Wędrowanie pozostanie: Mjanma (Birma) - miasta

prof. dr hab. n. med. Mirosław Kowalski
opublikowano: 10-04-2019, 21:02

Czy mogę pisać o miastach Birmy, skoro widziałem tylko dwa? Mogę. Widziałem dwa, za to znaczące. Nie ma przecież w Birmie miast ważniejszych od Rangunu i Paganu, chociaż to ostatnie — miasto tysiąca i jednej świątyni — jest już tylko reliktem historii. Które z nich odegrało większą rolę? Nie wiem. Porównywanie ich wydaje się pozbawione sensu.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Chaos Rangunu przerażał mnie. Przypominał mi trochę miasta Indii, ale mimo podobieństw, były też różnice. Od chwili przejazdu z lotniska do hotelu nie mogłem się nadziwić, jak to jest, że samochody z kierownicą po prawej stronie jeżdżą prawą stroną jezdni. Rozumiałem dziedzictwo brytyjskie, ale żeby ruch odbywał się po stronie, która nie ułatwia kierowcy manewrów, tego nie pojmowałem.

Aleja prowadząca do świątyni Szwedagon (w tle jej kopuła). Przedłużeniem alei jest korytarz z wieloma stopniami, kończący się na dziedzińcu świątyni. W okolicy oraz w korytarzu prowadzącym do świątyni trwa ożywiona działalność handlowa.
Wyświetl galerię [1/9]

Aleja prowadząca do świątyni Szwedagon (w tle jej kopuła). Przedłużeniem alei jest korytarz z wieloma stopniami, kończący się na dziedzińcu świątyni. W okolicy oraz w korytarzu prowadzącym do świątyni trwa ożywiona działalność handlowa.

W ruchu ulicznym

Wyczuwałem w kierujących jakieś szaleństwo. Tłumaczyłem to właściwościami betelu, rośliny z grupy pieprzowatych, której liście zwyczajowo żuje się w południowo-wschodniej Azji. Wystarczyło zamienić z kimś kilka słów, zapytać taksówkarza o kierunek, od razu wszystko stawało się jasne. Odsłaniał swoje czarne zęby, pluł na lewo i prawo. Gdy kierowca mnie zabierał, bo miałem już dość wędrówki w kurzu i spalinach, musiałem szybko łapać oparcie fotela przed sobą i kurczowo się go trzymać. W większości samochodów nie było pasów bezpieczeństwa, a prędkość jazdy można było oceniać przez szczeliny w podłodze.

Betel jednak już na początku, w Rangunie, wydał mi się ważny. Może rzeczywiście trudno jest przeżyć gorący dzień w birmańskim mieście bez tej używki. Stale wysychają śluzówki, chce się pić, oczy łzawią.

Najgorzej wspominam rondo przy Pomniku Niepodległości. Było dla mnie jakimś komunikacyjnym upiorem. Nie byłem w stanie przejść na drugą stronę. Widziałem obłęd w oczach kierowców. Gdybym nie miał potrzeby przechodzenia przez ulicę, dałbym za wygraną. Udawało mi się przechodzić rondo etapami, z oczekiwaniem na wąskim skrawku jezdni oddzielającym pasy ruchu, modląc się prawie, żeby nikt mnie nie potrącił.

Z ruchu miejskiego Rangunu najmilej wspominam pociąg, który jeździ po trasie okrężnej. Mogłem nim objechać ogromną metropolię, przyglądając się mieszkańcom. Nie można w nim było jednak liczyć na klimatyzację czy wygodne miejsce. Bilet stanowił równowartość 10 groszy i gdyby wziąć pod uwagę aspekt ekonomiczny, nie było podstaw, by narzekać. Pociąg, stękając i dysząc, pokonywał odległość i pozwalał uniknąć piekła ulicy.

