Wędrowanie pozostanie: Kuba - ludzie (cd.)

prof. dr hab. n. med. Mirosław Kowalski
opublikowano: 27-11-2019, 20:36

Kuba na tle innych krajów Ameryki Łacińskiej wyróżnia się wyższym stopniem bezpieczeństwa. Zaskoczyło mnie to i ucieszyło. Skąd się ono bierze? Przychodzi mi do głowy dość przewrotne wyjaśnienie. Być może to dziedzictwo komunizmu. Reżim, jeśli pozostawia coś dobrego po sobie, to większy szacunek człowieka do człowieka. A może to niechęć do wchodzenia sobie w drogę... Czy spotkało mnie coś niemiłego? Tak, opowiem o tym. Opisana sytuacja po latach budzi mój uśmiech i dowodzi, jak bardzo mentalność współczesnego Kubańczyka jest bliska latynoskiej, a na obietnicach Latynosów nie zawsze można polegać.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Pensjonat Delii Quevedo w Guanabo znajduje się bardzo blisko morza. Dobrze pamiętam budynek i jego usytuowanie. Trafiłem tam przypadkiem. Pensjonat miał mi zapewnić odrobinę wypoczynku w ostatnich dniach pobytu, a jednocześnie stanowić bazę wypadową do zwiedzania Hawany. Chociaż z Guanabo do centrum Hawany było ponad 25 kilometrów, uznałem, że nie przeszkadza mi pokonywanie takiej odległości dwa razy dziennie, nawet korzystając z komunikacji publicznej. Zresztą gdy podróżuję sam, rzadko wynajmuję samochód. Wolę koncentrować się na otoczeniu, pejzażu, zabytkach, a nie na zawiłościach dojazdu.

Argumentem przemawiającym za wyborem Guanabo jako bazy wypadowej był, co tu ukrywać, dostęp do morza i perspektywa porannej i wieczornej kąpieli. Plaża w Guanabo nie jest oczywiście tak znana, jak ta w Varadero czy choćby Ancon pod Trinidadem, ale co tu wybrzydzać? Czułem, że zapracowałem na wypoczynek. Moja trzytygodniowa podróż przez Kubę nie dostarczyła mi wielu okazji do relaksu. Zwiedzałem dużo, przemieszczałem się często, nie unikając nawet nocnych, wielokilometrowych przejazdów. Postanowiłem więc kończyć w spokoju. Gdybym jednak, decydując się na Guanabo, wiedział, że spokoju nie zaznam i gdybym potrafił przewidzieć, czym moje przyzwolenie na wypoczynek się skończy, szukałbym schronienia w Hawanie, w zgiełku i tumulcie dużego miasta. Z przyzwoitym zakwaterowaniem nie byłoby tam zresztą najmniejszego problemu. Każdy z właścicieli casa particular, w których się zatrzymywałem, dawał mi kontakt do członków swojej rodziny w stolicy. Karteczki te zachowałem na wszelki wypadek.

Taksówką do celu

Moja przygoda z Guanabo rozpoczęła się od kierowcy taksówki, wesołkowatego mężczyzny o patologicznej otyłości, który stanął przede mną na hawańskim dworcu autobusowym, gdy odbierałem bagaż. Do dzisiaj nie mogę zrozumieć, dlaczego na teren dworca i strefy bagażu wpuszczano kierowców taksówek, którzy dość swobodnie krążyli pomiędzy walizkami i plecakami, czyhając na klienta. Mój kierowca był tak krępym i szerokim w ramionach mężczyzną, że na nic zdała się próba ucieczki. Odbiłem się wręcz od niego, gdy dźwignąłem plecak.
— Gdzie pana zawieźć? — zapytał krótko.
— Nie mam jeszcze sprecyzowanego miejsca pobytu — odpowiedziałem zgodnie z prawdą, pogarszając tym samym swoją sytuację.
— Zacznijmy od ustalenia, w której dzielnicy chce pan mieszkać: Vedado, Miraflores, Havana vieja?
— Nic z tych rzeczy. Chcę mieszkać w Guanabo. To już ostatnia część mojego pobytu. Proszę dać mi chwilę na zastanowienie.
— Mogę pana zawieźć i do Guanabo, ale uprzedzam, to będzie drogi kurs.
Zaczęły się typowe w takich sytuacjach negocjacje. Czyniłem to nawet nie dlatego, żeby zbić cenę, ale bardziej dlatego, że kierowca nie wzbudził mojej sympatii. Nie mogłem mu tego jednak powiedzieć wprost. Negocjacje okazały się skuteczne, bo po kilku minutach siedziałem w aucie. Nie pamiętam nawet, czym jechaliśmy. Przypominam sobie jedynie, że był to żółty, poradziecki samochód — moskwicz lub żiguli — mocno zdezelowany, jak zresztą większość taksówek na Kubie, niezależnie od proweniencji. Klapa bagażnika nie domykała się i wystawał spod niej mój plecak, wrzucony pomiędzy stertę klamotów. W taki sposób przejechaliśmy przez centrum Hawany. Defektów samochód miał oczywiście więcej, ale nie to w przytoczonej historii odegrało najważniejszą rolę.

