Współpłacenie lepsze niż ubezpieczenie dodatkowe

  • Ekspert dla "Pulsu Medycyny"
opublikowano: 08-06-2011, 00:00

Raz po raz puszczane są w eter informacje o tym, jak dużo wydajemy z własnej kieszeni na leczenie. W ocenie Ministerstwa Zdrowia na procedury medyczne, takie jak badania i zabiegi, przeznaczamy 12 miliardów złotych rocznie. Natomiast suma wszystkich dopłat ponoszonych przez Polaków w związku z leczeniem ma wynosić 30 miliardów złotych na rok, czyli mniej więcej połowę budżetu NFZ.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Prawdziwe kwoty mogą zatem znacznie odbiegać od podawanych. Z drugiej strony w państwach znacznie lepiej od Polski rozwiniętych, mających dużo sprawniej zorganizowane systemy opieki zdrowotnej, udział wydatków out-of-pocket w kosztach leczenia i profilaktyki wynosi przeważnie około kilkunastu procent. Biorąc pod uwagę różnice w zamożności i poziomie finansowania ochrony zdrowia, sytuacja w Polsce w żadnym razie nie zasługuje na miano „stanu alarmowego”. Tymczasem taką etykietkę próbuje się dokleić do prywatnych wydatków na zdrowie.

Słyszę przy tym pobrzmiewającą gdzieś w podtekście informację: „Czas skończyć z wpychaniem pieniędzy do i tak już wypchanych lekarskich kieszeni”. Być może to tylko moje przewrażliwienie, ale bardzo prawdopodobne, że mamy do czynienia z politycznym marketingiem. Takim w stylu Jacka Kurskiego, czyli zgodnym z zasadą „lud głupi wszystko kupi”. Wszystko, a zatem także to, że lekarstwem na dopłacanie do różnego rodzaju świadczeń medycznych wprost z portfela mają być dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne. Przyznam, że z chwilą ustanowienia koszyka świadczeń gwarantowanych, który de facto niczego nie zmienił, straciłem nadzieję na powstanie zdrowego rynku dodatkowych polis. Bo niby na jakich fundamentach ów zdrowy rynek miałby powstać, skoro i tak praktycznie wszystko należy się w ramach składki ?

Wygląda na to, że nasz system ubezpieczeń dodatkowych będzie karykaturą znanego w innych krajach. Kuriozalnie brzmi oferta dostępu w ramach doubezpieczenia do dokładnie tych samych świadczeń, które gwarantuje obowiązkowa składka na zdrowie. Zadziwia postawienie NFZ w roli obernadzorcy, czuwającego, by świadczeniodawcy mogli leczyć za pieniądze z dodatkowych ubezpieczeń dopiero po wykonaniu 90 proc. kontraktu. Ministerialna propozycja to w rzeczywistości oferta ubezpieczenia się od niewydolności systemu powszechnego, próba podwyższenia składki ukryta pod szyldem służącej pacjentowi reformy. Wobec braku szans na zachęty w postaci ulg podatkowych, dodatkowe ubezpieczenia nie wzbudzą większego zainteresowania. Przy wąskiej klienteli mało prawdopodobne, by firmy ubezpieczeniowe stworzyły konkurencyjną ofertę dla prywatnych gabinetów i małych przychodni, gdzie tradycyjnie płaci się za wybrane świadczenia gotówką.

Nie ma wątpliwości – system potrzebuje pieniędzy, podobnie jak mechanizmów minimalizujących ich marnotrawienie. Obydwa cele dałoby się zrealizować wprowadzając współpłacenie. Nawet w uchodzącej za modelowy przykład państwa socjalnego Szwecji pacjenci ponoszą częściową odpłatność za wizytę u lekarza, każdy dzień pobytu w szpitalu, pomoc doraźną w oddziale ratunkowym, transport karetką, rehabilitację itp. Parasolem ochronnym dla chorych i biednych jest górny limit ponoszonych wydatków. A i w Polsce, mimo oficjalnie deklarowanej przez kolejne władze niechęci do współpłacenia, dopłaca się do leków, stomatologii i sanatoriów. Oprócz współpłacenia, dodatkowym zasileniem systemu byłoby umożliwienie odpłatnego udzielania świadczeń wszystkim, a nie tylko niepublicznym szpitalom. A dobrowolne ubezpieczenia zdrowotne? Jak najbardziej, ale wcześniej należałoby zastąpić obowiązujący „koszyk świadczeń obiecanych” koszykiem świadczeń gwarantowanych.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Sławomir Badurek

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.