Wędrowanie pozostanie: Kuba - miasta

Mirosław Kowalski
opublikowano: 09-10-2019, 17:52

Jeszcze przed wyjazdem na Kubę wiedziałem, że kilka jej miast znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, ale wzbraniałem się, by to kryterium wyznaczało trasę mojej wędrówki. Zaciekawiło mnie, że miasta Kuby osiągały ten status w okresie surowego socjalizmu i głębokiej izolacji kraju. Ale czy to może dziwić? Kiedy się je pozna, można dojść do przekonania, że są nie tylko ważne dla kultury światowej, ale wręcz wyjątkowe.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Najwięcej emocji budzi Hawana. Wydaje się zlepkiem dzielnic, splotem architektonicznych koncepcji. A jednak, pomimo różnorodności, jest w niej coś przekonującego. Nie od razu była stolicą. Stało się to prawie sto lat po założeniu Baracoa i Santiago przez Diego Velázqueza.

Autor reportaży prof. dr hab. n. med. Mirosław Kowalski jest zastępcą kierownika Kliniki WadWrodzonych Serca Instytutu Kardiologii w Warszawie. Poza kardiologią ma jeszcze wiele pasji. Autor wystawy fotograficznej „Iran — spokojne spojrzenie” w Muzeum Ziemi Polskiej Akademii Naukoraz książki „Szkatułka pełna Sahelu — subsaharyjska ballada” o kulturach Afryki Subsaharyjskiej. Pasjonuje go również muzyka klasyczna. Jest absolwentem szkoły muzycznej I stopnia. Gra na fortepianie.
Wyświetl galerię [1/9]

Autor reportaży prof. dr hab. n. med. Mirosław Kowalski jest zastępcą kierownika Kliniki WadWrodzonych Serca Instytutu Kardiologii w Warszawie. Poza kardiologią ma jeszcze wiele pasji. Autor wystawy fotograficznej „Iran — spokojne spojrzenie” w Muzeum Ziemi Polskiej Akademii Naukoraz książki „Szkatułka pełna Sahelu — subsaharyjska ballada” o kulturach Afryki Subsaharyjskiej. Pasjonuje go również muzyka klasyczna. Jest absolwentem szkoły muzycznej I stopnia. Gra na fortepianie.

Hawana przyciąga podróżników

Hawana oferuje wiele turystycznych atrakcji: fortyfikacje, stary port, urzekającą promenadę. Ma też jedną z najbardziej niezwykłych Starówek świata, która powstała nie wokół jednego, a czterech placów: Katedralnego, Starego, św. Franciszka z Asyżu oraz Broni (Plaza de Armas). Każdy z placów Hawany kusi przybysza czymś szczególnym.

Wspominam zwłaszcza wizytę w klasztorze św. Franciszka. Plac wokół klasztoru jest gęsto zabudowany i tylko z jednej strony otwiera się na zatokę. Powstał dzięki wyrwaniu tych terenów morzu i ich osuszeniu. Plac pełnił przez lata funkcję punktu przeładunkowego, miejsca transportu towarów. Dzisiaj trudno w to uwierzyć i nawet sobie to wyobrazić.

Gdy w 1607 roku Hawana stała się stolicą Kuby, użyczyła gościny władzom floty karaibskiej. Było co w mieście przeładowywać. Zwożono tu drogocenne towary: srebro z Peru, złoto z Meksyku. Hawana piękniała i bogaciła się. Przez plac św. Franciszka przechodziły towary, przechodzili ludzie. Było to prawdopodobnie miejsce pierwszego kontaktu europejskich imigrantów z kubańską ziemią.

Hawana przyciągała wszystkich: marynarzy, handlarzy, zwykłych awanturników. Co wtedy czuli, idąc z portu w głąb miasta, wchodząc w plątaninę uliczek? Czy szli się pomodlić? Przecież nieopodal, na dzisiejszym placu Katedralnym był już wtedy kościół. Istniał też konwent św. Franciszka, wzniesiony w końcu XVI wieku. Chociaż świątynia została na mocy papieskiego dekretu przeobrażona w bazylikę mniejszą, z biegiem lat straciła swój pierwotny charakter. Powodem tego było przejęcie Hawany przez Anglików w 1762 roku i profanacja, jak uważali franciszkanie, ich świętego miejsca przez protestantów.

