Zrekrutowanie lekarza do szpitala graniczy z cudem

Katarzyna Nowosielska
opublikowano: 11-04-2018, 17:12

Samo wyższe wynagrodzenie nie zwabi już dziś lekarza do nowej pracy. Dlatego szpitale wynajmują headhunterów, a nawet oferują doktorom mieszkania na zachętę.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Szpitale zamykają oddziały, ograniczają przyjęcia pacjentów, ponieważ nie ma komu leczyć. Dyrektorzy placówek muszą podejmować dramatyczne decyzje, bo nie są w stanie znaleźć lekarzy do pracy. Samo zamieszczenie ogłoszenia rekrutacyjnego na stronie internetowej nic już nie daje, bo wśród medyków nie wzbudza ono żadnego zainteresowania. Gdy ta metoda i sieć własnych kontaktów nie pomaga menedżerowi znaleźć pracownika, ucieka się on do nowatorskich pomysłów.

FIRMA HEADHUNTERSKA szuka lekarzy będąc cały czas w kontakcie z potencjalnym pracodawcą. Gdy znajdzie kandydata, daje gwarancję na 3-4 miesiące.
Zobacz więcej

FIRMA HEADHUNTERSKA szuka lekarzy będąc cały czas w kontakcie z potencjalnym pracodawcą. Gdy znajdzie kandydata, daje gwarancję na 3-4 miesiące. Fot.

„Wojewódzki Szpital Specjalistycz-ny w Jastrzębiu-Zdroju pilnie poszukuje headhunterów, którzy pomogą zrekrutować lekarzy” — takie ogłoszenie pojawiło się niedawno na portalu dla profesjonalistów Linkedin.

Dotychczas szpitale nie korzystały z pośredników w rekrutacji, ponieważ to kosztuje. Teraz jednak nie mają już wyjścia.

Headhunterzy mają problem

„Pilnie poszukujemy pediatrów i internistów. Informację o tym zamieściliśmy dosłownie wszędzie — w prasie, radiach, telewizjach i social mediach. Ponieważ nie dało to spodziewanych efektów, pomyśleliśmy o wynajęciu firmy headhunterskiej. W odpowiedzi na ogłoszenie na Linkedin zgłosiło się ich kilkunaście! Niestety, one także mają problem ze znalezieniem lekarzy” — opowiada Mariola Lech--Wasiak, odpowiedzialna za marketing w Wojewódzkim Specjalistycznym Szpitalu nr 2 w Jastrzębiu Zdroju. Podkreśla, że dla wielu firm headhunterskich rekrutacja lekarzy jest trudna, gdyż nigdy tego wcześniej nie robiły. W dodatku lekarze nie są łatwo uchwytni — pracują w kilku miejscach, są w nieustannej podróży i rekruterzy mają kłopot z ich lokalizacją. A szpital w Jastrzębiu Zdroju nadal czeka na pracowników.

„Lekarzy jest po prostu za mało i tu jest pies pogrzebany. Poza tym poszukują ich często szpitale w mniejszych miastach czy szpitale powiatowe. A nie każdy lekarz chce przenosić się z dużego do małego ośrodka, gdyż postrzega go jako obszar dający mniejsze możliwości rozwoju” — opowiada Anna Stradza, rekruter z firmy HRmedica, specjalizującej się w pozyskiwaniu kadry medycznej.

Duże miasta wygrywają

Dla medyków, którzy rozważają relokację zawodową z dużego do małego miasta istotne jest zaplecze. „Gdy ktoś ma rodzinę i dzieci, to bierze pod uwagę poziom nauczania w szkołach w mieście potencjalnego pracodawcy. A w tym rankingu wygrywają duże aglomeracje. Dlatego szpitalom powiatowym tak trudno pozyskać pracowników” — dodaje Anna Stradza.

Aby zrekrutować lekarza, headhunterzy muszą się uciekać do różnych sposobów. Korzystają z tego, że gros przedstawicieli tego zawodu to osoby publiczne i można je osobiście spotkać np. na konferencji. Mają też gabinety prywatne, do których numer telefonu podany jest na stronie internetowej.

„Wynajęcie firmy headhunterskiej to dla szpitala także niemały koszt. Jako jednostki publiczne muszą się liczyć z wydatkami. Firma headhunterska, po podpisaniu umowy, szuka lekarzy będąc cały czas w kontakcie z potencjalnym pracodawcą. Gdy znajdzie kandydata, daje gwarancję na 3-4 miesiące. Gdyby jedna ze stron zrezygnowała ze współpracy, wówczas firma, w ramach gwarancji, pozyskuje nowego pracownika, bez dodatkowych kosztów. Rozliczenia z headhunterami są różne, w zależności od firmy. Płacimy za usługę po zatrudnieniu lekarza. Może to być procent od rocznego wynagrodzenia lekarza, może to być jednorazowa opłata — ok. 150-200 proc. miesięcznego wynagrodzenia brutto lekarza albo miesięczny ryczałt” — mówi Mariola Lech-Wasiak.

Jastrzębski szpital nie miał jednak wyjścia i musiał poprosić o pomoc zawodowych rekruterów, gdyż z braku pediatrów i internistów zawiesił działanie oddziałów pediatrycznego i wewnętrznego. Dotychczas zatrudnieni tam lekarze odeszli z przepracowania.

