Wędrowanie pozostanie: Malta - miasta

prof. dr hab. n. med. Mirosław Kowalski
opublikowano: 03-10-2018, 01:37

Zatłoczony stary Rabat niezauważalnie przechodzi w arystokratyczną Mdinę. Kościół pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny w Moście, wzorowany na rzymskim Panteonie, przytłacza wielkością. A Sacra Infermeria w Valletcie, najnowocześniejszy szpital w XVI-wiecznej Europie, jeszcze dzisiaj robi wrażenie, szczególnie na lekarzach.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Malta to zlepek miast, jakiego w podobnej skali nie ma chyba nigdzie na świecie. Jadąc z lotniska w Luca do Bugibby nad zatoką Św. Pawła, mija się dziesiątki skupisk o różnej wielkości i zagęszczeniu. Nie wiadomo, gdzie kończy się jedno miasto, gdzie zaczyna następne. Bywa, że są od siebie oddzielone o kilometr, może dwa. Jeśli miasto ma jakiś punkt charakterystyczny, można się nie zgubić. Jeśli nie ma cechy szczególnej, odwiedzający czuje się jak w zurbanizowanej masie, z której trudno się wydostać.

Valetta, Malta. Masywne fortyfikacje w okolicach Wielkiego Portu. Przebudowę miasta rozpoczęto po wielkim oblężeniu z 1565 roku. Trwała ona zaledwie kilka lat.
Wyświetl galerię [1/3]

Valetta, Malta. Masywne fortyfikacje w okolicach Wielkiego Portu. Przebudowę miasta rozpoczęto po wielkim oblężeniu z 1565 roku. Trwała ona zaledwie kilka lat.

Mdina i Rabat

Rozpocząłem wędrówkę od Mdiny i Rabatu. Oba miasta leżą nieco na uboczu. Są najstarsze na wyspie. Wzniesiono je na wzgórzu blisko siebie, co nadało temu osadnictwu szczególnie dostojny charakter. Mdinę i Rabat widać w promieniu kilku, nawet kilkunastu kilometrów.

W okresie rzymskim funkcjonowały razem jako Melita. Otaczał je wtedy wspólny mur obronny. Arabowie uznali Rabat za zbyt pospolity, żeby mógł funkcjonować w jednym organizmie z dostojną Mdiną. Dokonali wówczas podziału i zaczęli fortyfikować faworyzowaną przez siebie Mdinę. Podział zachował się do dzisiaj, ale nie ma on większego znaczenia, z uwagi na niewielki obszar miast. Turysta wędrujący ulicami Rabatu może nie zauważyć, jak szybko, po przejściu fosy, znajdzie się w Mdinie — tzw. cichym mieście.

Warto zaznaczyć, że Mdina nie jest już dzisiaj cicha. Chociaż mieszka w niej zaledwie garstka ludzi, są oni bardzo szczególni. Dzisiejsi mieszkańcy Mdiny w większości noszą tytuły hrabiów lub baronów. Sporadycznie są to ich potomkowie, powinowaci, a to też coś znaczy. Mieszkańcy Mdiny, dzięki swojemu łatwemu do udowodnienia szlachectwu, korzystają z liberalnego prawa i podjeżdżają samochodami pod posesje.

O zagęszczeniu najbardziej jednak stanowią goście. Mdina, jak można się domyślić, dusi się z natłoku turystów, którzy każdego dnia chcą spojrzeć na domy arystokracji maltańskiej, przypatrzeć się zwyczajom rodzin, którym tytuły szlacheckie nadawali wielcy mistrzowie w XVI, XVII wieku.

Rabat jest przeciwieństwem Mdiny. Tu miejsca jest dużo więcej. Mieszkańcy Rabatu żyją skromniej, nie walczą o należne specjalnym grupom przywileje. Mimo braku arystokratycznego rysu, miasto i tak ma wiele do zaoferowania. Zwłaszcza budowle. Trudno wyobrazić sobie, co i jak tutaj budowano. Od wzniesienia obu miast upłynęły tysiące lat. Jedynie pojedyncze elementy przypominają o świątyniach, zbiorach kolumn, mozaikach. Do niektórych obiektów architekci nawiązali w czasach nowożytnych. Jednym z najważniejszych jest kościół kolegialny. Wzniesiono go na cześć przebywającego w mieście św. Pawła, nad grotą, w której nauczał. Miejsce to można obejrzeć, choć lśniące posadzki, kamienna statua, wytworne ołtarze nie przypominają starożytnej groty z początków chrześcijaństwa.