Franciszkanie pozostawili konwent miastu, otwierając drogę do stworzenia tu muzeum sztuki sakralnej, a także sali koncertowej, wykorzystującej niezwykły walor akustyczny obiektu. Współcześnie konwent, z racji wysokiej wieży i położenia przy hawańskim porcie, wabi turystów. Wchodzę na platformę widokową. Dopiero z góry można lepiej przyjrzeć się życiu starej Hawany, niewidocznym z poziomu ulicy dziedzińcom, ocienionym zaułkom, w których czas zatrzymał się na wiele lat.

Owiana romantycznym duchem

Jak to możliwe, że istnieje dzisiaj miasto, w którym nie ma reklam, kolorowych witryn, blichtru współczesnego świata? Możliwe. Hawana jest takim miastem. Sądzę jednak, że tego wizerunku nie będzie w stanie długo utrzymać. Kubańczycy wychodzący z okowów socjalizmu, chcą tego samego, co inne społeczeństwa. Tymczasem ta surowość może być dla niektórych atrakcją. Zresztą nie wiadomo, co w Hawanie może urastać do miana atrakcji. Czy jest to Muzeum Rewolucji, fabryka rumu, amerykańskie krążowniki sunące po ulicach Starówki? Nie wiem.
Chodziłem po Hawanie trzy pełne dni. Okazała się dla mnie miastem bez końca. Chyba nie tylko dla mnie. Hawana — duszna i tropikalna — jest miastem, które wygra z każdym, nawet najbardziej dziarskim przybyszem. Chyba że objedzie je autobusem turystycznym, robiąc zdjęcia z górnego pokładu. Trzeba mieć świadomość, że planu zwiedzania nie uda się w Hawanie zrealizować. Prędzej czy później coś nas zatrzyma, zastanowi, sprawi, że poświęcimy temu czemuś pół dnia zamiast paru minut.

Hawana to historia, rozpadające się kamienice hiszpańskich baronów, nostalgia nadmorskiej estakady, w którą co rusz uderzają fale oceanu. Ta nostalgia mobilizowała tysiące mieszkańców, by wieczorami tu przesiadywali, rozmawiali, kochali się, tęsknili. Niekoniecznie miałaby to być tęsknota do kobiety, raczej do raju, za który uważano skrawki Florydy, oddalone o kilkadziesiąt kilometrów.
Jest w Hawanie coś niewypowiedzianego i przez to romantycznego. To coś nie zniknęło wraz z odejściem braci Castro. Duch romantyczny wpisany jest nie tylko w ośmiokilometrowy nadmorski deptak Malecón, ale też w leżące po drugiej stronie zatoki fortyfikacje. Na dziedzińcu Fortaleza de San Carlos de la CabaĖa, codziennie o 21.00, żołnierze w strojach z XVIII wieku oddają wystrzał armatni.

Ceremonia odbywa się na dziedzińcu największego kolonialnego fortu, jaki powstał w obu Amerykach. Wystrzał symbolizuje codzienną tradycję zamknięcia murów miejskich. Tę kolonialną tradycję pielęgnował nawet Fidel Castro.

Fort powstał po klęsce Hiszpanii w bitwie z Anglikami. Był ogromny jak na tamte czasy. Legenda mówi, że budowniczy, król Karol III chciał na niego patrzeć z Madrytu przez lunetę. Jeszcze bliżej wejścia do zatoki znajduje się drugi fort — Castillo de los Tres Santos Reyes Magnos del Morro. Fortyfikacje są perłą dawnej zabudowy. Mimo trzymetrowej grubości murów, nie uchroniły jednak miasta. W 1762 roku, po 44 dniach oblężenia, siły brytyjskie wtargnęły do Hawany, wydzierając ją światu i burząc na pewien czas jej iberyjskie dziedzictwo.