Guanabo sprawiło na mnie wrażenie sennej miejscowości, w której nic się nie dzieje, a tempo życia przypomina bardziej uzdrowisko niż kurort nadmorski. Po raz pierwszy na Kubie nikt mnie nikomu nie przekazywał. Moją wiedzę o bazie turystycznej Guanabo, możliwościach zakwaterowania czerpałem jedynie z przewodnika. Wybrany przeze mnie hotel był zamknięty, w drugim nie było wolnych miejsc. Kierowca najwyraźniej cieszył się tym. Coraz bardziej byłem zdany na niego. Jazda po okolicy sprawiała, że zbliżaliśmy się do wyznaczonej ceny wywoławczej.
— Dlaczego nie bierze pan pod uwagę pensjonatu Delii Quevedo? — zapytał niespodziewanie.
— Tego pensjonatu nie ma w moim przewodniku.
— Szkoda, bo to chyba najlepsze miejsce w Guanabo. Rzadko tu bywam, ale wydaje mi się, że nic w ostatnich latach się nie zmieniło. Nie wiem zresztą, czy Delia żyje.
— Jeśli nie żyje, to jednak zmieniło się — próbowałem ironizować.

Wygodny pensjonat, blisko plaży

Podjechaliśmy pod dobrze utrzymaną posesję. Delia jednak żyła, jej mąż również. Oboje przywitali mnie bardzo serdecznie. Gospodarze byli sędziwi, ale jak na swój wiek operatywni i zorientowani w interesach. Stroną bardziej aktywną i dominującą w prowadzonym biznesie była Delia. Mąż Eusebio rzadko włączał się do rozmowy, ale po chwili zrozumiałem, że powodem tego nie był brak zainteresowania, ale niedosłuch.
— Może pan zamieszkać od razu — powiedziała Delia. — Cała część wypoczynkowa jest wolna. Ma pan do dyspozycji dużą łazienkę, kuchnię, taras, wielki pokój z telewizorem. Ma pan nawet osobne wejście do budynku. Proszę jednak przechodząc przez taras zmyć wcześniej piasek ze stóp. Polewaczka jest przygotowana na specjalnej macie przy furtce. Zakładam, że będzie pan często korzystał z plaży, stąd moja prośba.
— Bardzo mi się podoba państwa pensjonat — powiedziałem. — Wprowadzam się. Mogę tylko żałować, że to zaledwie kilkudniowy pobyt. Dzisiaj już tylko wybiorę się na krótki spacer.
Gdy zniosłem bagaże i wszedłem do salonu z telewizorem, zauważyłem, że siedzi tam kierowca taksówki, zajmując połowę kanapy i sapiąc z powodu typowego dla pyknika słabego wysycenia krwi tlenem.
— Co pan tu robi? Przecież zapłaciłem za kurs.
— Dobrze, ale jak pan dostanie się stąd na lotnisko?
— Zwyczajnie, zamówię taksówkę.
— Ma pan ode mnie 50-procentową zniżkę. Proszę nie odrzucać oferty. Delia mieszka na kompletnym odludziu. Będzie panu trudno znaleźć chętnych.
— Niech pan się tym nie przejmuje. Jesteśmy rozliczeni. Proszę dać mi odpocząć.
— Proszę pana, miewam kursy na przedmieścia Hawany, miewam kursy nocne. Niezależnie od tego, o której pan leci, przyjadę tutaj i zabiorę pana.
— Niech pan zostawi wizytówkę, ale wątpię, żebym skorzystał.
Czas w Guanabo upływał mi bardzo szybko. Gospodarze byli niezwykle opiekuńczy. Traktowali mnie jak swojego syna. Należałoby powiedzieć — czwartego, bo trzech od wielu lat mieszkało we Włoszech. Wyjechali w latach wielkiego głodu na Kubie, w pierwszej połowie lat 90. Przysyłali pieniądze, dzięki którym małżeństwo mogło zmodernizować dom i przystosować go do wynajmu. Pensjonat istniał od kilkunastu lat. Istniał na przekór wszystkiemu. Nie było go w Internecie. Zresztą, gdyby nawet był, Delia nie miała komputera i jak przyznała, nie umiałaby z niego korzystać.

Gospodarze nie narzekali jednak na brak gości. Wyjątkowe położenie pensjonatu było magnesem zwłaszcza dla tych, który szukali spokoju w okolicach Hawany. Pokoje były czyste i bardzo wygodne. Poza tym pokusą była nieprawdopodobna lokalizacja. Tak jak sobie zamarzyłem, codziennie rano szedłem walczyć z falami na pobliską plażę. Zmywałem później piasek ze stóp przed wejściem do budynku, jak życzyła sobie Delia.

Wracając z plaży, pozdrawiałem Eusebio, który już od około ósmej rano majstrował przy swoim krążowniku. Nie widziałem, by nim jeździł, ale uniesiona klapa i włączony silnik sprawiały wrażenie, że samochód jest w użyciu.
Realizowałem przede wszystkim program zwiedzania Hawany. Dojeżdżałem autobusem linii 400, który trasę z Guanabo do centrum stolicy pokonywał w niespełna godzinę. Delia wyposażała mnie nawet w żetony do automatu biletowego, twierdząc, że mnie jako cudzoziemcowi trudno będzie je kupić. Wieczorami gospodarze zapraszali mnie do prywatnej części domu. Jadłem z nimi kolację, czasami tylko owoce. Oglądaliśmy telewizję i dość swobodnie komentowali wydarzenia polityczne.

Pora pomyśleć o powrocie

— Czy zamówiłeś taksówkę na lotnisko? — zapytała pewnego popołudnia Delia.
— Nie miałem szczęścia. Byłem dzisiaj na postoju w centrum Guanabo, ale jedyny kierowca, którego spotkałem, odmówił. Powiedział mi, że ma małe dziecko i nie przyjmie kursu o takiej porze.
— Telefonował taksówkarz, który cię tu przywiózł. Chce pojechać na lotnisko.
— Dobrze, zadzwońmy do niego. Jeśli przyjedzie o czwartej w nocy, już nie będę nikogo szukał.
Delia szybko sięgnęła po wizytówkę i wybrała numer. Rozmawiali krótko. Nawet nie wsłuchiwałem się w treść rozmowy. Traktowałem ustalenia z taksówkarzem jako formalność.
— Ucieszył się. Ale nie przepłacaj za ten kurs.
— Nie przepłacę. Skorzystam ze zniżki, jaką mi zaoferował. Pan nie wzbudził mojej sympatii — wyznałem Delii szczerze. — Ale mam być w końcu dowieziony na lotnisko, a nie przyjaźnić się z nim.

Ostatni dzień upłynął spokojnie. Wracając z Hawany, kupiłem bilet na autobus turystyczny i dojechałem aż do Boca. Stamtąd szedłem wzdłuż plaży kilka kilometrów, nie mogąc nacieszyć się piaskiem i ciepłą wodą. Delia znów zaprosiła mnie na kolację. Dołączyła do nas sąsiadka, która także prowadziła kiedyś pensjonat. Teraz jednak, jak twierdziła, nie ma już na to siły. Od czasu śmierci męża, spowolniła tryb życia. W czasie kolacji jednak nie sprawiała wrażenia słabnącej, kruchej istoty. Każdy temat rozmowy ożywiał ją, a najbardziej osiągnięcia sportowe Kubańczyków. Nie dziwiłem się temu. Jej jedyny syn grał kiedyś w koszykówkę, nawet w wielu meczach reprezentacji.
— Być może kiedyś go nawet widziałem — zażartowałem ku uciesze rozmówczyni. — Zawsze podziwiałem was w sporcie. A co syn robi obecnie?
— Znalazł pracę w restauracji na Florydzie. Ze sportem nie ma już nic wspólnego. Jak większość kolegów, pozostał za granicą w czasie imprezy sportowej.

Gdzie jest kierowca?

Budzik zadzwonił o trzeciej. Usłyszałem krzątanie w drugiej części domu. Delia także wstała i chciała mnie pożegnać. Wystawiłem pękaty plecak za ogrodzenie i zacząłem wpatrywać się w rozgwieżdżoną noc, pijąc mocną herbatę.
— Zaraz będzie — powiedziała Delia zza moich pleców. — Już prawie czwarta.
— Wiesz Delia, trochę się niepokoję. Teraz dopiero uświadomiłem sobie, że on może nie przyjechać. Po raz pierwszy w Guanabo wstałem tak wcześnie. Zobacz, nic nie jedzie.
— Spokojnie, przecież wie, że jedziesz na lotnisko. Nie sądzę, żeby był tak nieodpowiedzialny.
— Znasz go? Miałaś z nim jakiś kontakt wcześniej?
— Nie pamiętam. Przywoził do mnie turystów. Ale było to pewnie kilka lat temu.
Kręcę się nerwowo wokół plecaka. Wszystko jest spakowane. Mam tylko wejść do samochodu. Torba fotograficzna z paszportem, pieniędzmi zwisa mi na ramieniu. Samochód jednak nie pojawia się.
— Zadzwońmy. Może nie zapalił auta. Jeździ przecież jakąś ruiną...
— Nie odbiera! — krzyczy Delia. — Włącza się sekretarka.
Idę do centrum Guanabo bez plecaka. Czuję dudnienie w głowie. Jeśli nawet potrzebowałem pół godziny wcześniej mocnej herbaty, żeby się obudzić, teraz nic już nie jest mi potrzebne. Czuję nadciągające nieszczęście. Minuty umykają jedna za drugą. Guanabo tonie w ciemnościach. Nie migocą żadne światła. Idę szybkim krokiem, choć nie wiem, czemu. Może liczę na cud. Po lewej stronie słyszę fale oceanu. Do tego cykady i moje serce oszalałe z emocji. Dochodzę do małego placyku, na którym wyznaczono postój taksówek. Dwa dni temu rozmawiałem tu z jakimś mężczyzną. Teraz nie ma oczywiście żadnego samochodu. Ktoś nieopodal pali papierosa. Pytam o taksówki. Słyszę, że pierwsze mają pojawić się dopiero około szóstej.
— O szóstej? Ja muszę być wkrótce na lotnisku! Czy jest tu jakaś agencja taksówek?
— W Guanabo nie ma. Jest w Hawanie, ale musiałbyś kogoś wezwać stamtąd.
Wracam do Delii już w jakimś szaleństwie. Myśli kotłują mi się w głowie. Jeśli za chwilę nie opuszczę Guanabo, samolot do Toronto odleci beze mnie. Na kolejny samolot — LOT-owski do Warszawy z pewnością nie zdążę. Strata biletu, koszty, praca. Widzę wszystko w tak czarnych barwach, jak tropikalna, kubańska noc.
Delia próbowała dzwonić kilka razy.
— On naprawdę nie odpowiada! — pokrzykuje. — Nikt się nie pojawił! Nikt nie dzwonił! Jak ci pomóc? Jak ci pomóc? — powtarza jak w obłędzie.
— Delia, błagam, niech twój mąż zabierze mnie na lotnisko! Rozumiesz, jak to dla mnie ważne. Płacę każde pieniądze.
— Nie dojedzie! On niewiele widzi. Od kilku lat nie wyjeżdża nigdzie poza Guanabo. Poza tym jest noc. Nocą jest mu najtrudniej.

Ratunku, ratunku...

Chodzę do sąsiadów. Budzę ich. Dzwonię zwłaszcza tam, gdzie przy posesji stoi jakiś samochód. Bez efektu. Nie odpowiadają. Nie chcą rozmawiać. Dzwonię też do drzwi kierowcy, który ma za chwilę odjechać samochodem ciężarowym.
— Nie, nie mogę. Nie pojadę samochodem ciężarowym na lotnisko José Martí. Nie wpuszczą mnie tam. Poza tym mam kurs w zupełnie innym kierunku.
— Delia, może chociaż mąż dowiezie mnie do centrum Guanabo? Może ktoś tam się pojawi? Tu nie mam żadnych szans. Jest wpół do szóstej! Samolot startuje za półtorej godziny. Moje szanse maleją — jęczę z emocji.

Eusebio wychodzi z pokoju. Delia obudziła go. Oboje rozumieją sytuację. Wrzucam plecak na tylne siedzenie. Eusebio siada za kierownicą, ja błyskawicznie siadam obok. Po chwili jednak wyskakuję. Silnik nie odpala. Jak zahipnotyzowani zaczynamy z Delią pchać pojazd. Teraz dopiero uzmysławiam sobie, że Delia jest w nocnej koszuli. Nie dostrzegłem tego wcześniej. To, co robimy, wygląda absurdalnie. Gdyby ktoś stał na uboczu i filmował tę scenę...
Samochód poddaje się tylko dzięki temu, że stoi na niewielkim wzniesieniu. Inaczej nie dalibyśmy rady. Buick ma ponad cztery metry długości. Silnik już warczy. Całuję Delię mimochodem. Czynię to trochę bez przekonania, bez pewności, że to rzeczywiście pożegnalny pocałunek. Jesteśmy na głównej drodze do centrum Guanabo, na drodze, którą przemierzałem pieszo godzinę wcześniej. Pojawiają się pierwsze samochody.

Eusebio jedzie uważnie, nie jedzie jednak bezpiecznie. Jesteśmy albo zbyt blisko osi jezdni, albo zbyt blisko rowu. Rzeczywiście nie widzi! W pewnej chwili kieruje krążownika wprost na nadjeżdżającą ciężarówkę. Krzyczę. W ostatniej chwili łapię kierownicę. Ściągam pojazd na bok. Trąbią na nas. Myślą pewnie, że pijani. Mam w uszach przeciągły ryk klaksonu. Eusebio znów przejmuje prowadzenie. Jedzie wolniej. Mijamy postój taksówek. Ciągle nikogo na nim nie ma. Jedziemy dużo dalej niż wcześniej byłem w stanie dojść. Stoi przy ulicy jakiś samochód osobowy. Wokół niego trzy zgrabne dziewczyny i chłopak, chyba właściciel samochodu. Kończą imprezę. Zatrzymujemy się przy nich.

Na ostatniej prostej

— Zawieziesz mnie na lotnisko José Martí? — pytam chłopaka bez ogródek.
— Kiedy?
— Teraz. Natychmiast.
— Za ile?
— Ile chcesz?
Myśli: — 70 Euro.
— Dobrze. Jedziemy.
— Idźcie dziewczyny, mam kurs na lotnisko.
Dwie oddalają się. Jedna wręcz przeciwnie. Wsiada do środka i mówi:
— Zaraz, zaraz. Ja muszę jeszcze coś z nim wyjaśnić.
Siadam przy niej na tylnym siedzeniu. Pochylam się, dotykając prawie jej ucha.
— Wyjdź stąd — mówię. — Natychmiast.

Nie krzyczę, ale cedzę przez zęby. Mówię takim głosem, że ucieka przerażona.
Ruszamy. Chłopak jedzie 150 na godzinę. Od pędu powietrza świszczy mi w uszach. Jedziemy obwodnicą Hawany. Na niektórych skrzyżowaniach gromadzą się ludzie. Wstaje dzień. Początek jest nagły, jak zwykle w tropiku. W ciągu paru minut wkraczamy w jasność. Pojawiają się pierwsze znaki Aeropuerto de José Martí. Zaczynam wierzyć, że się uda, Jeszcze parę kilometrów. Wpadam do terminalu. Krzyczę od drzwi, że lecę do Toronto. Zamykają bramkę. Urzędniczka Canadian Airlines patrzy na mnie zdumiona. Nikogo z pasażerów już nie ma przy stanowisku. Waha się. Pozwala mi jednak nadać bagaż.
— Dobrze, zabierzemy pana. Miałam już komunikat, że kończymy odprawę. Samolot musi odlecieć o czasie. Proszę bardzo szybko iść do bramki.
Nie wiem, z jaką częstością bije mi serce. Miałem jeszcze coś kupić. Zostawiłem na tę okazję trochę peso. Na zakupy nie mam już jednak czasu. Wpadam do toalety. Porządku pilnuje babcia klozetowa. Wręczam jej wszystkie CUC, które mi pozostały. Babcia stoi jak zamurowana. Wiem, że to dla niej kilka miesięcznych pensji.
— Gracias mi amor — dziękuję kochany — słyszę wychodząc. — Que tengas buen vuelo! Dobrego lotu!
Samolot wzbija się w przestrzeń. Zatacza łuk nad Hawaną. Zamykam oczy. Nie ze strachu, ale z kompletnego wyczerpania. Nie mam siły spojrzeć przez okno. Wiem, że gdzieś w dole leży Guanabo, senne miasteczko na obrzeżach stolicy, w którym miałem odpocząć.

POLECAMY TAKŻE inne reportaże prof. Mirosława Kowalskiego:

Wędrowanie pozostanie: Kuba - historia

Wędrowanie pozostanie: Kuba - przyroda

Wędrowanie pozostanie: Kuba - miasta

Wędrowanie pozostanie: Kuba - ludzie (cz. 1)

Wędrowanie pozostanie: Malta - historia

Wędrowanie pozostanie: Malta - przyroda

Wędrowanie pozostanie: Malta - miasta

Wędrowanie pozostanie: Malta - ludzie

Wędrowanie pozostanie: Mjanma (Birma) - historia

Wędrowanie pozostanie: Mjanma (Birma) - ludzie i przyroda

Wędrowanie pozostanie: Mjanma (Birma) - miasta

Wędrowanie pozostanie: Mjanma (Birma) - ludzie

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: prof. dr hab. n. med. Mirosław Kowalski

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.