Tropem postaci z kiłą na ołtarzu Wita Stwosza - rozmawiamy z dr. hab. Wiesławem Grzegorczykiem

Rozmawiała Ewa Kurzyńska
opublikowano: 26-04-2017, 00:00

Artyści II połowy XV wieku wiernie odwzorowywali rzeczywistość. Ich dzieła mogą być przyczynkiem w badaniu historii pochodzenia chorób. O teoriach dotyczących pojawienia się i występowania kiły w Europie rozmawiamy z dr. hab. Wiesławem Grzegorczykiem.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Popularna teoria głosi, że kiła została zawleczona do Europy z Ameryki przez marynarzy Krzysztofa Kolumba. Są jednak zwolennicy tezy, że choroba zbierała żniwo na Starym Kontynencie już wcześniej. Ponoć na słynnym ołtarzu Wita Stwosza, ukończonym cztery lata przed powrotem wyprawy z Nowego Świata, znalazły się postacie mające ewidentne objawy kiły wrodzonej. To prawda?

W pierwszej połowie lat 30. ubiegłego wieku ołtarz Zaśnięcia NMP w kościele Mariackim w Krakowie został poddany gruntownej renowacji. Odpowiedzialni za prace historycy sztuki zaprosili do współpracy naukowców z innych dziedzin. Wśród nich znalazł się prof. Franciszek Walter, wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego, uznany dermatolog i wenerolog. Zauważył on u wielu postaci wyrzeźbionych przez Wita Stwosza niezwykle dokładnie odwzorowane zmiany skórne, będące zapewne skutkiem chorób, na jakie cierpieli modele. Były to m.in. brodawka starcza, trądzik różowaty, żylaki kończyn dolnych. Uczony zwrócił jednak szczególną uwagę na dwie postaci z możliwymi symptomami kiły wrodzonej.

Jakie to postaci?

Chodzi o płaskorzeźby z dwóch różnych kwater znajdujących się na skrzydle ołtarza, widocznych po jego zamknięciu. Ciekawsza z postaci została uwieczniona w scenie „Pojmanie Jezusa”. To nierzucający się w oczy mężczyzna, stojący w głębi, po prawej stronie, którego prof. Walter określił jako faryzeusza. Jego twarz naukowiec opisał jako szeroką, z kwadratową czaszką pozbawioną włosów, z olbrzymim, wypukłym czołem. Oczy pozbawione rzęs, warga górna wąska i zapadnięta na skutek braku podstawy kostnej. Najważniejszą cechą jest jednak nos, tzw.  siodełkowaty, zwany inaczej nosem buldoga. Druga postać podejrzewana przez prof. Waltera o kiłę wrodzoną to jeden z uczonych, przedstawiony w scenie „Chrystus wśród uczonych”, siedzący przy Księdze w dolnej części kompozycji. Tę postać widać z profilu, a o ewentualnej chorobie ma świadczyć siodełkowaty nos. 

Zmiany mogły być następstwem innych schorzeń?

Owszem. Kiła nie bez przyczyny nosi miano „wielkiego naśladowcy”. Dlatego prof. Walter różnicował zauważone objawy z innymi, właściwymi dla gruźlicy czy trądu. Jednak za najbardziej prawdopodobną uznał późną kiłę wrodzoną. W sztuce drugiej połowy XV wieku dokładnie odwzorowywano rzeczywistość. Wit Stwosz niezwykle skrupulatnie przedstawiał szczegóły anatomiczne. Gdyby nie czerpał z życia, to niektórych szczegółów, np. żylaków, pewnie by nie pokazywał. Inna sprawa, że w dziełach z tamtego okresu można zobaczyć jednorożce czy inne fantastyczne stwory. Dlatego prof. Walter nie przedstawił swoich wniosków jako pewnik. Jego książka nosiła tytuł „Wit Stwosz — rzeźbiarz chorób skórnych. Szczegóły dermatologiczne Ołtarza Mariackiego”. Był to tekst polemiczny, mający pobudzać do dyskusji w środowiskach historyków medycyny i sztuki. I to się udało. 

Można przypuszczać, że Ołtarz Mariacki nie jest jedynym dziełem sztuki, w którym przypadki kiły zostały uwiecznione.

Nie. Nawet w samym Krakowie znajduje się kilka takich dzieł średniowiecznych. Jedno z nich opisał dermatolog prof. Kazimierz Lejman, następca prof. Waltera. W jednej z kamienic krakowskich znajduje się gotycki zwornik, na którym są wyrzeźbione trzy twarze połączone włosami. Dwie mają nosy zwyczajne, a trzecia siodełkowaty, charakterystyczny m.in. dla kiły, ale też np. trądu. Mój syn, który zgłębia historię sztuki, zwrócił uwagę na inne, przypominające obraz kiły, dzieła krakowskiej rzeźby średniowiecznej, dotychczas nieopisane pod kątem medycznym. Oczywiście są to wszystko bardzo niepewne przesłanki. Snując przypuszczenia, musimy też zostawiać pewne pole dla fantazji autorów. Wyobraźmy sobie żartobliwą sytuację, że ktoś za kilkaset lat na podstawie obrazów Picassa wnioskowałby, że tak być może wyglądali ludzie w XX wieku. 

Od odkrycia prof. Waltera minęło prawie 100 lat. Czy współczesne narzędzia badawcze pozwalają zweryfikować jego teorię?

