Wędrowanie pozostanie: Malta – przyroda

prof. dr hab. n. med. Mirosław Kowalski
opublikowano: 19-09-2018, 18:44

Zatoka Marsaxlokk to najbardziej malownicze i tłumne miejsce na Malcie. Wycieczki turystów przybywają tu przez cały dzień. Klify Dingli przyciągają samotników lubiących kontemplować naturę, a Gozo — zwolenników agroturystyki. Dwejra jest rajem dla nurków, penetrujących obszar przybrzeżny od jeziora wewnętrznego po otwarte morze.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Czy podróżując po Malcie, dostrzeżemy przyrodę? Główna wyspa to niekończąca się aglomeracja. Gdzie jest las, park, choćby skwer? Gdzie są ptaki, drzewa, krzewy? Gdzie jest plaża z prawdziwego zdarzenia? Malta jest przecież wyspą i czego jak czego, ale plaż wokół niej moglibyśmy się spodziewać.

Autor reportaży Wrodzonych Serca Instytutu Kardiologii w Warszawie. Poza kardiologią ma jeszcze wiele pasji. Autor wystawy fotograficznej „Iran — spokojne spojrzenie” w Muzeum Ziemi Polskiej Akademii Nauk oraz książki „Szkatułka pełna Sahelu — subsaharyjska ballada” o kulturach Afryki subsaharyjskiej. Pasjonuje go również muzyka klasyczna. Jest absolwentem Szkoły Muzycznej I stopnia. Gra na fortepianie.
Wyświetl galerię [1/5]

Autor reportaży Wrodzonych Serca Instytutu Kardiologii w Warszawie. Poza kardiologią ma jeszcze wiele pasji. Autor wystawy fotograficznej „Iran — spokojne spojrzenie” w Muzeum Ziemi Polskiej Akademii Nauk oraz książki „Szkatułka pełna Sahelu — subsaharyjska ballada” o kulturach Afryki subsaharyjskiej. Pasjonuje go również muzyka klasyczna. Jest absolwentem Szkoły Muzycznej I stopnia. Gra na fortepianie.

Oaza dla samotników

Pierwszy dzień spędziłem na południowym wybrzeżu, przemierzając kilometry od lazurowej groty do klifów Dingli. Te tereny mogłyby współzawodniczyć o miano najbardziej sielankowych. Trzeba tylko uciec od Wielkiego Portu, gęstej zabudowy, tras szybkiego ruchu.

Wioski południa nadają życiu inny rytm. Można tu z klifowego tarasu godzinami obserwować rozbryzgujące się z impetem morze. Klify Dingli mają niepowtarzalny klimat. Ludzie żyjący tak blisko morza, w wioskach zawieszonych na wysokości 200-300 metrów, nie mają jednak do niego dostępu, nie mogą czerpać z jego zasobów. Mogą tylko na nie patrzeć, jak ja. Nie można powiedzieć, że mieszkańcy południa nic nie robią. Są rolnikami, jeśli taki termin jest właściwy dla kogoś, kto zajmuje się tarasowymi polami rozproszonymi w wapiennej skale. Uprawiają tam pomidory, brzoskwinie, czasem cytrusy. W taki sposób zachowują swoją aktywność. Bogacić się tu jednak nie mogą. Pola powstały jedynie na nielicznych załamaniach klifu, są niewielkie i nierówne. Największym problemem jest niedobór słodkiej wody. Nie ma tu rzeki ani jeziora. Klif jest zbitą skałą, gdzieniegdzie tylko popękaną.

Pokonuję kilometry wybrzeża w długi kwietniowy dzień. Świetny czas na zwiedzanie. Dingli o tej porze roku to oaza dla samotników. Prawie nie ma turystów. Nikt nie czeka na przystanku. Zresztą nie wiadomo, czy jakiś autobus będzie jeszcze tędy przejeżdżał. Ktoś nawet pomyślał, żeby ustawić ławki i zwrócić je ku morzu. Krajobraz rozleniwia, paraliżuje. Nie widzę na horyzoncie łodzi, nikt nie chodzi po płaskiej powierzchni niezamieszkanej wyspy Filfla. Wszędzie tylko morska toń, od której nie można oderwać oczu.

Inwazja turystów

Dostęp do morza jest trochę dalej na wschód. Zatoka Marsaxlokk uważana jest za najbardziej malowniczą. Tędy wojska tureckie próbowały przed wiekami dokonać inwazji na wyspę. Teraz inwazji dokonują turyści, raczej nie od strony morza, a przybywając niemal z każdego kierunku na Malcie. Turyści pojawiają się codziennie, najwięcej w niedzielę, gdyż wtedy nad zatoką otwiera się największy targ.

