Wyjmowanie jajka z jajecznicy [FELIETON]

Marek Stankiewicz, stankiewicz@hipokrates.org
opublikowano: 18-04-2019, 13:15

Równo przed dziesięcioma laty odszedł jeden z najwybitniejszych współczesnych polskich lekarzy prof. Zbigniew Religa. U schyłku swego życia, jako minister zdrowia przekonywał, że tania medycyna nie istnieje. A poprawa kondycji zdrowotnej naszego społeczeństwa zależy od konsekwentnego zwiększania nakładów na ochronę zdrowia o ćwierć punktu procentowego co rok.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Ciekawe, gdzie by dziś była publiczna służba zdrowia, gdyby prorocze wizje profesora politycy wzięli sobie wtedy do serca. Teraz właśnie dochodzilibyśmy do siedmiu procent, czyli zaledwie średniej europejskiej. Ale nie ze stopami zatopionymi w grząskim bagnie filozofii, że jakoś(ć) to będzie i ktoś coś uszczelni. I może nie byłoby tej całej awantury o 6,8 proc. PKB.

Marek Stankiewicz
Zobacz więcej

Marek Stankiewicz

Ale politycy wolą gadać, celebrować, obiecywać i zwodzić. Bo oni mają swoich lekarzy, dyspozycyjnych okrągłą dobę do zaspokojenia ich potrzeb. Nie tylko tych w parlamencie, ale rzesze oddanych przyjaciół w klinikach uniwersyteckich i szpitalach powiatowych. Konia z rzędem temu, kto czekał kiedyś godzinami w kolejce na SOR ramię w ramię z jakimś posłem czy senatorem.

W maju 2004 roku odbierałem z warszawskiego lotniska mojego przyjaciela, znanego irlandzkiego lekarza, którego zapytałem wprost: czy to dobrze, że Polska stała się częścią Unii Europejskiej. Mój przyjaciel uśmiechnął się pod wąsem i odparł flegmatycznie: przez kolejne cztery lata będzie wam może nawet trudniej, ale za dziesięć lat na pewno lepiej. W moim przekonaniu, nie pomylił się. Ale dziś ta sprawa wciąż dzieli nie tylko wszystkich lekarzy i pracowników ochrony zdrowia w Polsce. 

Przypomnijmy, że to dopiero przełom ustrojowy po 1989 roku umożliwił podjęcie rozmów na temat stowarzyszenia Polski ze Wspólnotą Europejską. Ale na faktyczną akcesję musieliśmy poczekać aż 15 lat. Czy środowisko lekarskie w tamtym czasie tak bardzo łaknęło solidnych unijnych uregulowań, uwolnionych od protekcjonizmu, łapówkarstwa, nepotyzmu czy załatwiania wszystkiego pod knajpianym stolikiem lub na telefon „gdzie trzeba”? Czy niektórym ordynatorom i kierownikom klinik nie zatrzęsły się spodnie, że na nich może już czas? Skutecznej lustracji w polskiej medycynie nigdy nie przeprowadzono. Jedni pomstują do dziś na niesprawiedliwe kariery lekarskich miernot, inni przekonują, że lekarskie piekiełko nie sprzyja nauce i pozycji polskiej medycyny w świecie.

Bo zdrowie publiczne nigdy u nas nie stało się kategorią polityczną. Nikt dotychczas nie wygrywał ani nie przegrywał w Polsce wyborów z powodu zaniedbań w ochronie zdrowia. W 2004 roku wydawało się nam, że może właśnie zwrócą się ku sobie dwa światy polskiej służby zdrowia: nowoczesny, odnoszący sukcesy systematycznie, choć zbyt powoli, bo dyskryminowany świat prywatny i drugi – faworyzowany przez partyjnych kacyków, skostniały, przeżarty korupcją i przerostem zatrudnienia świat większości szpitali publicznych. 

Tymczasem doczłapaliśmy do europejskiej rodziny narodów nie tylko bez świadczeń gwarantowanych i z wyrzuconą poza nawias priorytetów zdrowotnych opieką stomatologiczną dla dzieci i młodzieży, ale za to ze szpitalnymi molochami, których dług zbliżał się do ich wartości materialnej lub ją przerastał. Kroczyliśmy boso, ale w ostrogach, które w naszej wybujałej wyobraźni wciąż święcą rycerskim blaskiem pogromców komunizmu. Lekceważyliśmy życzliwe i roztropne upomnienia i przestrogi, że wzrost refundacji za leki o 38 proc. dobije nasze publiczne fundusze na zdrowie. Władze były przywiązane do wizerunku doktora z żelaza, tonącego w papierologii, dyżurującego niczym stachanowiec przez cztery doby z rzędu, który w taśmowym systemie produkuje coraz więcej porad. 

Tymczasem tysiące lekarzy wraz z rodzinami opuszczało Polskę w poszukiwaniu lepszego życia, zawodowej stabilizacji, bezpieczeństwa wykonywania zawodu i perspektyw dla dorastających dzieci. I wielu znalazło tam szczęście i spełnienie. Bo przecież nie może być mowy o bezpiecznym pacjencie bez bezpiecznego lekarza. Zawrotny postęp w naukach medycznych, agresywna reklama nowych odkryć i metod leczenia oraz wszechwiedzący dr Google, systematycznie poszerzają rzesze pacjentów domagających się intensywnego leczenia. Także wówczas, gdy ryzyko powikłań i zdarzeń niepożądanych przewyższa potencjalne korzyści,

Już się łudziłem, że ten nasz homo sovieticus wreszcie dokona żywota. Aż tu nagle tęgie głowy zaproponowały powrót do wprawdzie inaczej finansowanej, ale ich zdaniem sprawdzonej w przeszłości formuły zespołów opieki zdrowotnej. Osobiście wolałbym, żeby ZOZ był nowoczesnym miejscem leczenia ludzi, ale co wtedy byłoby bastionem ich zatrudnienia w małych miasteczkach? Refleksja jest wciąż żywa, choć to żadne pocieszenie.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Marek Stankiewicz, stankiewicz@hipokrates.org

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.