Dr Konstanty Szułdrzyński: Ważniejsze dobro pacjenta czy własny rozgłos?

Oprac. Emilia Grzela
opublikowano: 05-05-2021, 14:59

“Każdemu lekarzowi powinno zależeć przede wszystkim na dobru pacjenta. Tymczasem mam nieodparte wrażenie, że osobom, również tym z wykształceniem medycznym, głoszącym szkodliwe poglądy, bardziej zależy na rozgłosie i własnej karierze” - mówi dr n. med. Konstanty Szułdrzyński, kierownik Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA w Warszawie.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
O KIM MOWA

Dr n. med. Konstanty Szułdrzyński jest specjalistą chorób wewnętrznych, anestezjologii i intensywnej terapii, kierownikiem Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA w Warszawie, członkiem Rady Medycznej przy premierze Mateuszu Morawieckim.

Wirus SARS-CoV-2 przenosi się drogą kropelkową z człowieka na człowieka, w związku z czym każde działanie zmierzające do ograniczenia międzyludzkich kontaktów minimalizuje jego transmisję. Jest to fakt tak oczywisty, że nie powinien być w ogóle przedmiotem dyskusji, zwłaszcza osób z medycznym wykształceniem.

Obostrzenia przeciwepidemiczne, takie jak obowiązek zakrywania ust i nosa (szczególnie w zamkniętych pomieszczeniach) oraz społeczny dystans są bezwzględnie medycznie uzasadnione. Ich skuteczność widać w danych epidemiologicznych: wraz z nakładaniem surowszych restrykcji liczba zakażeń SARS-CoV-2 i hospitalizacji z powodu COVID-19 wyraźnie spada — i odwrotnie. Udowodniona została także korelacja pomiędzy wzrostem liczby zakażeń a powrotem do stacjonarnej nauki. Wiarygodne badania na ten temat przeprowadzono w Hiszpanii i Francji, ale potwierdzała to także obserwacja polskich danych. Dotychczas przebieg COVID-19 u pacjentów pediatrycznych miał charakter skąpo- lub bezobjawowy (w przypadku zakażenia mutacją brytyjską). Naturalną konsekwencją transmisji koronawirusa wśród dzieci i młodzieży była większa liczba objawowych infekcji COVID-19 u dorosłych.

Wzrost zakażeń zależy od trzech czynników. Przede wszystkim od wyjściowego poziomu zakażeń i zachorowań, ponieważ im jest on wyższy w momencie luzowania obostrzeń, tym szybciej będzie w efekcie przyrastała populacja osób zakażonych i chorych. Drugi kluczowy czynnik to zakaźność danej mutacji, która w przypadku wariantu B117, określanego jako mutacja z Kent lub brytyjska, jest nawet o 60-70 proc. wyższa niż wariantów dominujących w pierwszej fazie pandemii COVID-19.

Sytuacja epidemiczna zależy również od poziomu odporności stadnej. Należy to stanowczo podkreślić: dotychczasowe dane i przyrost liczby zakażonych w żaden sposób nie potwierdzają tezy o nabyciu odporności zbiorowej przez polską populację. Powiedzmy sobie również wprost, że ceną za uzyskanie odporności stadnej byłby wysoki odsetek śmiertelności, szczególnie w grupach obarczonych wyższym ryzykiem ciężkiego przebiegu COVID-19. Tym bardziej uzasadnione i wskazane są przeciwepidemiczne obostrzenia.

Osoby sceptycznie nastawione do restrykcji często powołują się na przykład Szwecji. Problem w tym, że przekazywane przez nich informacje o polityce szwedzkich władz są zazwyczaj błędne. Restrykcje ograniczające kontakty międzyludzkie objęły w Szwecji ośrodki opieki nad osobami w podeszłym wieku, ich skuteczność była zresztą bardzo niewielka. Obostrzenia dotyczące pozostałej części społeczeństwa miały charakter zaleceń, przy czym musimy pamiętać, że Szwecja jest krajem o mniejszej liczbie ludności i gęstości zaludnienia niż Polska. Szwedzkie władze wycofały się z tej polityki, śmiertelność była tam 10-krotnie wyższa niż np. w Norwegii, która, podobnie jak cała Europa, wprowadziła lockdown.

Podstawą skutecznej walki z pandemią i przeciążeniem szpitali są masowe szczepienia. Osoby ze zdefiniowanych grupy ryzyka powinny być szczepione priorytetowo. Nie znaczy to jednak, że można szczepienia przeciwko COVID-19 ograniczać wyłącznie do nich.

Profil bezpieczeństwa preparatów został potwierdzony, tym bardziej że metoda ich opracowywania nie jest niczym nowym. Tezy o tym, że uproszczona procedura dopuszczania ich do użytku wiąże się z wyższym ryzykiem potencjalnych powikłań, są zupełnie nieuzasadnione. Liczba odnotowywanych dotychczas niepożądanych reakcji poszczepiennych jest na tyle niska — zwłaszcza w porównaniu z odsetkiem zgonów z powodu COVID-19 — że nie uzasadniałaby ewentualnego wycofania się z masowych szczepień.

Każdemu lekarzowi powinno zależeć przede wszystkim na dobru pacjenta. Tymczasem mam nieodparte wrażenie, że osobom, również tym z wykształceniem medycznym, głoszącym szkodliwe poglądy, bardziej zależy na rozgłosie i własnej karierze. Podając w wątpliwość bezpieczeństwo szczepień czy skuteczność obostrzeń, działają wbrew lekarskiej etyce. Pociągnięcie ich do środowiskowej i zawodowej odpowiedzialności może niestety przynieść skutek odwrotny do zamierzonego: zamiast wyciszyć, tylko podgrzeje społeczne emocje.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Prof. Jarosław Pinkas: Polacy muszą wierzyć w sens restrykcji przeciwepidemicznych

Prof. Magdalena Marczyńska: Zakazy mniej dolegliwe są bardziej akceptowalne

Źródło: Puls Medycyny

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.