Spełnione życzenie Buddy

Rangun pochodzi z XIX wieku. Nie znaczy to, że nic wcześniej tu się nie działo. Przecież miasto ma świątynię Szwedagon — perłę architektury buddyjskiej, cel birmańskich pielgrzymek. Birmańczycy nie mają zwyczaju podróżować. Podróż jest dla nich zwykle pielgrzymką. Gdyby stać ich było na podróżowanie, wybieraliby właśnie Rangun i odwiedzali świątynię Szwedagon. Większość Birmańczyków odwiedza ją tylko raz i ta wizyta jest spełnieniem marzeń i powinności birmańskiego buddysty.

Jak to się stało, że w Rangunie doszło do stworzenia tak ważnego sanktuarium, przecież to młode miasto? Zanim ono powstało, wiele wieków wcześniej istniała tu osada założona przez Monów. Wyznający buddyzm Monowie wznieśli na szczycie wzgórza skromną stupę. Czy to możliwe, że złożono w niej kilka włosów wyrwanych z głowy Buddy? W historii Birmy jest dużo wydarzeń o charakterze mitycznym. Tylko zainteresowanym pozostaje wsparcie ich wiarą i przekonaniem.

Problem ze świątyniami birmańskimi polega na tym, że zgromadzone w nich relikwie nie są zwykle udostępniane odwiedzającym i nie są przez nikogo weryfikowane. Może rzeczywiście Budda podarował swoje włosy kupcom z kraju Monów. Ale nie o relikwie tylko w tym spotkaniu chodziło. Budda zażyczył sobie, żeby Monowie, gdy wrócą z Indii na swoje ziemie, zbudowali wielką świątynię, szerzącą wiarę i tworzącą buddyjskie królestwo. Kupcy wypełnili życzenie Buddy. Pierwsza stupa wzniesiona przez Monów między X a VI wiekiem p.n.e. była wielokrotnie przebudowywana. Powodem tego były liczne trzęsienia ziemi trapiące tę ziemię.

Świątynia przez wieki pokrywana złotem

Obecna świątynia pochodzi z XVIII wieku. Zachwyca złotym wystrojem, znamionującym bogactwo. Widoczna jest z różnych części miasta, wabi, ściąga spojrzenie. Od XV wieku władcy kraju łożyli na nią. Proces pokrywania świątyni złotem zapoczątkowała królowa Shinsawbu. Przeznaczyła na nią tyle złota, ile sama ważyła. Jej następcy także upiększali świątynię, nie szczędząc środków. Czynili to zwłaszcza w okresie przebudowy po silnym trzęsieniu ziemi bądź innym kataklizmie. Dla władców płci męskiej waga ciała nie stanowiła już odniesienia. Jeśli było ich stać, przekazywali złoto hojnie, nawet znacznie więcej, niż sami ważyli. Szacuje się, że w świątynię wprasowano około 60 ton złota.

To już nie zasługa królów, ale zwykłych pielgrzymów, ochoczo kupujących złote listki, którymi okleja się elewację stup i pawilonów modlitewnych. Dopracowano także parasol oraz iglicę. Obydwa elementy są bogato inkrustowane diamentami. Dookoła centralnej części świątyni stoją mniejsze stupy, a także posągi słoni, lwów, węży, a nawet stworzeń mitycznych — smoków i sfinksów.

Czym dzisiaj jest Szwedagon: pomnikiem wzniesionym religii, miejscem pielgrzymek, areną wielkiej polityki, może parkiem rozrywki? Najwięcej jest pielgrzymów. Sam chciałem nim być i dojść do świątyni pieszo z dzielnicy Thamwe, gdzie mieszkałem. Nie był to długi odcinek, ale marsz w skwarze i smogu wydał mi się dużym poświęceniem. Idąc, pytałem przechodniów, gdzie jest świątynia. Chciałem nawiązać z nimi kontakt, a nawet dowiedzieć się, jak reagują na turystę pielgrzyma. Część ludzi, jak to bywa w takich sytuacjach, mimo starannie wypowiadanej przeze mnie nazwy, nie rozumiała, o co mi chodzi. Część wskazywała główne arterie miasta, a kolejna grupa kierowała mnie do innej świątyni, która mieściła jeden z największych posągów leżącego Buddy. Dość obojętnie przyjmowali natomiast to, że o ich największą narodową świątynię pyta pielgrzym o jasnym kolorze skóry.