Ta kwestia najbardziej mnie zainteresowała. Wraz z żoną, doktorem nauk medycznych, przeanalizowaliśmy wyniki najnowszych prac naukowych, próbujących wyjaśnić początki obecności kiły w Europie. Na uwagę z pewnością zasługują prace dotyczące odkryć średniowiecznych szkieletów, których kości noszą zmiany charakterystyczne dla kiły. Jedną z najnowszych prac, mających dowodzić teorii „prekolumbijskiej”, jest artykuł austriackich uczonych. W mieście St. Pölten, w czasie prac archeologicznych na dawnym cmentarzu, znaleziono m.in. szkielet datowany na koniec XIV-I połowę XV wieku, wykazujący objawy kiły wrodzonej. Nawiasem mówiąc, w czasie, kiedy te badania były prowadzone, odwiedziłem St. Pölten w zupełnie innej sprawie. Widziałem wykopaliska, uwieczniłem je na zdjęciu, nie wiedząc, że parę lat później będę pisał pracę na ten temat. Odkrycie Austriaków potwierdzałoby teorię prof. Waltera. Niemniej są badacze, którzy podają wyniki takich badań w wątpliwość. Argumentują, że w żadnym z licznie opisywanych przypadków nie zaistniały dwie okoliczności jednocześnie: pewna diagnoza, że kości są naznaczone kiłą i pewne datowanie szkieletu.

Są zapewne także badania, które przemawiają za teorią „kolumbijską”?

Najdonioślejszą pracą na ten temat jest artykuł opisujący wyniki badań filogenetycznych. Dotyczą one krętka bladego, czyli bakterii, której jeden z podgatunków wywołuje kiłę weneryczną. Metoda polega na badaniu pewnych sekwencji DNA, które pozwalają stworzyć drzewo filogenetyczne bakterii, a więc w graficzny sposób przedstawić, jak następował ich rozwój na przestrzeni tysięcy, setek czy dziesiątków lat. Te badania wskazują, że krętki blade obecne były od bardzo dawna w Starym i Nowym Świecie, ale podgatunek odpowiedzialny za kiłę weneryczną wyewoluował stosunkowo niedawno, bo około 500 lat temu, z jednego z podgatunków pochodzących z Ameryki Południowej. Wykluczałoby to wcześniejszą obecność kiły wenerycznej w Europie.

Jak rozumiem, naukowcy wciąż się spierają. A jakie jest pana zdanie?

Podczas pracy nad artykułem, analizując wyniki badań naukowych, starałem się być bardzo ostrożny w ferowaniu własnych sądów. Prywatnie mogę powiedzieć, że badanie filogenetyczne wydaje mi się bardzo wiarygodne. Być może, jeśli nie zawiera błędów, rozstrzyga ono spór na korzyść teorii „kolumbijskiej”. A zatem domniemane obrazy kiły w sztuce średniowiecznej należałoby interpretować jako objawy innych chorób. Nierozwiązana pozostawałaby tylko jedna kwestia: czy mutacja DNA, która doprowadziła do pojawienia się i rozprzestrzenienia kiły wenerycznej, nastąpiła w Ameryce, czy dopiero po „przywiezieniu” bakterii do Europy, gdzie w nowych warunkach doszło do jej przyspieszonej ewolucji. 

Może to tłumaczy fakt, że pierwsza epidemia kiły, która przeszła przez Europę w połowie lat 90. XV wieku była bardzo gwałtowna?

Rzeczywiście, przebieg kiły pod koniec XV i na początku XVI wieku był bardzo gwałtowny, choroba szybko wyniszczała organizm, powodowała zmiany kostne, doprowadzała często do śmierci. Jednak, jeśli wierzyć źródłom, już kilkadziesiąt lat po wybuchu epidemii kiła przybrała łagodniejszą postać, jaką zachowała przez kolejne wieki. Choć jeszcze na początku XX w. ludzie, także sławni, umierali na tę chorobę. Przełomem w walce z kiłą było dopiero odkrycie penicyliny. 

Kiła, syfilis, choroba dworska — wiele nazw, jak na jedno schorzenie…

Początkowo przeważały nazwy wywodzące się od krajów, przez które przeszła epidemia. Była wiec choroba włoska, francuska, hiszpańska. W państwie moskiewskim mówiło się o chorobie polskiej. U nas funkcjonowały nazwy: choroba francuska, warszawska, dworska, przymiot. Późno, bo w połowie XIX wieku, w terminologii pojawiła się kiła. Co ciekawe, wcześniej tak określano… przepuklinę. Z kolei nazwa syfilis pochodzi od imienia bohatera XVI-wiecznego poematu dydaktycznego, który traktował o kile. Autorem tego trzytomowego dzieła był poeta, ale przede wszystkim wybitny lekarz Girolamo Fracastoro, prawdopodobnie kolega, a być może i nauczyciel Mikołaja Kopernika w Padwie. 

Skąd wzięło się pana zainteresowanie tematem?

Od dzieciństwa historia była dla mnie bardzo ważna, cały mój dom rodzinny „żył” historią. O ołtarzu Wita Stwosza i uwiecznionych na nim prawdopodobnych przypadkach kiły — i wiele innych historii — opowiadał mi mój tata, który był dermatologiem i wenerologiem, pisywał też artykuły z dziedziny historii medycyny. Po maturze chciałem pójść w jego ślady i zdałem na medycynę w Krakowie. Studia ukończyłem, zaliczyłem staże podyplomowe, ale uznałem, że to jednak zawód nie dla mnie. Rozpocząłem kolejne studia na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i poświęciłem się innemu zawodowi — grafika projektanta. Ale podczas studiów medycznych jednym z najciekawszych dla mnie przedmiotów była właśnie historia medycyny, którą dziś mam możliwość wykładać. 

O kim mowa

dr. hab. Wiesław Grzegorczyk, wykładowca projektowania graficznego oraz historii medycyny na Uniwersytecie Rzeszowskim. 

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Rozmawiała Ewa Kurzyńska

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.