Kontakty w środowisku

Z rekrutacją lekarzy na razie sama radzi sobie Krystyna Barcik, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Legnicy. W placówce cały czas brakuje anestezjologów, urologów, chirurgów dziecięcych, neonatologów. „Przydałoby się zatrudnić nowych lekarzy. Na szczęście jednak normy NFZ co do wymagań kadrowych spełniamy i nie grozi nam konieczność zamknięcia żadnego z oddziałów. Gdy ostatnio poszukiwałam specjalistów, uratowały mnie tylko kontakty i znajomości. Kolega znał dobrego lekarza i polecił mi go. Nie chcę podkupować pracowników sąsiednim szpitalom” — mówi Krystyna Barcik. Zaznacza też, iż dużym atutem szpitala w Legnicy jest fakt, iż leży on niedaleko dużego miasta i jednocześnie ośrodka akademickiego, jakim jest Wrocław. Lekarze chętnie więc przyjeżdżają do Legnicy na dyżury.

Legnicki szpital znalazł jeszcze jeden sposób na pozyskiwanie kadry lekarskiej. Przyjmuje do pracy młodych medyków, którzy nie dostali się na specjalizację opłacaną przez ministra zdrowia. Szpital zapewnia im kształcenie zawodowe, ale pod warunkiem, że przepracują tu co najmniej dwa lata po zakończeniu specjalizacji.

Konkurencyjne stawki

Pediatrów i internistów brakuje też w Szpitalu Specjalistycznym w Brzezinach. „Zatrudniłabym dwóch lub trzech internistów, pediatrę, ewentualnie anestezjologów. Możemy konkurować tylko stawką. Obserwuję, że do podjęcia pracy w nowym miejscu może lekarzy zachęcić tylko wyższe wynagrodzenie. My płacimy specjaliście 50-80 zł za godzinę, a on mówi, iż konkurencja oferuje mu 120 zł. Do jakiej granicy można podnosić stawki?” — zastanawia się Małgorzata Majer, prezes spółki Szpital Specjalistyczny w Brzezinach.

Atrakcyjną alternatywą dla pracy w szpitalu jest podstawowa opieka zdrowotna. Pediatrzy i interniści odchodzą tam chętnie, gdyż stawka godzinowa w wielu miejscowościach to ponad 100 zł, a praca jest spokojniejsza i nie wymaga dyżurowania w nocy.

Na przeciwległym biegunie są szpitalne oddziały ratunkowe. Znalezienie lekarza chętnego do pracy w SOR to dla wielu dyrektorów szukanie igły w stogu siana. Niewielu ma specjalizację w ratownictwie medycznym. Toteż np. niektóre pogotowia czy oddziały ratunkowe w woj. śląskim oferują lekarzom 120 zł za godzinę pracy.

„Nie jest to zaskoczenie, bo praca na tym odcinku jest wyjątkowo trudna. Na naszym oddziale ratunkowym przebywa średnio 130 pacjentów na dobę, ponieważ jest to jedyny taki oddział w regionie. Nasz szpital położony jest też blisko autostrady A4, skąd trafiają do nas poszkodowani w wypadkach” — tłumaczy Krystyna Barcik.

Bonusy mieszkaniowe

Braki kadrowe w lecznicach zmuszają nie tylko ich dyrektorów do niekonwencjonalnych rozwiązań. Z inicjatywą wychodzą też samorządy, które chcą zachęcić medyków do pracy w ich regionie. Powiat w Jastrzębiu Zdroju oferuje lekarzom opłacenie mieszkań, jeśli tylko zechcą przeprowadzić się tu i pracować.

Pomimo wielu zachęt, szpitale nie są najbardziej atrakcyjnym miejscem pracy dla lekarzy. „Z ankiet, jakie przeprowadziliśmy niedawno, wynika, że lekarze nie są nazbyt chętni do pracy tam, ponieważ wiąże się to z szeregiem obowiązków administracyjnych. Na SOR nikt nie chce pracować. Najbardziej atrakcyjnym rozwiązaniem jest indywidualna praktyka lekarska” — mówi prof. Romuald Krajewski, wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej. Podkreśla, że dla lekarzy liczy się nie tylko wynagrodzenie przy podejmowaniu danej pracy. Jest ono ważne, ale istotną rolę odgrywają też warunki pracy, czyli dobry sprzęt w szpitalu, dobra organizacja pracy, możliwość rozwoju zawodowego.

Ważne perspektywy rozwoju

„Tu zawsze prym pod względem atrakcyjności pracy będą wiodły duże miasta. To zresztą nie tylko polska specyfika. Grecja, która spośród innych krajów europejskich posiada najwięcej lekarzy w przeliczeniu na 1000 mieszkańców, ma ogromny problem, aby znaleźć medyków chętnych do pracy na wyspach” — podkreśla prof. Krajewski.

Poza tym lekarze wcale nie są aż tacy chętni do relokacji. Wolą mieszkać i pracować tam, gdzie jest ich rodzina. Praca w innym miejscu wchodzi w grę tylko pod warunkiem, iż da się w miarę szybko do niej dojechać i wrócić do rodzinnego miasta.

Na razie szpitale mają problem z lekarzami. Za chwilę będzie je czekać kolejny armagedon, ponieważ większość pielęgniarek jest w wieku przedemerytalnym i będą one odchodzić na zasłużony odpoczynek. „U nas połowa pielęgniarek za niedługo będzie emerytkami. Ciekawe, co z tym zrobi rząd!” — podsumowuje Mariola Lech-Wasiak.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Katarzyna Nowosielska

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.