Prof. Krzysztof Simon: Bądź przyzwoitym człowiekiem, pracuj, a jeśli ci się uda, to praca ci się odwdzięczy

Rozmawiała Olga Tymanowska
opublikowano: 09-03-2021, 18:58
aktualizacja: 29-04-2021, 12:15

Prof. dr hab. n. med. Krzysztof Simon dla wielu osób stał się największym autorytetem w dziedzinie pandemii. Zawsze odważny w wyrażaniu poglądów, uczciwy, do końca walczy o każdego pacjenta. Jest spontaniczny i ciekawy świata. Nie znosi cwaniactwa, głupoty i łajdactwa. Wybitny specjalista w zakresie hepatologii i chorób zakaźnych, zabiegowy endoskopista. A zarazem skromny, niezwykle rodzinny i otwarty na potrzeby innych człowiek. Jego pasje to praca i podróże.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Prof. dr hab. n. med. Krzysztof Simon
Marek Kowalczyk/REPORTER

To był niełatwy rok dla pana profesora…

Jestem pracoholikiem, ale najważniejszą wartością w moim życiu jest moja rodzina, żona, dzieci i wnuki. W czasie pandemii pracuję więcej niż zawsze, co przełożyło się na ograniczenie kontaktów z moimi bliskimi, nad czym szczerze ubolewam. Ponadto uważałem, że nie mogę narażać ich na ryzyko infekcji. Stosowaliśmy się do wszystkich zasad. Utrzymywaliśmy dystans. Teraz, gdy już jestem zaszczepiony, mam nadzieję, że sytuacja będzie się powoli zmieniać.

Kolejnym ważnym elementem mojego życia są podróże. Często wyjeżdżałem naukowo i turystycznie do różnych rejonów świata. Mieszkałem kiedyś w Los Angeles, część stypendiów naukowych odbyłem w Baltimore (USA), Leuven (Belgia) i Londynie (UK). Zwiedziłem prawie cały świat. Jako młody człowiek chodziłem z plecakiem po Indiach, Nepalu i sąsiadujących krajach. Zwiedziłem prawie cale Indochiny, Karaiby, Amerykę Środkową. Marzę o kolejnej podróży na Madagaskar, gdzie są tak ciekawe miejsca, jak unikalne lasy paproci zamieszkane m.in. przez lemury. Planuję też kolejny wyjazd do Ameryki Południowej. Ale pandemia na razie zweryfikowała moje plany. Uwielbiam podróże, ale zdaję sobie sprawę, że w tym okresie trzeba zachować ostrożność, do tego to wszystko kosztuje i trzeba na to zarobić.

Jest pandemia. Trzeba to zaakceptować. Wszelkie próby łamania zasad bezpieczeństwa w tym trudnym dla nas wszystkim okresie są bezdenną głupotą. Część społeczeństwa zdaje się jednak tego nie rozumieć. Już powoli przywykłem do tego, że od różnych organizacji i osób anonimowych dostaję listy z pogróżkami. To nie zmienia mojej postawy. Trzeba trzymać się zasad i zdrowego rozsądku, a także dbać o bezpieczeństwo innych. To kwestia wzajemnego szacunku. Ja wiem, że w tym kraju od kilku lat jest podział społeczeństwa na lepszych i gorszych. Ale ja się do takiego poziomu nie zniżam. Nikt nie ma prawa nas obrażać, a szczególnie narażać zdrowia i życia innych. Osoby, które się tak zachowują, to dla mnie zwykli łajdacy.

Jak wygląda pana typowy dzień?

Ja właściwie nie mam dni wolnych. Cały czas pracuję. W klinice jestem od samego rana, zwykle kilkanaście minut po 6.00. Po przyjściu sprawdzam stan każdego pacjenta, który leży w mojej klinice. Obecnie to są głównie chorzy z COVID-19, a wiec z ciężkim zapaleniem płuc oraz wszelakimi chorobami współistniejącymi. Przygotowuję się do odprawy. Codziennie omawiamy stan każdego pacjenta. Potem jest czas na wizyty i sporadycznie zabiegi endoskopowe, które obecnie wykonujemy dość rzadko, bo ich liczba w związku z pandemią została znacznie ograniczona.

