Zapaść polskiej medycyny sportowej

Monika Wysocka
opublikowano: 05-03-2003, 00:00

Po latach świetności medycynę sportową w Polsce systematycznie doprowadzono do ruiny. Potrzeba wiele wysiłku, by zorganizować ją na nowo, ale jest już przynajmniej tzw. zrozumienie dla sytuacji.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
W wielu krajach Europy Zachodniej system jest świetnie zorganizowany: większość ośrodków sportowych ma podpisane kontrakty na opiekę medyczną, zawodnicy mają właściwą dla swojej dyscypliny grupę lekarzy, wśród których są najczęściej: psycholog, fizjolog, chirurg, internista, kardiolog. Bo opieka nad sportowcem musi być kompleksowa, na jego kondycję składa się bowiem niewyobrażalnie dużo czynników. By rozszyfrować, dlaczego zawodnik nagle jest w gorszej formie, trzeba wykonać czasem pakiety różnych badań biochemicznych. Do tego potrzeba lekarzy kilku specjalności. Medycyna sportowa to dziedzina wciąż w Polsce niedoceniana. To stwierdzenie nie dotyczy chyba tylko kadry polskich skoczków narciarskich.
Forma na zamówienie
W zachodnim klubie piłkarskim jest zazwyczaj 6-7 lekarzy różnych specjalności, którzy mają stałe dyżury, zawsze są obecni na treningach. Powołany jest też lekarz naczelny, który koordynuje wszystkie działania.
Niektóre kluby (np. Juventus czy Bayern Monachium) mają nawet swoje własne szpitale. Zawodowi sportowcy są zazwyczaj ubezpieczeni, zaś towarzystwa ubezpieczeniowe mają swoich lekarzy, własne szpitale i przychodnie lub kontrakty podpisane z najlepszymi specjalistami. Gdy za piłkarza płaci się, bagatela, 40 mln dolarów, to w interesie wszystkich leży zapewnienie mu jak najlepszej opieki medycznej.
Kiedyś również w Polsce opieka nad czołowymi sportowcami była zorganizowana na przyzwoitym poziomie. Finansowały ją Ministerstwo Zdrowia i ówczesny Urząd Kultury Fizycznej i Sportu. Ten ostatni dbał o to, by każdy związek sportowy miał swoje pomieszczenia, dofinansowywał budowę stadionów i hal, przy których funkcjonowały wojewódzkie przychodnie sportowo-lekarskie. Oprócz tego kluby miały dość dobrze rozwiniętą sieć ambulatoriów lekarskich.
Po transformacji ustrojowej wszystko się zmieniło i wciąż brakuje pieniędzy. Na stadionach zaczęto wyprzedawać bądź wynajmować powierzchnię, a kiedy nie miał kto płacić za utrzymanie jednostek medycznych, szybko uległy one likwidacji. Dzisiaj z kilkudziesięciu prężnie działających wojewódzkich przychodni sportowo-lekarskich zostało ok. 13 jednostek. To oznacza, że są województwa, w których opieka medyczna nad sportowcami w ogóle zanikła (np. w Krakowie czy Szczecinie).
Ile opieki państwa?
W tej chwili tylko sportowcy olimpijscy i kadra narodowa polskich związków sportowych mają zagwarantowaną opiekę medyczną. Jednak i to nie jest w pełni zadowalające, bo kontrakty z Ministerstwem Zdrowia dają bardzo ograniczone możliwości. Być może już wkrótce zacznie się to zmieniać: w życie wchodzi właśnie rozporządzenie ministra zdrowia, które ma gwarantować opiekę medyczno-sportową.
,Kontrakty przychodni sportowych z kasami chorych są bardzo ograniczone. Nasza wielospecjalistyczna ogromna poradnia sportowa jeszcze do zeszłego roku nie miała możliwości bezpłatnego oferowania swych usług sportowcom, chyba że wizyty finansowały kluby. Nie mieliśmy podpisanego żadnego kontraktu, choć dysponujemy zarówno sprzętem, jak i specjalistami" - żali się dr Zbigniew Rusin, dyrektor Centrum Medycyny Sportowej w Warszawie. Jego zdaniem, rozwijające się dość prężnie prywatne placówki mogą uzdrowić polską medycynę sportową. ,Może ci ludzie zdołają zarazić swoim entuzjazmem, zainteresować problemem i wyrwać innych z marazmu, i w końcu to ruszy" - podkreśla dr Z. Rusin.
Zawodnik kontra lekarz
Kontuzja u zawodnika, który ma podpisany kontrakt z klubem to problem dla wszystkich zainteresowanych stron: sportowca, trenera, władz klubu, lekarzy, kibiców. Ale to na lekarzu często spoczywa największa odpowiedzialność, bo on ostatecznie podejmuje decyzję, czy dopuścić sportowca do dalszych zawodów.
,Wiele lat pracowałem z kolarzami - w czasie wyścigów miałem po sześciu zawodników pod opieką. Gdy któryś ulegał kontuzji, musiałem wiedzieć, czy bardzo zaszkodzi mu dalsza jazda, czy może jechać, choćby po to, by być podporą dla drużyny, by ,straszyć" innych. Udało mi się jak dotąd nie podjąć decyzji, która okazałaby się błędna i tragiczna w skutkach dla zawodnika. Nigdy nie zmusiłem zawodnika do kontynuowania zawodów wbrew niemu" - mówi dr Z. Rusin. Jego zdaniem, częściej zdarza się lekarzom uleganie presji zawodnika, gdy on sam bardzo chce startować w zawodach, mimo kontuzji. Ale i to trzeba zrozumieć i starać się wypośrodkować, bo dla zawodnika, który szykuje się kilkanaście miesięcy do startu i ulega kontuzji w trakcie zawodów lub tuż przed startem - to życiowy dramat. ,Byłem kiedyś w takiej sytuacji. W trakcie wyścigu, jeden z zawodników potwornie się zatruł, całą noc próbowaliśmy postawić go na nogi. Rano był bardzo odwodniony, ale kiedy błagał mnie o udzielenie zgody na kontynuowanie wyścigu nie miałem siły odmówić. Okazało się, że chłopak miał w sobie tyle silnej woli, że mimo tej przeszkody wygrał kolejny etap wyścigu! Jakbym się czuł, gdybym go nie wystawił? Przyznaję jednak, że to naprawdę prawdziwy dylemat i trzeba liczyć się z tym, że można się pomylić" - opowiada dr Z. Rusin.
W dzisiejszych czasach uprawianie sportu może oznaczać duże pieniądze. Łatwo się w tym zatracić, może dojść do bezsensownego eksploatowania zawodnika, co przy braku fachowej opieki medycznej oznacza krótką, często zakończoną poważną kontuzją karierę. Dlatego zdaniem dr Z. Rusina tak ważne jest odbudowanie opieki medycznej dla sportowców: ,musi być ktoś, kto będzie czuwał nad młodymi, zdolnymi ludźmi i pomógł im odpowiednio pokierować swoim talentem. By sport upiększał życie, a nie je marnował".


Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Monika Wysocka

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.