Największą atrakcją są katakumby. Przyciągają zwłaszcza katakumby św. Agaty, ilustrowane freskami. Malowidła nie powstały w latach życia i aktywności świętej, ale w czasach bizantyjskich, a więc wiele lat później. Poza wizerunkiem świętej, w ich treści pojawia się pelikan — symbol raju i nieśmiertelności.

Najważniejsze w Rabacie jest podziemne miasto, funkcjonujące od II wieku n.e. jako nekropolia. W czasach rzymskich ludzi nie kremowano, lecz chowano w skalnych grobowcach. Drążono coraz dłuższe tunele w miękkich skałach wapiennych i wypełniano je grobami. Ciała owijano w płócienne całuny, nawiązując do obyczaju znanego już w czasach Jezusa. Balsamowano je z użyciem oliwy z oliwek i przypraw. Składano je w niszach, przykrywano kamiennymi płytami. Katakumby były użytkowane do IV-V wieku. Ciągle można w nich znaleźć wiele zaskakujących elementów. Są wśród nich zagłębienia dla dzieci, które licznie umierały.

Interesującym obiektem są również tzw. kamienne stoły biesiadne, na których kładziono chleb, rybę, czarę wina. Stół rzeczywiście miał służyć posiłkowi, ale w zamyśle i według wierzeń, spożywanemu z umarłym. Katakumby tworzyły niepowtarzalny klimat. Panował w nich półmrok, stąd próba symbolicznej integracji żywych i umarłych wymagała zapalenia lamp oliwnych. Pomieszczenia pełne były inskrypcji, imion bliskich, malowideł mówiących o nieprzemijalności życia.

Spacerowi po domu rzymskim również towarzyszą emocje. To miejsce oferuje bezpośredni kontakt ze starożytnością. Dom rzymski był obiektem mieszkalnym. Odnaleziono go dopiero pod koniec XIX wieku i pieczołowicie odrestaurowano. Parterowy budynek z czterema kolumnami u wejścia, należący niegdyś do bogatego mieszkańca miasta, nie zasłynąłby tak bardzo, gdyby nie mozaiki polichromiczne pochodzące z 40-50 roku n.e. Badacze świata antycznego uważają je za najbardziej wartościowe w całym basenie Morza Śródziemnego. Mozaiki urzekają nie tylko kolorystyką, ale także sposobem produkcji. W tutejszych zbiorach płyt pojawiły się drobne elementy kwadratowe, stanowiące nowatorską cechę. Tematyka mozaik także zaskakuje. Nie wiadomo, na ile była wyrazem inwencji twórczej artysty, a na ile wynikała z woli właściciela. Sądząc ze zgromadzonej kolekcji, właściciel mógł być artystą i nawet jeśli sztuki nie tworzył, miał wpływ na styl i sposób jej prezentacji. Któż bowiem, jeśli nie człowiek wrażliwy chciałby codziennie przechadzać się po obrazie nimf karzących satyra, czy po wizerunku głębokiej misy, z której gołębie czerpią wodę.

W domu zgromadzono szereg interesujących przedmiotów, w tym posąg cesarza  Klaudiusza. Natknąć się można także na rzeźbę młodej kobiety, której pierwowzorem była zapewne córka właściciela. Ekspozycja jest harmonijna i nieprzeciążona. Posągom, mozaikom towarzyszy szkło, lampy oliwne. W jednej z gablot znajduje się doskonale zachowany szkielet ludzki. Został znaleziony w ogrodzie przy domu, co wskazuje na skłonność mieszkańców do wyboru nieodległego miejsca pochówku. Może wygrywały względy praktyczne, może potrzeba wiecznego spoczynku tam, gdzie spędziło się życie.

Valletta

Chociaż Vallettę uważa się za najmniejszą stolicę Europy, zwiedzający ją turysta nie ma takiego wrażenia. Owszem, stałych mieszkańców jest mało. Stolica europejskiego kraju z kilkunastoma ich tysiącami budzi raczej uśmiech. Mam jednak na myśli zabudowę, wrażenie architektoniczne. Miasta satelitarne przyklejone do Valletty sprawiają, że człowiek czuje się ujarzmiony. Sprawcą takich emocji jest jednorodność kamiennej zabudowy, harmonijne położenie oraz kolorystyka związanych ze sobą na wieki miast. Kolorystyka jest żółta, pochodzi z występującego w obfitości wapienia.

Valletta powstała w ciągu sześciu lat. Mimo tak krótkiego przedziału czasu, zauważa się tu dobrze zaplanowane estakady i szachownice ulic, stanowiące dziedzictwo włoskiego renesansu. Zresztą skojarzeń z Italią jest więcej. To także wieże kościołów, barokowe fasady, zdobnictwo.

W Valletcie czuje się także wpływy arabskie. Wędrując po wąskich uliczkach, nie unikniemy takiego ducha. Będziemy odczuwali klimat Baku, może Casablanki. Dlaczego? Najbardziej porwą arabskością jaskółcze gniazda, czyli balkony wiszące na elewacjach. To nie tylko element ornamentyki. To raczej nieznane w Europie praktyczne rozwiązanie niektórych zasad życia społecznego. Wiszące balkony powstawały wszędzie tam, gdzie nie można było integrować się z ulicą, gdzie można było tę ulicę jedynie podglądać, a nawet rozmawiać z „uwięzionym” na innym balkonie mieszkańcem. Niezwykłości architektury Valletty można by mnożyć: ogrody górne i dolne, winda Barrakka czy nadmorskie estakady przypominają Lizbonę, może nawet brazylijski Salvador.

Stolice są najstarszymi miastami w wielu krajach świata. Z Vallettą jest inaczej. Nie było jej do końca XVI wieku. Była Mdina, Rabat, Victoria na Gozo, miasta stare, powstałe w czasach Imperium Rzymskiego. Fenomen Valletty to działalność zakonu św. Jerzego. Wielkie oblężenie musiało być traumą dla wszystkich. Walka z Imperium Otomańskim zajęła Maltańczykom kilka długich lat. Fortyfikacje Valletty zaczęto wznosić w 1566 r., czyli w rok po ataku wojsk tureckich. Odbudowie miasta patronował Jean Parisot de la Vallette, wielki mistrz. Miasto miało powstawać według dwóch kryteriów: jako bastion chrześcijaństwa i klejnot architektury. Obydwa cele udało się zrealizować. Przy okazji osiągnięto też wiele innych. Port Valletty został okrzyknięty jednym z najwspanialszych w Europie, przez kilka lat był jedynym, który przyjmował największe frachtowce i statki wojskowe.

Valletta miała też inne osiągnięcia. Rozwinięto szpitalnictwo i nauczanie. Przedmiotem dumy Maltańczyków było przede wszystkim szpitalnictwo. Członkowie zakonu św. Jana mieli je nie tylko w nazwie, ale także we krwi. Kiedy Maltę przekazano im jako lenno, od razu zlecili budowę nowoczesnego szpitala. Nazywał się Sacra Infermeria i był tak duży, że mógł pomieścić w tym samym czasie 700 chorych. Jedna tylko sala miała 155 metrów długości i 10 metrów szerokości. Nic w ówczesnej Europie nie mogło mu dorównać. Ale nie o liczby tu chodzi. Opieka medyczna szpitala w Valletcie stała się jedną z najbardziej kompleksowych. Przyjęto rewolucyjne rozwiązania. Sprowadzono najlepszych lekarzy i pielęgniarzy. Wprowadzono system dyżuru. Chorzy dostawali koce, materace i srebrną zastawę, na której serwowano im posiłki. Obowiązywała dieta, codzienna zmiana pościeli i spacer na świeżym powietrzu. Raz w tygodniu pojawiał się w szpitalu wielki mistrz, co mogło nadawać rangę pobytowi i leczeniu. Tworzono nowe oddziały: okulistyczny, oddział dla chorych zakaźnie, rannych i umierających. Leczono wszystkich, także wrogów wziętych do niewoli.