Do domu wracam późnym wieczorem. Najczęściej coś piszę, uczestniczę w webinarach, szkoleniach. Większość z tego stanowią aktywności o charakterze edukacyjnym i organizacyjnym. W dobie pandemii niezwykle trudno o czas na solidną pracę naukową i czas dla siebie.

Kiedy pan się zorientował, że zbliża się do nas pandemia?

Jestem specjalistą chorób wewnętrznych, zakaźnych i hepatologii. Śledząc uważnie to, co się wydarzyło w Chinach, spodziewałem się, że zbliża się do nas epidemia. Ale nikt z nas, lekarzy chorób zakaźnych, nie przewidział takiej skali i tak agresywnego jej przebiegu. Dopiero z czasem stało się oczywiste, że wszyscy stracimy nad tym kontrolę. Byłem jedną z osób, które optowały za tym bardzo dobrym posunięciem, jakim był lockdown na początku i protestowałem przeciwko gwałtownemu, niekontrolowanemu znoszeniu różnych restrykcji. Byłem bardzo krytyczny wobec działań w naszym kraju, chaosu i dezinformacji.

Obecnie uważam, że wiele się zmieniło na plus w polityce informacyjnej Ministerstwa Zdrowia. Odkąd mamy nowego ministra, poprawiła się organizacja, zasady działania. Mamy rzetelną informację o liczbie zakażonych, dostępnych łóżek i respiratorów, co nie znaczy, że nie ma problemów. Powstała Rada Medyczna powołana przez premiera, której jestem członkiem. Różnimy się poglądami czasem bardzo, co jest oczywiste, ale staramy się działać ponad podziałami i przedstawiać wspólne wnioski, na których podstawie podejmowane są decyzje. I to niekoniecznie i nie zawsze takie, jakie uzgadniamy podczas Rady Medycznej – to jest tylko nasz głos doradczy.

Problemów nie brakuje?

Teraz wszyscy z niepokojem patrzymy na mutacje wirusów, a szczególnie na mutację południowoafrykańską. Ale oczywiście będą następne, w tym takie, które może zmienią wirusa w formę mniej zakaźną i mniej patogenną, choć scenariusz może być kompletnie odmienny. Mamy też problem z dostępem do szczepionek. Do niedawna spora część społeczeństwa nie chciała się szczepić. Teraz nagle wszyscy chcą zostać zaszczepieni w pierwszej kolejności. To oczywiście jest zrozumiałe i w pełni uzasadnione, zważywszy na dużą liczbę zgonów.

Skąd ta zmiana?

Zawsze były ruchy antyszczepionkowe, które z mojego punktu widzenia, niezależnie kto rządzi, są ruchami antypaństwowymi, szkodzącymi społeczeństwu. Bo jeśli ktoś świadomie (mogąc się skutecznie zabezpieczyć – a przecież nie żyjemy na odludnej wyspie, ale w coraz większych społecznościach) przenosi zakażenie na inne osoby, szczególnie te, które nie mogą się szczepić z różnych przyczyn zdrowotnych, to jest to zwykle świństwo. Ba, u nas nie ponosi za to konsekwencji prawnych i finansowych. W związku z tym w wielu krajach bardzo ostro się do tego podchodzi, nie przyjmuje się niezaszczepionych dzieci do publicznych szkół, na rodziców nakłada się ogromne kary.

Ten sam problem dotyczy COVID-19. Lęków społecznych, podsycanych przez różne organizacje, jest wiele. Najpierw zarzucano, że testy są fałszywe, potem że jest to fikcyjna choroba wymyślona przez koncerny farmaceutyczne, a izolacja osób zakażonych bezobjawowych czy kwarantanna osób z kontaktu łamie prawa obywatelskie, jest sprzeczna z Konstytucją RP. Następnie mówiono, że w szpitalach nie ma chorych, za to są statyści, a choroba, jeśli jest, to jest „lekka, miła i przyjemna”. Później kwestionowano zasadność noszenia masek, utrzymywania odstępu, unikania zgromadzeń rodzinnych. Potem nie zgadzano się na szczepionki, bo szkodzą, są mutagenne, nieprzebadane, choć konstrukcyjnie są to zupełnie różne szczepionki. Ordo Iuris wymyślił nawet, że te szczepionki są produkowane na abortowanych ludzkich płodach.

