka
Podczas gdy polskie ośrodki sprawozdają każdy przypadek powikłań i podlegają ścisłym normom jakościowym (w tym rygorystycznym przepisom sanitarnym, dotyczącym chociażby przygotowania sali operacyjnej), zagraniczne kliniki często stawiają na ilość i proste przypadki.
– Pacjenci podwyższonego ryzyka – z jaskrą, podwichnięciem soczewek czy trudnościami anatomicznymi – są często odsyłani. Czesi nie chcą się ich podejmować, więc oni wracają do operacji w Polsce. W ten sposób te prostsze zabiegi „wyciekają” z naszego systemu, bo łatwo jest na nich zarobić i jest ogromny obrót – wskazuje prof. Dobrowolski.
Przyznaje, że doświadczony lekarz jest w stanie wykonać nawet 3-4 zabiegi w ciągu godziny. – To się opłaca również dlatego, że płace lekarzy w Czechach są niższe niż w Polsce, podobnie jak pozostałego personelu. Czechy ogólnie są krajem, który taniej leczy – dodaje.
Bariera językowa? To nie problem
Problemem nie jest też bariera językowa – zagraniczne kliniki oferują obsługę w języku polskim, niejednokrotnie pracuje w nich zresztą polski personel. Prof. Dobrowolski ma wątpliwości, czy w zagranicznych klinikach nie są w tym zakresie omijane przepisy. - Teoretycznie Polak, jeżeli chciałby w Czechach operować, musiałby zdać egzamin z języka czeskiego, tymczasem tam pracuje bardzo wielu polskich operatorów i jakoś nie chce mi się wierzyć, że oni wszyscy zdali egzamin z języka czeskiego. Prawdopodobnie w zespole musi być ktoś z Czech, kto pełni rolę osoby kontaktowej, i w ten sposób się to omija – przypuszcza okulista.
W przypadku powikłań lub wątpliwości co do jakości wszczepu pacjent zostaje sam – czeski pośrednik po odwiezieniu go do domu kończy swoją rolę, a ewentualną opiekę powikłaniową i tak muszą przejąć polskie SOR-y i oddziały szpitalne.
Pieniądze odpływają z polskiego systemu ochrony zdrowia
Środowisko okulistyczne zgłaszało problem do Ministerstwa Zdrowia, jednak zmiana zasad wydaje się trudna. Dyrektywa transgraniczna, która w założeniu miała chronić pacjentów przed gigantycznymi kolejkami w ich własnych krajach, doprowadziła do odpływu pieniędzy z polskiego systemu ochrony zdrowia. – To nie jest niczyja wina, zadziałały mechanizmy rynkowe, a w przypadku pacjentów – wygoda – komentuje prof. Dobrowolski.
Jego zdaniem polscy pacjenci powinni być przede wszystkim leczeni w polskich ośrodkach, a dopiero jeśli kolejka jest zbyt długa - za granicą. – Takie były zresztą założenia, kiedy dyrektywa transgraniczna wchodziła w życie. Z czasem zaczęło to jednak działać w sposób patologiczny, bo dotyczy rutynowych zabiegów, które są dobrze płatne. Nie słychać jakoś, żeby ktoś jeździł do Czech na wszczepienie endoprotezy, prawda? Efekt jest taki, że pieniądze odpływają z polskiego systemu, gdzie są tak potrzebne – ubolewa prof. Dariusz Dobrowolski.

Udostępnij artykuł: