Prof. Dariusz A. Kosior: W Himalajach człowiek jest intruzem

Rozmawiała Ewa Kurzyńska
opublikowano: 09-02-2019, 10:09

O wrażeniach z wyprawy pod Mount Everest rozmawiamy z prof. dr. hab. n. med. Dariuszem A. Kosiorem, który pełnił funkcję głównego konsultanta medycznego podczas projektu „Polskie Himalaje 2018”.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Kiedy zrodził się pomysł, by wyruszyć w Himalaje?

Everest Base Camp 5364 m n.p.m.
Wyświetl galerię [1/4]

Everest Base Camp 5364 m n.p.m.

Prof. dr hab. n. med. Dariusz A. Kosior: O projekcie „Polskie Himalaje 2018” dowiedziałem się przypadkowo od jednej z osób pracujących w szpitalu. Przedsięwzięcie wpisywało się w obchody 100-lecia odzyskania niepodległości. Ideą wyprawy było także uczczenie pamięci polskich wspinaczy. Polski himalaizm jest uznany na świecie. Kiedyś ukuto nawet określenie „lodowi wojownicy”, które odnosiło się do himalaistów z naszego kraju. Bo wchodzą wszędzie, gdzie można, wytyczają nowe drogi, najwyższe góry świata zdobywają z tlenem, bez tlenu, latem i zimą, zjeżdżają z ośmiotysięczników na nartach.

Wracając do projektu „Polskie Himalaje” — organizatorzy początkowo myśleli, że pojedzie ok. 100 osób. Gdy wykazałem zainteresowanie wyjazdem, a było to prawie 3 lata temu, okazało się, że chętnych było już blisko 2 tys. Pomogło to, że jestem lekarzem. Dla zapewnienia bezpieczeństwa uczestników potrzebowano specjalistów związanych z medycyną. Z czasem urosłem do rangi kierownika jednej z grup, a ponieważ Centralny Szpital Kliniczny MSWiA, w którym pracuję, włączył się do inicjatywy jako główny partner medyczny — ostatecznie, niejako w pakiecie, zostałem głównym konsultantem medycznym projektu.

Jak wyglądały przygotowania do wyprawy?

Najpierw odbywały się w całej Polsce cykliczne spotkania z uczestnikami. Wszyscy byli uświadamiani, jak mają się przygotować do wyjazdu. Przedstawiliśmy pakiet badań, które powinny być wykonane. Zapewniliśmy też bezpłatną konsultację medyczną w celu uzyskania realnej oceny, czy dany ochotnik jest w stanie fizycznie sprostać wyzwaniu, jakim jest wyjazd w tak wysokie góry. Podczas badań przesiewowych u części osób wykryto różnego rodzaju problemy zdrowotne: nowotwory, cukrzycę, schorzenia kardiologiczne. Ostatecznie liczba chętnych zmalała o połowę, ale 1000 osób to nadal było za dużo, więc całe przedsięwzięcie podzielono na dwie tury. W 2018 roku w projekcie „Polskie Himalaje” wzięło udział 400 osób, a drugie tyle pojedzie w tym roku.

Czy Himalaje wyjątkowo pana pociągały?

Wypełniając zgłoszenie, napisałem, że po górach raczej biegam, niż chodzę. Niemniej góry są w moim życiu obecne od dawna. Mój tata chodził po górach, pamiętam pierwsze wyprawy z nim, gdy byłem małym chłopcem. I choć nigdy nie byłem zapalonym taternikiem czy alpinistą, zawsze jednak starałem się być aktywny, uprawiałem jakiś sport. Dla lekarza najprostsze było bieganie. Nie musiałem np. rezerwować kortu, z kimś się umawiać, mogłem wyjść na trening o dowolnej porze dnia i nocy. Z czasem pojawiły się biegi szosowe, górskie, maratony.

A skąd w tym wszystkim Himalaje? Znamienny może być fakt, że mottem mojej rozprawy habilitacyjnej były słowa sir Edmunda Hillary’ego, pierwszego zdobywcy najwyższej góry świata, że „każdy ma swój Mount Everest”. W życiu mamy takiego byka, którego chcemy chwycić za rogi... Potem czujemy się spełnieni. Czymś takim była dla mnie habilitacja. Napisałem o tym w notatce biograficznej, gdy zgłaszałem się do projektu „Polskie Himalaje”. Organizatorzy podchwycili tę myśl i stała się ona mottem całej imprezy — że każdy może mieć swój Everest.

Dotarł pan na wysokość 5350 metrów nad poziomem morza, do Everest Base Camp. Stojąc u podnóża najwyższej góry świata, nie kusiło, by ruszyć wyżej?

Był taki moment, jeszcze przed wyprawą. Zatelefonował Leszek Cichy (pierwszy Polak, który razem z Krzysztofem Wielickim zdobył Mount Everest zimą — przyp. red.) i spytał, czy nie podjąłbym się próby wejścia na Everest. Nie ukrywam, że poczułem wtedy zew przygody. Spytałem tego słynnego himalaistę, czy, jego zdaniem, dam radę. Wyjazd był w marcu, a powrót — w zależności od pogody — nawet w czerwcu. To wyłączyłoby mnie z pracy na ponad trzy miesiące, nie było więc szans. Wtedy jeszcze, będąc w Polsce i planując wyjazd, nie zdawałem sobie do końca sprawy, jakim wyzwaniem jest wspinanie się w wysokich górach.

Zrozumiałem to w pełni po przebyciu trasy do Base Camp, mając za sobą pokonanie z Lukli wysokości 2,5 tys. metrów. Stanąłem u podnóża „dachu świata”, spojrzałem w górę, w kierunku szczytu, od którego dzieliło mnie w pionie 3,5 tys. metrów. To są wyzwania daleko wykraczające poza normy dla zwykłego śmiertelnika. Wchodzenie na ośmiotysięczniki to ekstremalne dokonanie. Idzie się w skrajnych warunkach, temperatura spada nawet do minus 40 stopni, wieje wiatr, namiot jest zasypany śniegiem. Jest się samemu, bez możliwości uzyskania natychmiastowej pomocy. Rozmawiając z Leszkiem Cichym o jego wejściu na Mount Everest, zapytałem, jak tego dokonał. Ze śmiechem odpowiedział krótko: „szybko”.

Jakie wspomnienia z wyprawy wysuwają się na pierwszy plan?

W zasadzie dwa: wysokość i niskie temperatury. W Himalaje pojechaliśmy w październiku — to jeden z lepszych miesięcy na tego typu wyprawy. W dzień temperatury sięgały do 20 stopni C, nad nami było błękitne niebo, pod nami chmury, cieszyliśmy się słońcem i dobrą widocznością. Jednak po zachodzie słońca temperatura spadała poniżej zera, zaczynał się przejmujący chłód. Powiew wiatru po wejściu na przełęcz wręcz paraliżował.

Spaliśmy pod dachem, w tzw. loggach, prowizorycznych schronieniach, w których panują spartańskie warunki. Najniższa temperatura, w jakiej spałem, wynosiła minus 7 stopni. Nie sposób się w takim miejscu rozgrzać. We znaki dawała się też wysokość, zmęczenie, wychłodzenie — różnym osobom różnie. Podczas trekkingu członkom grupy doskwierały infekcje żołądkowe, bezsenność, tachykardia, wzrost ciśnienia tętniczego, krwawienia z nosa. Typowe „uroki” chodzenia po wysokich górach. Lecz nikt nie zrezygnował, choć przedział wiekowy był duży, a stopień wytrenowania różny! Coś pchało wszystkich do przodu. Może to Góra mistycznie nas przyciągała?

Objawy, które pan opisuje, towarzyszą chorobie wysokościowej. A ona może prowadzić do powikłań zagrażających życiu...

To prawda. Pierwsze objawy choroby, związanej z przebywaniem na dużych wysokościach, mogą pojawić się już po przekroczeniu 2 tys. metrów. Są to jednak bardzo indywidualne reakcje, zależne od osobniczej tolerancji. Na skutek niedotlenienia organizmu przestaje się logicznie myśleć, więc łatwiej o urazy, kontuzje, wypadki. Choroba wysokościowa najbardziej daje się we znaki układowi krążenia. Boli głowa, tętno przyspiesza, rośnie ciśnienie krwi, nocą może pojawić się bradykardia z bezdechami. Najgroźniejsze powikłania to ostry obrzęk płuc lub obrzęk mózgu.

Aby uniknąć takich zagrożeń, konieczne jest stopniowe zdobywanie wysokości, aklimatyzacja polegająca na wchodzeniu wyżej, a następnie schodzeniu w dół. Wtedy organizm ma szanse lepiej zaadaptować się do — jakby nie patrzeć — warunków dla człowieka niefizjologicznych. Chodząc po wysokich górach, trzeba pamiętać o trzech zasadach. Po pierwsze, trzeba iść wolno, nie szarżować. Po drugie, trzeba się nawadniać. I po trzecie: wypoczywać.

Gdy boli głowa, oddycha się z trudem, a serce chce wyskoczyć z piersi, to droga w górę nadal jest przyjemna?

Trzeba zapytać tych, którzy tak cierpieli. Ja pobyt na dużych wysokościach znosiłem wyjątkowo dobrze. Los obszedł się ze mną łaskawie, choć wędrowałem z uszkodzonym kolanem. Wylądowaliśmy w Katmandu na wysokości 1400 m n.p.m., potem samolotem dotarliśmy do Lukli na wysokość 2800 m. Następnie zeszliśmy na nocleg 200 metrów w dół, by się lepiej zaaklimatyzować. Kolejnego dnia weszliśmy na wysokość 3400 metrów, gdzie spędziliśmy dwie noce. Tam po raz pierwszy wysokość dała mi się we znaki. Obudziłem się w nocy z dusznością, tachykardią. Pierwszy raz w życiu poczułem coś takiego. Natomiast uczestnicy mojej grupy chorowali różnie.

Ludzie szli z bólami głowy, byli tacy, którzy w ogóle nie spali w czasie całego trekkingu. Motywacji jednak nie brakowało. Kolega przez dwa ostatnie dni szedł ze złamaną nogą, aby dotrzeć do celu. Zatrzymanie w tym momencie nie wchodziło w grę. Bardzo pomagała wspaniała postawa towarzyszy wędrówki. To ważne w takich momentach, gdy możemy liczyć tylko na siebie. Chciałbym dziś wszystkim podziękować.

Przypadkowi ludzie spotkali się po raz pierwszy, a zamanifestowali postawę, której brak nam na co dzień. Wzajemna pomoc, wsparcie i troska pozwoliły wszystkim dotrzeć do celu, pomimo licznych problemów zdrowotnych i niesprzyjającej aury, stanąć u podnóża Góry, sięgnąć choć dłonią wierzchołka i powiedzieć: „przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem”.

Ile trwał trekking?

Pod górę szliśmy 8 dni. W każdej grupie był lekarz lub osoba z doświadczeniem medycznym. Wszyscy mieli ubezpieczenie, więc w razie poważniejszych problemów ze zdrowiem nie było kłopotów z transportem śmigłowcem. Kilka osób trafiło do szpitala z podejrzeniem sepsy lub urazami, ale na tym się skończyło.

Baza pod Everestem to miejsce kultowe. Jakie wrażenia towarzyszyły panu po dotarciu do celu wyprawy?

To miejsce legendarne, do którego ciągną ludzie z całego świata. Nic więc dziwnego, że na szlaku spotykaliśmy sporo grup. Na samotność nie można było liczyć. W samej bazie towarzystwo jest międzynarodowe, stoją kolorowe namioty himalaistów. Najstarsza osoba, którą spotkaliśmy po drodze, to był ok. 80-letni mężczyzna, chyba po udarze. Stąpał spokojnie, krok za krokiem, w towarzystwie dwóch Szerpów.

Natknęliśmy się także na wycieczkę pań w wieku 65 plus, które przyjechały ze Stanów Zjednoczonych. Trekking w niższych partiach Himalajów jest teoretycznie dostępny dla każdego. Wymagany jest tzw. basic fitness level. Oczywiście, to nie są góry, po których można chodzić w klapkach czy szpilkach. No i trzeba pamiętać o wyzwaniu, jakim są temperatury i wysokość, o czym mam wrażenie nie wszyscy pamiętają.

Wróci pan w Himalaje?

Góry działają trochę jak narkotyk. To jest niewytłumaczalne. Wśród moich towarzyszy przeważały osoby zaprawione w chodzeniu po górach. Czułem się od nich gorszy ze swoim słabym doświadczeniem w tym względzie. Zwłaszcza że szedłem z uszkodzonym kolanem i każdy krok mógł być ostatnim. Ale w miarę upływu czasu moim kolegom coraz bardziej we znaki dawały się warunki panujące w Himalajach i animusz spadał. Droczyłem się z nimi: czy nie lepiej byłoby leżeć na plaży? Po paru dniach nawet najtwardsi przyznali, że może jednak wyjazd do ciepłych krajów byłby lepszym pomysłem.

Jednak gdy wróciliśmy do Katmandu, spędziliśmy noc w hotelu i usiedliśmy do oglądania zdjęć, pojawiła się tęsknota. Jeszcze przed powrotem powstały kolejne plany wypraw: może Kilimandżaro, może Aconcagua... W Himalajach poraża monumentalność przyrody. Idąc w górę, otaczały nas kolejne ośmiotysięczniki. Niemal fizycznie dało się odczuć potęgę tych gór. Krajobraz zmieniał się jak w kalejdoskopie. Te same szczyty inaczej wyglądały o wschodzie, inaczej o zachodzie słońca. Inaczej skąpane w chmurach, inaczej w ostrym słońcu. To są nieprawdopodobne widoki. Wraz z wysokością znika roślinność. Najpierw idzie się wśród drzew, potem krzewów, których miejsce zajmuje kosodrzewina. Dochodząc do granicy wiecznej zmarzliny, uświadamiamy sobie, że góry wcale nas nie zapraszają. Człowiek jest tam intruzem.

Podczas wspinaczki doświadczył pan duszności, tachykardii. To dolegliwości, które są codziennością wielu pana pacjentów...

To prawda. Przyznam szczerze, że to objawy nocne były dokładnie tym, co czują pacjenci z niewydolnością krążenia w jej schyłkowym stadium. Można więc powiedzieć, że przerobiłem to na własnej skórze. Od jakiegoś czasu, poza kardiologią i interną, zajmuję się także medycyną sportową. Zrobiłem specjalizację z tej dziedziny. Doświadczenia z Himalajów na pewno przydadzą się na tym polu. Bo czymś innym jest opowiadanie o tym, co dzieje się z organizmem człowieka na dużych wysokościach tylko na podstawie wiedzy teoretycznej, a czym innym udzielanie wskazówek w oparciu o własne doświadczenia.

Jaki teraz Everest przed panem?

Dzieci. Wychowanie i przygotowanie młodego człowieka do życia we współczesnym świecie to nie lada wyzwanie.

O kim mowa

Prof. dr hab. n. med. Dariusz A. Kosior jest kierownikiem Kliniki Kardiologii i Nadciśnienia Tętniczego Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA w Warszawie.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Rozmawiała Ewa Kurzyńska

× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.