Zdrowie jest kwestią polityczną

Dr n. hum. Anna Wiatr, Pracownia Badań Jakościowych IN VIVO
opublikowano: 26-10-2012, 10:11

Gdy 10 października otworzyłam laptop, zasypały mnie informacje o sejmowym głosowaniu nad przyjęciem do dalszych prac dwóch zaproponowanych przez posłów i posłanki projektów ustaw „antyaborcyjnych”.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Pierwszy projekt, „Ustawę o świadomym rodzicielstwie”, złożył Ruch Palikota. Zakłada on prowadzenie edukacji seksualnej, dostęp do antykoncepcji oraz legalną aborcję. Jak piszą na swojej stronie internetowej działaczki Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny: „Projekt ten miał na celu zupełną zmianę optyki, przesunięcie jej z debaty światopoglądowej o tym, czym jest, a czym nie jest zarodek, płód, dziecko poczęte i skupić się na kobiecie i jej prawach”. Projekt ten został odrzucony. Drugi projekt, złożony przez Solidarną Polskę, zakłada usunięcie z obowiązującej od 1993 r. ustawy zapisu, dopuszczającego możliwość legalnego przerwania ciąży w sytuacji, gdy płód jest nieuleczalnie chory lub upośledzony. Projekt ten został skierowany do dalszych prac.
Mieliśmy już w polskim Sejmie akcje tego typu, co jednak nie oznacza, że obecna decyzja posłów i posłanek irytuje mnie w mniejszym stopniu; poskutkowało to tym, że dołączyłam do wydarzenia „Sprzeciw wobec zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej” na Facebooku i przyjrzałam się, kto głosował za dalszymi pracami nad przyjęciem projektu Solidarnej Polski. Nie jestem przy tym tak bardzo naiwna, żeby oceniać tę decyzję niezależnie od istniejącego politycznego kontekstu. Myślę jednak, że akurat ta gra o wpływy osiągnęła wyżyny absurdu, choć posłowie i posłanki PO, PSL, PiS i SP wydają się od dawna tego nie dostrzegać.
Nie jestem również na tyle naiwna, żeby nie zdawać sobie sprawy z tego, że zdrowie, w tym zdrowie reprodukcyjne (domyślam się, że dla większości posłów i posłanek obecnej kadencji to niezrozumiałe i egzotyczne wyrażenie) jest kwestią polityczną. Akurat w tym kontekście politycy przyznają sobie prawo decydowania nie tylko o tym, co kobieta może, a czego nie może zrobić ze swoją macicą, ale i o tym, czy zostanie zmuszona do tego, żeby urodzić nieuleczalnie chore lub upośledzone dziecko. Najbardziej zmuszone będą, rzecz jasna, kobiety mające najniższe dochody — one nie zdecydują się ani na wykonanie nielegalnego zabiegu, ani na aborcyjną turystykę. 
„Zdrowie reprodukcyjne jest stanem dobrego samopoczucia w aspekcie fizycznym, psychicznym i społecznym, a nie wyłącznie brakiem choroby lub niedomagań, we wszystkich sprawach związanych z układem rozrodczym oraz jego funkcjami i procesami. Zdrowie reprodukcyjne oznacza zatem, że ludzie mogą prowadzić satysfakcjonujące i bezpieczne życie seksualne oraz że mają zdolność do reprodukcji, jak również swobodę decydowania, czy, kiedy i ile chcą mieć dzieci”, czytamy w artykule 94 dokumentu końcowego IV Światowej Konferencji w sprawie Kobiet, która odbyła się w Pekinie w 1995 r. Może warto przeprowadzić w Sejmie warsztaty z tego zakresu, bo misyjne zapędy posłów i posłanek mogą wynikać ze zwyczajnej niewiedzy. Przy okazji można by też zorganizować podobne zajęcia wśród zwierzchników Kościoła katolickiego.

None
None

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Dr n. hum. Anna Wiatr, Pracownia Badań Jakościowych IN VIVO

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.