Jarmarcznym szlakiem do sanktuarium

Im bliżej było świątyni, tym narastała atmosfera jarmarku. Handlowano wzdłuż każdego z czterech korytarzy, prowadzących na platformę świątyni, a symbolizujących zbliżanie się z każdej strony świata. Punkty sprzedaży miały charakter albo eleganckich sklepów, albo zorganizowanych pospiesznie kramów, gdzie podstawą mógł być taboret, a nawet taca ułożona na chodniku. Sprzedawano zarówno figury Buddy, jak i produkty spożywcze. Nie licowało to z powagą najważniejszego sanktuarium. Żeby wejść na platformę, trzeba było przejść wzdłuż szeregu stoisk, odpowiedzieć na dziesiątki zachęt, zaczepek, pytań. Taka droga może buddyście przynieść oczyszczenie. Pielgrzym przechodzi bowiem od życia jarmarcznego do uduchowionego.

Symboliczny charakter ma także zdjęcie butów. W Szwedagon musi do niego dojść na wczesnym etapie, gdzieś w początkowych odcinkach korytarzy. Od tego momentu pielgrzym kroczy boso. Nie jest to bez znaczenia w warunkach suchego, gorącego lata. Na terenie świątyni rozciągnięto setki mat neutralizujących temperaturę. Należy tylko chodzić uważnie i nie zbaczać z nich.

Są i elementy przyjemne dla zmysłów. Spotkanie ze świątynią to feeria barw, sarongi mnichów i mniszek, rozmaite odcienie złota, zależnie od pory dnia. Jest jeszcze zapach jaśminu, kadzidła, drzewa sandałowego. Pobrzękują dzwoneczki, dobywa się cichy szelest modlących. Bodźce przeplatają się. Ktoś macha kolorową chorągiewką, ktoś polewa figurkę Buddy wodą z glinianej konewki. Wszyscy ulegają czarowi tego miejsca, najświętszego ze świętych.

Gdzie ukląkł biały słoń

Pagan znajduje się w środkowej części Birmy. Nie wiem nawet, czy można go nazwać miastem. To przecież ogromna równina, na której wzniesiono prawie 3 tysiące świątyń. Ale Pagan to jednak miasto. Z takim przynajmniej zamysłem powstał.

Przed narodzeniem się buddyzmu Therawada, obszarem Birmy władali animiści. Dopiero w roku 1044 król Anawrahta zjednoczył ziemie Monów, Payów, Mienów i stworzył państwo, które rozrastając się, zostało nazwane Birmą. Gdy już było wiadomo, że świątynie będą budowane, sprowadzono białego słonia. Bacznie obserwowano jego ruchy. W miejscu, w którym ukląkł, rozpoczęto budowę. Najstarsze świątynie Paganu, mimo że pochodzą z XI wieku, pozostają żywym miejscem kultu. Równolegle z ceremoniami religijnymi, dokonuje się ich systematyczna renowacja. Dobrze zachowanych jest około dwóch tysięcy. Mało kto dałby radę odwiedzić je wszystkie. Nie jest to zresztą potrzebne. Ja też zadowalam się kilkunastoma.

Odwiedzam zarówno te olśniewające architekturą, jak i bardzo skromne. Często bowiem w tych drugich można lepiej odkryć niezwykłość i ducha miejsca. Patrzę na mapę, którą wręczyli mi pracownicy hotelu. Postanawiam zacząć wędrówkę od nabrzeża rzeki Irawadi. Przecież to tam powstała pierwsza birmańska cywilizacja.

Życie rzeki zawsze wydawało mi się ciekawe. Wynajmuję łódź motorową. Podpatruję mieszkańców okolicznych osad. Mimo że to połowa dnia, nad wodą toczy się normalne życie, kobiety piorą, mężczyźni naprawiają sieci. Płyniemy wzdłuż klifu. Mijamy płynące po rzece łodzie transportowe oraz zacumowane przy brzegu większe jednostki przygotowujące się do kilkudniowego rejsu do Rangunu czy Mandalay. Wyłaniają się wieże świątyń i pagód. Często zatrzymujemy łódź. Wchodzę w gąszcz roślin. Okoliczne świątynie są w złym stanie, ale wprowadzają mnie w historię Paganu.

Miejsce kultu i akt pokuty

Miasto jest obecnie podzielone na trzy osady: Nyaung U, w którym mieszkam, oraz Nowy i Stary Pagan. Dużą część terenu pokonuję pieszo. Żeby dostać się do bardziej odległych miejsc, zamawiam taksówkę. Z nieba leje się żar. Wprawdzie to jeszcze nie marzec, ale temperatury w cieniu zbliżają się do 40 stopni. Co rusz przemykają zaprzęgi końskie. To dowód, że dolinę Paganu można zwiedzać w pojeździe pochodzącym z dawnych czasów.

Zaczynam od Ananda Pahto, świątyni z czterema posągami buddy rzeźbionymi w drzewie tekowym. Posągi Buddy są najczęstszym elementem architektonicznym świątyń. Najczęściej jest ich cztery, każdy zwrócony w inną stronę świata. Ananda Pahto jest w całym kompleksie najlepiej zachowaną, najwspanialszą. Wokół niej panuje duży ruch. Zaczepiają mnie sprzedawcy widokówek, artyści malujący birmańskie motywy.

Każda świątynia ma jakąś cechę. Dhammayangyi Pahto powstała trochę później — w XII wieku. Zbudował ją król Narathu, żeby odpokutować zabójstwo ojca i brata. Część świątyń powstała zatem nie jako element budowania królestwa, a jako akt pokuty. Panowało przekonanie, że jeśli nie spowoduje się zadośćuczynienia za dokonane zło, przyniesie to tzw. negatywną reinkarnację i przekształcenie człowieka w owada.

Grupy turystów czekają na zachód słońca na tarasach wybranych świątyń. Popularnością cieszą się zwłaszcza świątynie najbardziej fotogeniczne, z kolorowymi reliefami, bogatą ornamentyką.

Staję ponownie nad rzeką Irawadi. Patrzę na złotą kulę BuPaya. Wiem, że jest młodą budowlą. Jej pękata struktura, niewielki rozmiar sprawiają, że nabieram do niej sympatii. Oryginalna budowla poszła w niepamięć. Zmiotło ją silne trzęsienie ziemi w roku 1975. Podobno rozpadła się w taki sposób, że duża część budowli wpadła do rzeki. Postanowiono jej nie wyławiać. Irawadi jest przecież dla buddystów świętą rzeką. Zbudowano replikę świątyni. Przed trzęsieniem ziemi toczono spór, czy BuPaya jest najstarszą świątynią w kompleksie Paganu. Trzęsienie ziemi położyło kres tym sporom. Świątynia zniknęła w odmętach wody, na zawsze grzebiąc tę tajemnicę.

O kim mowa
Autor reportaży prof. dr hab. n. med. Mirosław Kowalski jest zastępcą kierownika Kliniki Wad Wrodzonych Serca Instytutu Kardiologii w Warszawie. Poza kardiologią ma jeszcze wiele pasji. Autor wystawy fotograficznej „Iran — spokojne spojrzenie” w Muzeum Ziemi Polskiej Akademii Nauk oraz książki „Szkatułka pełna Sahelu — subsaharyjska ballada” o kulturach Afryki subsaharyjskiej. Pasjonuje go również muzyka klasyczna. Jest absolwentem Szkoły Muzycznej I stopnia. Gra na fortepianie.

POLECAMY TAKŻE:

Wędrowanie pozostanie: Mjanma (Birma) - historia

Wędrowanie pozostanie: Mjanma (Birma) - ludzie i przyroda

Wędrowanie pozostanie: Malta - historia

Wędrowanie pozostanie: Malta - przyroda

Wędrowanie pozostanie: Malta - miasta

Wędrowanie postanie: Malta - ludzie

Prof. Mirosław Kowalski: Gdy zakładam  plecak, nie zdejmuję fartucha [WYWIAD]

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: prof. dr hab. n. med. Mirosław Kowalski

× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.