Jak to wszystko można z logicznego punktu widzenia zrozumieć i kto za tym stoi, kto te lęki podsyca? I po co? A do tego dochodzą działania polityczne. Zamiast zjednoczenia politycznego lewicy i prawicy w walce z pandemią, a wiec wspólnego celu, ciągle wprowadza się elementy skłócające społeczeństwo. W naszym kraju nie ma miesiąca spokoju. Cały czas jest rządzenie poprzez konflikt. A nam trzeba wzajemnego szacunku. Ja i koledzy lekarze, którzy na co dzień walczą z pandemią, staramy się tłumaczyć, przekonywać i edukować społeczeństwo. Przekazujemy wiedzę nowoczesną, opartą na faktach. Mówimy: szczepcie się, szanujcie, walczcie o życie. I mam nadzieję, że rosnąca liczba osób chcących się zaszczepić jest efektem tych wszystkich naszych działań.

Zarzuca się nam korupcję, złodziejstwo, chodzenie na pasku firm farmaceutycznych, obraża, twierdzono, że chcemy doprowadzić do zagłady ludzkości. To jest oburzające. To dotyczy zarówno mnie, jak i całego naszego środowiska. I oczywiście nikt za to nie ponosi odpowiedzialności czy kary. Polska to bardzo dziwny kraj, gdzie najbardziej słyszalny jest głos prymitywnych populistów w jak najgorszym wydaniu.

Jak sobie pan radzi z takim stresem, natężeniem pracy, głosami krytyki, a często też pogróżkami?

W latach 80. przez 10 lat pracowałem na pół etatu w Klinice Kardiologii, w tym „na erce” kardiologicznej. Tam nauczyłem się radzić sobie ze stresem. To jest element mojej pracy. Przecież każde przyjęcie umierającego pacjenta czy jego zgon jest ogromnym stresem. To jest zawsze dla nas tragedia. A teraz tych zgonów jest w pandemii COVID-19 bardzo dużo, za dużo. Ciągle mamy pacjentów, szczególnie starszych wiekowo, którzy mimo naszych starań czy coraz lepszych leków, umierają z powodu niewydolności oddechowej czy wielonarządowej, wikłającej zapalenia płuc, czy powikłań zakrzepowych. Taka jest nasza codzienność.

Myślę, że kiedyś było większe zaufanie i szacunek społeczeństwa do lekarzy. Były co prawda ruchy antyszczepionkowe. Też się zdarzały różnego rodzaju ataki na służbę zdrowia, ale nie było takiej agresji i wulgarności, listów z pogróżkami, prób zastraszania lekarzy i ich rodzin, jak to się dzieje od kilku lat. Nie było też takiej bezkarności. Można dyskutować, można się różnić, ale trzeba to robić kulturalnie.

Są osoby przeciwne szczepieniom, które krzyczą, że nie pozwolą sobie obcej substancji wprowadzić. Pytam: po co taki człowiek z objawami typowymi dla COVID-19, duszący się, idzie do szpitala, po co w ogóle chce się leczyć, skoro nie ma COVID-19. Tym bardziej, że każdy lek to wprowadzenie do organizmu obcej substancji. To jest tak przerażająca głupota, że się w głowie nie mieści.

Staram się mieć do tego wszystkiego dystans. Mówię, co myślę, robię to, co uważam za słuszne i przyzwoite. I nikomu nie szkodzę. Walczę o zdrowie i życie innych, tak jak znakomita większość moich kolegów. Zdarzają się trudne okresy, szczególnie wtedy, gdy codziennie trzeba podpisywać akt zgonu. Z taką falą zgonów na oddziałach wewnętrznych/zakaźnych jeszcze się nigdy nie spotkałem. Ale staram się być silny i robić to, co mogę, by ratować ludzi. To mój zawód.

Jak pan odreagowuje takie trudne sytuacje?