Kiedy docieram autobusem miejskim z Valetty, rybacy już wyładowują towar. Wypływają w środku nocy, żeby około godz. 8-9 rano świeży tuńczyk, dorada, ośmiornice znalazły się na betonowym nabrzeżu, a wkrótce potem w restauracjach i na licznych straganach. Krytycy targu w Marsaxlokk mówią, że zmienił on swoje oblicze, że teraz to komercja, chińskie buty, autobusy pełne turystów. Targ ciągle jednak spełnia swoje cele. Produkty świeże i różnorodne kupują tu nawet mieszkańcy Gozo. Najbardziej podekscytowani są turyści. Lubią patrzeć na moczone ryby, oprawiane ostrymi nożami i siekane w plastry. Kiedy już przejdą wzdłuż stoisk, siadają w którejś z wykwintnych restauracji i próbują smaków, jakich dostarcza morze.

Czas w Marsaxlokk nie będzie stracony. Przeciwnie, może stanie się jednym z piękniejszych wspomnień z wyspy. Spokój zatoki, szmaragdowa toń wody, harmonia zabudowy oraz intensywnie niebieskie łodzie luzzu potęgują urok tego miejsca.

Kieruję obiektyw na oko Horusa. Każda łódź jest w nie zaopatrzona. Ten symbol ma chronić rybaka przed niebezpieczeństwem na morzu. To tradycja pogańska w katolickim kraju, ale wielu jej tutaj ulega.

Zielone dywany garigu

Jeśli szukamy zieleni, jedźmy na Gozo. Ta cicha wyspa o wątłej zabudowie przeprowadza eksperyment. Jej mieszkańcy chcą żyć z agroturystyki. Mają wiele do zaoferowania: życie na farmie, dojenie kóz, produkcję serów, uprawę winorośli. Przedsiębiorczy właściciele poczuli, że dużo mogą sprzedać, a krzątający się po wyspie turyści pragną atrakcji, chcą wypełnić czymś czas. Jeśli nawet ktoś nie chce spróbować farmerskiego życia, może wsiąść na rower, wspinać się na skałkach, nurkować, zwiedzać solniska sięgające czasów średniowiecza.

Gozo kusi pustkowiem. Jego kolorystyka, dzięki dywanom wiecznie zielonego garigu, bardziej zachęca od płowożółtej Malty. Przypływają tu ci, którzy mają dość zgiełku, pędzących aut, ciasnej zabudowy. Miejscowa fauna jest skąpa, ale kto by się tym przejmował. Najważniejsze, mówią mieszkańcy Gozo, żeby nie budować supermarketów, osiedli, ciągów hoteli. Na razie im się udaje. Powstrzymują masową turystykę, ograniczają zanieczyszczenie. Wiedzą, co się dzieje u sąsiadów. Mieszkańcy Gozo mają świadomość, że istnieje zależność pomiędzy środowiskiem i zdrowiem człowieka. Nie chcą niczego zmieniać. W ciągu stuleci pielęgnowali taki sam styl życia, stoicki i rozleniwiony.

Czasami przyroda za nich coś zmienia. Myślę o lazurowym łuku skalnym leżącym blisko zatoki Dwejra, który przez lata był atrakcją przyrodniczą. Nie ma go już, miesiąc przed moim przyjazdem runął do morza, pokruszony na kawałki. Łuk i tak długo opierał się wiatrowi i erozji. Zatoka Dwejra straciła ważny element krajobrazu, ale nie straciła waloru. Chociaż to najbardziej odległe od Valetty miejsce na Malcie, ciągle warto tu przyjechać. Okrążając zatokę, stąpa się po gigantycznych płytach wapiennych, będących pozostałością dna morskiego. Dostrzeżemy w nich szczątki drobnych żyjątek, ze szkieletami i skorupami wprasowanymi w miękki, podatny formowaniu kamień.

Skał wapiennych Malta ma pod dostatkiem. Wydobyte z dna morskiego twardnieją. Nawet świątynie neolityczne zbudowano z tego kamienia. Teren zatoki Dwejra jest ogromnym ogrodem złożonym z płyt wapiennych, z zastrzeżeniem, że słowo „ogród” dotyczy w tym wypadku skamieniałości, a nie bogatej, żyznej wegetacji.

Tajemniczy grzybek maltański

Dwejra jest rajem dla nurków, którzy penetrują obszar przybrzeżny od jeziora wewnętrznego po otwarte morze, gdzie kamienne skały walczą z żywiołem. Najsłynniejszą z nich jest skalny grzyb, którego nazwa wiąże się z grzybkiem maltańskim, rośliną odnalezioną i hodowaną przez joannitów. Grzybek rósł tylko na szczycie skały, w trudnym miejscu do hodowli. Utrzymywano ją przez stulecia w tajemnicy. Kawalerowie maltańscy pilnowali całej Grzybowej Skały, aby ustrzec rzadką roślinę. Za kradzież grzybka maltańskiego groziła kara śmierci. W 1744 r. wielki mistrz Manuel Pinto de Fonseca przekształcił terytorium Dwejry i Grzybowej Skały w teren zamknięty.

Do dziś nie jest pewne, co leczono za pomocą tej rośliny. Wyciąg z niej podobno uśmierzał ból. Możliwe, że był środkiem na potencję, stąd ogromne poruszenie na dworach królewskich całej Europy i liczne zamówienia. Przyniosło to zakonowi duży zysk.

Kiedy czytam, jak rycerze zarządzali Grzybową Skałą, dochodzę do wniosku, że mieli w swoich szeregach wybitnych ekonomistów i strategów. Zakon wysyłał potencjalnym odbiorcom darmowe próbki. Gdy zainteresowanie produktem rosło, wysyłano kolejne, za które już sowicie liczono. Roślinę zbadano dopiero w latach 80. XX wieku. Okazało się, że nie ma właściwości leczniczych. Ot, taka mała mistyfikacja w naukach przyrodniczych i medycznych tamtych lat.

Rozpaczliwy krzyk ptaków

Co jest największą frustracją w przyrodzie Malty? To nie grzybek maltański. Obecnie nikt się nim nie zajmuje. Niedostatek drzew, krzewów, roślinności? Także nie. Największą frustracją w przyrodzie Malty jest śmierć ptaków. Maltańczycy nie ukrywają nawet stanowisk strzelniczych usytuowanych w kamiennych domkach, klatek z poranionymi ptakami, łusek od nabojów, porozrzucanych po klifowym wybrzeżu Dingli czy Gozo.

Ptaki zabijano już setki lat temu. Malta była wówczas biedna, jej mieszkańcy nie mieli co jeść. Zauważono wówczas, że nad wyspą przelatują ptaki, wiosną i jesienią. Zwyczaj odstrzału przechodził budzącą trwogę ewolucję. Początkowo zabijano ptaki z biedy, aby zaspokoić głód. Z czasem stało się to hobby, udowadniające spryt młodzieńca. Ten, który odstrzelił najwięcej, uważany był w społeczności za najbardziej wartościowego. Mógł zdobyć najładniejszą i najbogatszą pannę. Jednak w II połowie XX wieku Maltańczyków stać już było na wszystko, zwłaszcza na wyżywienie siebie i swoich rodzin. Nie przestawali jednak zabijać. Rozkoszowali się tym i rozkoszują do dziś. Nie jedzą już ptaków. Poranione trzymane są w klatkach, na pokaz.

Nie jest to hobby garstki zwyrodnialców, ale dużej części społeczeństwa, włączając bogatych i dobrze wykształconych. Każdy z myśliwych lubi godzinami wpatrywać się w niebo. Myśliwi nie są bynajmniej romantykami łagodnego usposobienia. Łatwo wpadają w furię, kiedy próbuje się napiętnować ich zwyczaj, ograniczyć prawa. Szybko stają się agresywni i brutalni. Spotkanie z maltańskim myśliwym zmieni wyobrażenie o tym państwie. Wdzięczą się do nich politycy. Respektują ich pasję, nazywając ją narodową. Od szacunku dla pasji narodowej tylko krok do ustanowienia odpowiedniego, korzystnego dla nich prawa.

Mechanizmy państwa zawodzą. Zawodzi Unia Europejska. Polityka Malty wobec Unii jest twarda, patrząc na liczebność populacji, wręcz zuchwała. W konsekwencji zabijania ptaków środowisko obumiera. Giną flamingi i polskie bociany. Giną gatunki chronione: żołny, sokoły, pustułki. Nikt nie może tego powstrzymać, chociaż w części społeczeństwa narasta świadomość i wstyd. Uaktywniają się ekolodzy. Wzywają policję, walczą. Ruchy ekologiczne nie zrównoważą jednak pasji zabijania, nie wygrają z nią. Policja często przechodzi na stronę zabójców ptaków. W odległych społecznościach Gozo policjant często jest krewnym myśliwego, a nawet sam poluje. Krzyk ptaków na wyspie nie ustaje. Słyszą go wszyscy, nawet zachwycający się bogactwem Malty turyści.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: prof. dr hab. n. med. Mirosław Kowalski

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.