Cmentarz, który miał nieść szczęście

Nie mogę pominąć Necropolis de Cristóbal Colón, cmentarza w dzielnicy Vedado. Od czasu, gdy powstał w 1860 roku, pochowano na nim milion osób. Mają tutaj swoje groby zarówno wybitni, jak i zwykli mieszkańcy miasta. Groby z marmuru, piaskowca, skał gabrowych, niezależnie od tego, do kogo należą, są dziełami sztuki zapełniającymi hektary powierzchni. Jak to możliwe, żeby Hawana, miasto biedne przez ostatni wiek, stworzyło swoim mieszkańcom tak artystyczne miejsce spoczynku?

Już brama w kształcie łuku tryumfalnego z figurami u szczytu, symbolizującymi wiarę, nadzieję i miłość, znamionuje szczególne spotkanie. Mijając ją, wchodzi się w gąszcz obiektów, wśród których są egipskie piramidy, greckie kolumnady, romantyczne rzeźby Europy. Magia miejsca poraża. Nie trzeba nawet czytać inskrypcji, wystarczy patrzeć na kamienną symbolikę rzeźb. Biel grobowców-mauzoleów, licznych zdobień, odzwierciedlających przemijanie i nieśmiertelność, bije w oczy, zwłaszcza w promieniach południowego słońca.

Wymowa cmentarza jest wręcz pogodna, jeśli w ogóle cmentarz może nosić taką cechę. Kiedy go budowano, w Hawanie panowała epidemia cholery. Ludzie umierali. Nie było gdzie ich chować. Rozpisano konkurs na projekt nowego cmentarza, który, na przekór wszystkiemu, miał nieść szczęście. Wybrano projekt Hiszpana z Galicji — Calixto de Loira y Cardoso. Autor, młody mężczyzna mieszkający na Kubie, zmarł na cholerę tuż przed oddaniem cmentarza do użytku.

Jemu poświęcono pierwszą mogiłę

Po co tu przyszedłem? Przecież nikt z moich znajomych nie został tu pochowany. Naprawdę nikt? A Alejo Carpentier, autor książki, która kiedyś towarzyszyła mi przez cały rok? Szukam jego grobu, pytam, kluczę. Pracownicy cmentarza tylko czyhają na okazję zarobku. Grób pisarza znajduje się niedaleko bramy głównej. Niesamowite, myślę, stojąc nad otwartą kamienną książką. Ten człowiek, chociaż nie był Kubańczykiem, poświęcił Kubie całe swoje życie. Utożsamiał się z wyspą, jej językiem, literaturą, muzyką. To on o katedrze hawańskiej, obok której przechodził zapewne tysiące razy, napisał: „to muzyka zamieniona na kamień”.
Trinidad redivivus

Hawana jest zbyt duża, żeby ją ujarzmić. Trinidad łatwiej się temu poddaje. Zwarta zabudowa z czasów kolonialnych sprawia, że wszystko można tu obejść w ciągu paru godzin.

Trinidad odegrał ważną rolę w historii. Stąd Hernán Cortés wyruszył na podbój Meksyku. Miasto rozwijało się zwłaszcza wtedy, gdy w nieodległej dolinie uprawiano trzcinę cukrową. Trinidad, tak jak na przemyśle cukrowym zyskał, tak po latach, gdy aktywność plantacji zaczęła zamierać, popadł w zapomnienie. Przez cały wiek XX nikt się nim nie interesował. Niszczały okazałe domy baronów cukrowych. Degradacji ulegały kościoły i place. Nikt nie był w stanie wyrwać miasta z letargu i beznadziei.

Uczyniła to turystyka. Trinidad okazał się dla niej drogocennym klejnotem. Należało jednak poddać go gruntownej odbudowie. Okazja ku temu była wyśmienita, bowiem miasto w 2014 roku obchodziło 500-lecie istnienia. Oczywiście nie na wszystko starczyło pieniędzy. Odrestaurowano przede wszystkim okolice Plaza Mayor. To właśnie wokół tego placu wznoszono przed wiekami najważniejsze obiekty. Tutaj budowali też swoje rezydencje najbogatsi: rodziny Brunet, Padrón, Ortíz, Sanchez-Iznaga.