Zabieram się za następną pracę albo idę na spacer sam lub z żoną, ćwiczę na atlasie. Czasem wybieram się do moich wnuczek/wnuków, co na szczęście teraz, po szczepieniu, stało się możliwe. Jestem bardzo rodzinny. Kocham swoje dzieci i wnuki. Są dla mnie ogromnym wsparciem. Czas, zwykle krótki, spędzony razem daje mi ogromną satysfakcję. Myślę, że w zawodzie lekarza odskocznia od codzienności jest niezwykle potrzebna.

Skąd pomysł na medycynę?

Jestem absolwentem II LO we Wrocławiu. To było w swoim czasie bardzo dobre, prawie elitarne liceum, do którego poszedłem już w VII klasie. To była klasa trochę eksperymentalna przy liceum, bardzo dobra. Wszyscy uczniowie po VIII klasie przeszli do liceum, a potem poszli na wyższe studia, większość na medycynę. Mieszkałem i mieszkam prawie w dzielnicy uniwersyteckiej, na Wielkiej Wyspie we Wrocławiu. Naszymi sąsiadami byli głównie profesorowie uniwersytetu, także medycznego, oraz lekarze i inni ciekawi ludzie. Moi rodzice mieli szerokie grono znajomych z różnych środowisk zawodowych. Jeden z przyjaciół rodziców, znany ordynator wrocławski, zasugerował, żebym studiował medycynę.

Nauka szła mi bardzo dobrze. Początkowo myślałem co prawda o geologii, ale wiedziałem, że z tego nie da się wyżyć. Potem rozważałem archeologię, ale w tamtym czasie to była abstrakcja ze względu na brak możliwości podróży. O medycynie zdecydował przypadek. Moi rodzice zakazili się wirusem wątroby typu B i zupełnie zżółkli. I ten temat mnie bardzo zainteresował. Tak się zaczęła moja miłość do hepatologii i do medycyny.

Na moją decyzję wpływ miała też atmosfera w domu. Moja matka była farmaceutką, ojciec pracownikiem PAN. Wujowie też pracowali na wyższych uczelniach. Jeden był podróżnikiem. Wspaniała, budująca atmosfera domu rodzinnego, a do tego liczni znajomi rodziców, pasjonaci, ludzie niezwykle otwarci i inspirujący. Jako dziecko, mimo że miałem opiekunki, a w późniejszym czasie uczęszczałem do przedszkola, dużo czasu spędzałem u mamy w aptece, zajmując się przesuwaniem odważników, miarek, ucząc się tych wszystkich trudnych nazw, dawek, metod sporządzania leków. To zaowocowało już na początku moich studiów medycznych, szczególnie na farmakologii, z którą nigdy nie miałem żadnych problemów. Oczywiście, pewne rzeczy musiałem doczytać, ale ja prawie wszystko na ten temat wiedziałem, bo tak się bawiłem jako mały chłopak.

Medycyna wydawała się więc naturalnym wyborem?

Nie chciałbym w życiu robić nic innego. Nigdy nie żałowałem tego wyboru - ani medycyny, ani hepatologii, która jest naukową pasją mojego życia. To niezwykle ciekawa dziedzina. Co mnie w niej ujęło? Myślę, że złożoność problemu. Wątroba to fabryka energetyczna i hormonalna ustroju. Komórka wątroby odpowiada za blisko 900 reakcji metabolicznych, do których dochodzi jednocześnie. Łańcuch wydarzeń oddziałuje na cały organizm. Wszystko funkcjonuje wtórnie do tego, co wytworzy czy przetworzy wątroba. Czyż to nie fascynujące?

Pamięta pan swój pierwszy dzień pracy?

Pracowałem wtedy na Akademii Medycznej. Pierwszą moją pacjentką była osoba trochę zdziwaczała, choć z tytułem doktora nauk technicznych, która miała wirusowe zapalenie wątroby. Wtedy była to bardzo rozpowszechniona choroba z uwagi na niskie, tzw. „socjalistyczne” standardy w medycynie. Gdy otrzymała leki, wyjęła wahadełko i zaczęła je dzielić na dobre i niedobre (to tak jak obecnie podzielono społeczeństwo). To było dla mnie tak absurdalne i nieracjonalne, że nie mogłem w to uwierzyć.