Sacra Infermeria zdobyła taki rozgłos, że przyjeżdżali do niej chorzy z całej Europy. Wprowadzono także nauczanie medycyny. Najważniejsza była szkoła anatomii i chirurgii. Stworzono w niej pokój sekcyjny, a wkrótce potem niezależny budynek nazwany Anatomicum. Do sal szpitala prowadzi dzisiaj kamienna klatka schodowa. Tę część nieznacznie przebudowano. Wejście do sal wymagało pokonania dziesiątków niskich stopni (były niskie, żeby umożliwić rycerzowi w zbroi dotarcie na konsultację). Dzisiaj w Sacra Infermeria panuje bardziej atmosfera muzeum niż szpitala. Jako lekarz wyobrażam sobie jednak, co odwiedzane przeze mnie sale mieściły i czego były świadkiem.

Krążę po Valletcie. Zmieniam dzielnice, obiekty, dzieła sztuki. Widzę, jak wiele tu osiągnięto. Na budowę katedry zakon wydał krocie. Ale taki miał być cel. Kościół Valletty miał przyćmić wszystkie inne. Miał pokazać potęgę zakonu, jego finansową moc. Budowie patronował wielki mistrz Jean L’Eveque de la Cassiere, który od początku budowy upodobał sobie obraz świątyni imponujących rozmiarów, o ascetycznym charakterze. Zamysł budowniczego zmienił się jednak kilkadziesiąt lat później. Pierwotne zdobienia były surowe, powściągliwe, jednak kolejni wielcy mistrzowie przeobrazili wystrój wnętrza w kapiący złotem. Świątynię otwarto w 1577 roku ku uciesze wiernych, ale także miłośników sztuki, zwłaszcza malarstwa. Katedra poświęcona jest patronowi Janowi Chrzcicielowi, stąd liczne sceny z jego życia na sklepieniach i bocznych ołtarzach. Ale nie tylko to jest godne uwagi. Oryginalnym rozwiązaniem jest wmurowanie w posadzkę płyt nagrobnych dedykowanych członkom zakonu. Każda z płyt opisuje i gloryfikuje czyny zakonników, szczególnie wielkich mistrzów. Nawy boczne mają inny charakter. Postanowiono stworzyć w nich kaplice poświęcone „językom” zakonu. Jest ich osiem, tyle ile grup językowych. Wszędzie odczuwa się dumę z osiągnięć. Wielcy mistrzowie dbali o wizerunek, o pamięć. Przywiązywali wagę do płyt nagrobnych, posągów, elementów podkreślających moc i dokonania człowieka.

Jest jeszcze w katedrze coś, czego nikt z odwiedzających nie zapomni. To obraz Ścięcie św. Jana Chrzciciela znajdujący się w oratorium. Autor obrazu — Michelangelo Merisi da Caravaggio — był bratem służebnym zakonu. Jak wiele jest paradoksów życia, myślę. Być może to monumentalne dzieło nie powstałoby, gdyby nie zbrodnia, jakiej Caravaggio dopuścił się wcześniej. Przybył na Maltę już po sukcesach w Rzymie i Neapolu. To, że potrafi malować, nie było dla nikogo tajemnicą. Przybył jednak na Maltę nie z powodu chęci otwarcia nowego rozdziału drogi artystycznej, ale z konieczności. Miał wybuchowy temperament, malarstwo tego nie zmieniło. Kiedy zabił mężczyznę, miał 35 lat. Uciekł na Maltę przed odpowiedzialnością. Wszyscy wiedzieli o zakrętach jego życia. Ale joannici byli przecież wybaczający. Do tego stopnia, że wielki mistrz Alof de Wignacourt zamówił u niego obraz w 1608 roku.

Carvaggio wywiązał się z zadania. Pracę na rzecz zakonu traktował jako zaszczyt i odkupienie win. Kiedy wielki mistrz zobaczył dzieło, nałożył artyście złoty łańcuch na szyję. Obraz pozostaje w tym samym miejscu od ostatniego ruchu pędzla. Nie mogę oderwać oczu od sylwetki świętego, leżącego na dziedzińcu więziennym i pochylonego nad nim kata. Dlaczego ścięto świętego Jana? Widzę przerażenie w oczach kobiety trzymającej misę. Ona nie wie, co się stało i dlaczego. Scena znana z Ewangelii ma tu przewrotną wymowę. Jan Chrzciciel nie umarł, chociaż oprawcy zadali mu okrutne, śmiertelne rany. Jan Chrzciciel przyjął je z pokorą. Ma spokojną twarz, nie świętego, ale człowieka. Jest to twarz kogoś, kto wie, że mimo śmierci, zwycięża.