Życie przedsiębiorców nie służyło tylko zarządzaniu fabrykami. Trinidad był dla nich miejscem odpoczynku. Spacerowali w niedziele po brukowanych ulicach, szli na mszę do kościoła parafialnego. Tam się modlili, brali śluby, chrzcili dzieci. Czy mogło być w owym czasie lepsze miejsce dla praktyk religijnych na Kubie? Kościół Najświętszej Trójcy, podniesiony do rangi katedry, już wtedy owiany był sławą. Szczególnie czczono zachowany do dzisiaj krucyfiks zwany Pan Prawdziwego Krzyża. Wykonano go w Hiszpanii w 1713 roku. Krucyfiks był transportowany statkiem do miejsca przeznaczenia, czyli do jednej ze świątyń Veracruz w Meksyku. Nigdy tam jednak nie dotarł. Problemy zaczęły się w porcie przeładunkowym na Kubie. Gdy statek odbijał od brzegu, silne wiatry spychały go w stronę portu. Próbę podejmowano kilkakrotnie i za każdym razem bezskutecznie. Widziano w tym wolę niebios. Zabytkowy drewniany krzyż umieszczono w końcu w najważniejszej świątyni Trinidadu. Krzyż stał się obiektem kultu i zapewne dzięki niemu kościół parafialny przetrwał zawirowania historii.
Tyle szczęścia nie miał pobliski konwent św. Franciszka. Podobnie jak konwent hawański, zmienił w toku dziejów swoje oblicze. Zmiana w Trinidadzie jednak szczególnie zdumiewa. Z elementów kościoła pozostała jedynie wysoka dzwonnica. W samym klasztorze otworzono muzeum, gromadzące pamiątki walki z kontrrewolucją.

Spuścizna baronów cukrowych

Kusi mnie ciąg rezydencji przylegających do placu. Jedną z najważniejszych jest pałac Brunet. Wzniósł go na początku XIX wieku José Mariano Borrell y Padrón, bogaty plantator, który na łożu śmierci przepisał go córce, wtedy już żonie hrabiego Brunet. W pałacu, przemianowanym dzisiaj na Muzeum Romantyzmu, odtworzono kawał historii miasta. Zadziwia przede wszystkim zaciszny dziedziniec otoczony tarasami i kolumnadą. Chociaż styl dziedzińca nie jest jednolicie mudejarowy, nawiązuje do andaluzyjskiej rezydencji. Pałac zaskakuje także kolekcją mebli, rzeźb i pamiątek nie tylko rodziny Borrell, ale także rodzin innych plantatorów.

Plaza Mayor nie ma usterki, nawet gdyby ktoś chciał go za coś ganić. Każdy z elementów placu ma estetyczny sens: kunsztownie rzeźbione ławy, klomby roślin, palmy królewskie pnące się ku niebu. Plac lepiej odbiera się wraz z otoczeniem, łagodnymi górami Escambray, dopełniającymi uroku. Góry widać z każdego zakątka. Otaczają miasto, chronią, czynią niewymownie pięknym.

Rysy w obrazie Trinidadu jednak są. Żeby je znaleźć, trzeba udać się trochę dalej, na przedmieścia. Okrążam z niedowierzaniem kościół św Anny. Jest w ruinie. Ze skorupy kościoła wyrasta wysoka wieża, zwieńczona krzyżem. Jakimś cudem się nie zapadła. W środku dźwiga nawet metalowy dzwon. Kościół powstał w 1719 roku w odpowiedzi na stale rosnącą społeczność chrześcijan. Nieopodal, na przeciwległym końcu placu, zbudowano także więzienie. Zaskakujący układ. Być może ta lokalizacja więzienia w osiemnastym wieku uznana była przez władze miasta za najwłaściwszą. Obydwa budynki nie wabią jednak turystów.
Miejski folklor

Plac jest pusty. Napotykam jedynie starszego mężczyznę sprzedającego chleb. Zaczepia mnie, pyta skąd jestem. To, że sprzedaż obwoźna pieczywa jest tradycją w Trinidadzie, wiedziałem już od pierwszego poranka. Codziennie rano budził mnie krzyk mężczyzny ciągnącego wózek, zachwalającego świeżość i kruchość wyrobów. Tym razem postanawiam kupić bochenek. Ponieważ mam tylko peso wymienialne, płacę chyba 10 razy więcej niż powinienem. Mężczyzna, najwidoczniej ożywiony zarobkiem, nawiązuje rozmowę.