Do dziś zadaję sobie pytanie, dlaczego dla niektórych osób wahadełko ma większą moc niż rzetelna wiedza naukowa. I to teraz w dwójnasób wróciło. To, co niektórzy wymyślają, jeśli chodzi o leczenie COVID-19, przekracza wszelkie granice absurdu. A specjaliści krytykujący absurdy są na forach internetowych obrzucani błotem. Zdarza się też, że kieruje się w stosunku do nich groźby śmierci – ale to jest niestety symptom ostatnich lat.

Kolejnym pacjentem był młody, 20-letni mężczyzna z grypą, w wyniku której doszło do zapalenia mięśnia i pęknięcia przegrody serca. Mimo reanimacji, pacjent oczywiście zmarł. To była dla mnie prawdziwa lekcja pokory, bo zarówno ja, jak i wielu moich kolegów, młodych lekarzy, bagatelizowaliśmy grypę. I to zdarzenie uświadomiło mi, jak potencjalnie niebezpieczna może być ta choroba, której przecież można zapobiec, szczepiąc się regularnie.

Czy pana odwaga w mówieniu tego, co pan myśli, ułatwiała medyczną drogę? A może wręcz przeciwnie?

Veritas odium parit, obsequium amicos. To jest pierwsza zasada, którą w życiu wyznaję. Rozumiem, że prawda rodzi nienawiść, ustępliwość przyjaciół. Wiem, że nie zgadzając się z kimś, generuję sobie wrogów, ale to ostatnie dotyczy ludzi niskich lotów. Mądry się nie obrazi. Rzadko mówię, że ktoś jest idiotą i durniem, choć takich osób w naszym otoczeniu, wystarczy się rozejrzeć, nie brakuje. Nie znoszę cwaniaków, kombinatorów, oszustów, hochsztaplerów, a szczególnie tych piszących donosy. Tego nigdy nie będę tolerował. Sam staram się być porządnym człowiekiem. Gram zawsze fair. Nikomu nigdy nie zrobiłem świństwa. Zawsze mówię: bądź przyzwoitym człowiekiem, pracuj, a jeśli ci się uda, to praca ci się odwdzięczy, a ludzie wybaczą nawet błędy.

Co uważa pan za swój największy sukces?

Najważniejszym moim dorobkiem są moje dzieci i od szeregu lat ustabilizowana, kochająca się rodzina. Jedno dziecko, niestety, straciłem, co zawsze będzie dla mnie/nas trudnym, bardzo trudnym problemem duchowym. Ogromną wartość mają dla mnie moje wnuki. Cenię sobie także swoją pracę. Cieszę się, że udało mi się wykształcić wielu znakomitych klinicystów, których nauczyłem podejścia epidemiologicznego, zakaźnego czy hepatologicznego oraz nowoczesnych metod z dziedziny endoskopii zabiegowej. Napisaliśmy razem ponad 550 prac naukowych, oczywiście różnej wartości, kilkanaście książek i podręczników medycznych – zresztą piszemy następne. Mam nadzieję, że pójdą moim śladem, wykształcą kolejne pokolenia lekarzy, gdy ja odejdę na emeryturę.

O KIM MOWA

Prof. dr hab. n. med. Krzysztof Simon jest specjalistą w dziedzinie chorób wewnętrznych, chorób zakaźnych, hepatologii, zakażeń HIV, endoskopii przewodu pokarmowego, kierownikiem Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii Wydziału Lekarsko-Stomatologicznego Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, ordynatorem I Oddziału Zakaźnego Wojewódzkiego Specjalistycznego Szpitala im. Gromkowskiego we Wrocławiu, konsultantem wojewódzkim w dziedzinie chorób zakaźnych dla województwa dolnośląskiego, członkiem Rady Medycznej przy premierze.

Prof. dr hab. n. med. Krzysztof Simon zajął 1. miejsce na Liście Stu 2020 najbardziej wpływowych osób w polskiej medycynie.

Sprostowanie

Instytut Ordo Iuris nie twierdził, że szczepionki przeciw COVID-19 są "produkowane na abortowanych ludzkich płodach".

Jerzy Kwaśniewski - Prezes Zarządu Fundacji Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris

Tymoteusz Zych - Wiceprezes Zarządu Fundacji Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris

Źródło: Puls Medycyny

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.