Naxxar

Palacio Parisi w Naxxar łączy się z inną epoką historyczną. Nazwany jest maltańskim Wersalem. Wnętrza kuszą przepychem, ogrody pałacowe dają rzadkie na Malcie ukojenie od kamiennej zabudowy. Znów dochodzę do wniosku, że nie byłoby zacisznego i urokliwego pałacu, gdyby nie zakon. Wielki mistrz Manoel de Vilhena zlecił jego budowę w 1733 roku. Zakon wkrótce miał jednak opuścić wyspę. Pałac dostał się w ręce bankiera Giuseppe Scicluna, który nadał rezydencji charakter włoskiej willi renesansowej. Nie szczędził pieniędzy. Wykorzystywał najdroższe materiały z marmurem karraryjskim tworzącym balustrady i klatki schodowe. Scicluna długo nie cieszył się z efektu prac. Zmarł rok po rozbudowie. Obecnie w pałacu w Naxxar mieszka jego wnuczka — baronowa Ramsay-Scicluna. Pałac jest tak obszerny, że część rezydencji baronowa oddała zwiedzającym, zadowalając się niewielkim skrzydłem. Główny obiekt wypełniony jest rodzinnymi portretami i freskami. Jeden z nich przedstawia rzymskiego boga kupców Hermesa.

Scicluna prowadził działalność browarniczą. Zapatrzony w Hermesa i niesiony jego energią dorobił się olbrzymiego majątku. Pałac jest udekorowany także innymi motywami. Wiele z nich nawiązuje do historii Malty, a także do osiągnięć Europy. W pałacu jest sala pompejańska, sala bilardowa ze stołem sprowadzonym z Londynu, sala balowa z lustrami. Scicluna okazał się również dokumentalistą — na jednej ze ścian kazał namalować Kanał Sueski. Przedstawił się także jako człowiek bogobojny i tę cechę, poza wykształceniem i kosmopolityzmem, pielęgnował najsilniej. Chociaż do miejscowego kościoła w Naxxar nie było więcej niż sto metrów, wolał modlić się w pałacu i umożliwić modlitwę członkom rodziny. Pojawiła się zatem mała, ale kunsztownie urządzona kapliczka.

Chodzę po wnętrzach w towarzystwie młodego przewodnika. Pokazuje mi wartościowe obrazy, kaplicę, fortepian. Pytam, gdzie jest właścicielka, czy mógłbym ją spotkać? Odpowiada, że nie. Rzadko pojawia się w części publicznej. Nie tracę nadziei, odpowiadam. W jakim języku z nią rozmawiać, gdybyśmy się natknęli? Zacznij po włosku, odpowiada. Zresztą nieważne, poprawia się. Baronowa i jej córka są poliglotkami. Nie sądzę, żeby mówiły po polsku, ale gdybyś chciał rozmawiać w którymkolwiek z ważnych języków Europy, nie będziesz miał z tym najmniejszych problemów.

Mosta

Przez Mostę przejeżdżałem wiele razy, ponieważ autobusy wracające z Rabatu czy Valletty zatrzymywały się często przy placu kościelnym. Nie mogłem sobie odmówić przerwania podróży. Kościół pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny ma kopułę imponującej wielkości. W porównaniu z Vallettą, Mosta jest młoda, a kościół powstał dopiero w XIX wieku. Wzorowany jest na rzymskim Panteonie. Wielu mieszkańców Mosty wzięło czyny udział w budowie. Niektórzy wpłacali daninę, z czego władze kościoła były nie mniej zadowolone.

Jak każde wnętrze na Malcie, także i to zaskakuje. Już się do tego przyzwyczaiłem. Nie sposób założyć, co zastaniemy w środku. Kościół w Moście ma tonację biało-zielono-złotą. Zaskakuje także kopuła. Zasłynęła tym, że w czasie nalotów II wojny światowej przedziurawiła ją bomba. Stało się to podczas nabożeństwa. Nikt nie zginął. Bomba nie eksplodowała. Gdyby ktoś nie wierzył, może bombę zobaczyć. Czy to wszystko prawda? Czy bomba może nie eksplodować? Pewnie może. Na Malcie cudów przecież było więcej niż gdziekolwiek indziej.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: prof. dr hab. n. med. Mirosław Kowalski

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.