— Ta tradycja ma kilkaset lat. Pieczywo pobiera się z piekarni. Nie sprzedaje się go w sklepie, a tylko w taki sposób. To dochodowe zajęcie, zwłaszcza w mieście, w którym jest sporo przyjezdnych. Każdy chce mieć koncesję. Ale to nie jest tak, że to była moja praca przez całe życie. Teraz tylko dorabiam.
— A czym pan się zajmował?
— Byłem nauczycielem geografii. Nie czekając na moją reakcję, wymienia dopływy Wisły.
— Niesamowite. Ja ich wszystkich nie pamiętam.
— Pewnych rzeczy się nie zapomina. Poza tym geografia była moją pasją.
— Geografia Polski była pana pasją?
— Nie tylko Polski. Szczególny nacisk kładliśmy na kraje socjalistyczne. Stąd nasza wiedza o nich jest szersza. Teraz uczniowie w Trinidadzie z trudem znajdą Polskę na mapie.
— Może nie są tacy źli. Na całym świecie znajomość geografii pozostawia sporo do życzenia. Wydaje mi się, że nauczanie w szkołach kubańskich, niezależnie od kierunku, jest na wysokim poziomie. Czym jeszcze szczyci się Trinidad? Interesują mnie zwłaszcza tradycje.
— Klatki z kanarkami. Musi pan to zobaczyć. Proszę spojrzeć na posesje. Większość mieszkańców wiesza te klatki w drzwiach. Mają zapewnić szczęście i dostatek.
— Już je widziałem. Nawet w pensjonacie, w którym mieszkam, wisi klatka. Wprawdzie są w niej papugi, a nie kanarki, ale może wymowa jest podobna. Towarzyszą mi zawsze rano przy śniadaniu.
— To znaczy, że pensjonat prowadzi rodzina przyjezdna. My, mieszkańcy Trinidadu, nigdy nie zmienilibyśmy pierwotnej tradycji.

Idę wzdłuż obrzeży miasta. Niezmiennie zachwycam się jego kolorystyką: czerwonymi dachówkami domów, ciepłymi kolorami elewacji. W dzielnicach peryferyjnych toczy się normalne, mniej pocztówkowe życie, ktoś reperuje samochód, ktoś siedzi na framudze okna.

Aktywni na ulicach są zwłaszcza jeźdźcy — guajiros. Ponieważ większość z nich żyje w mieście, obserwuję, jak przywiązują konie do metalowych krat swoich domów. Ich obecność cieszy mnie i potwierdza, że Trinidad to nie tylko historia i majestat zabytków. Jeden z guajiro mija mnie w pędzie. Kłusuje po brukowanych ulicach, pokrzykując, robiąc harmider. Schodzę z przyjętej przez niego linii. Zdaje się mnie nie zauważać. Co chwila zeskakuje z konia, odbija się od ziemi i trzymając mocno lejce, ląduje ponownie na grzbiecie zwierzęcia. Nie potrafię zrozumieć intencji. Może to jednak nie trening sprawnościowy, ale nadmiar canchánchary, napoju z rumu, który każdy tu przecież uwielbia…

POLECAMY TAKŻE inne reportaże prof. Mirosława Kowalskiego:

Wędrowanie pozostanie: Kuba - historia

Wędrowanie pozostanie: Kuba - przyroda

Wędrowanie pozostanie: Malta – historia

Wędrowanie pozostanie: Malta – przyroda

Wędrowanie pozostanie: Malta - miasta

Wędrowanie pozostanie: Malta - ludzie

Wędrowanie pozostanie: Mjanma (Birma) - historia

Wędrowanie pozostanie: Mjanma (Birma) - ludzie i przyroda

Wędrowanie pozostanie: Mjanma (Birma) - miasta

Wędrowanie pozostanie: Mjanma (Birma) - ludzie

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Mirosław Kowalski

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.