Ten zawód uczy pokory

Jolanta Grzelak-Hodor
14-05-2008, 00:00

Zofia Jungiewicz pracuje już ponad 40 lat i chce nadal być lekarzem. Dla niej każdy chory jest najważniejszy i gotowa jest dla niego zrobić dosłownie wszystko, co potrzebne, nie oglądając się na koszty. Jest po prostu niesamowita...

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
"Co jest najważniejsze w tym zawodzie? Moim zdaniem, pokora. Nie ma ludzi nieomylnych ani nieomylnych lekarzy i zawsze trzeba być tego świadomym. Całe życie się uczę i nie wstydzę się pytać, gdy mam wątpliwości. A poza tym kocham swoją pracę i gdybym miała drugi raz wybierać życiową drogę, poszłabym na medycynę" - mówi Zofia Jungiewicz, lekarz z Tęgoborzy, małej wsi nad Jeziorem Rożnowskim koło Nowego Sącza. Doktor Zosia, jak mówią o niej pacjenci, jest lekarzem od ponad czterech dekad i mimo iż niedługo kończy 66 lat, pracuje na pełnych obrotach - w dzień i w nocy. Właśnie przyszła z nocnego dyżuru na oddziale zakaźnym nowosądeckiego szpitala, po południu na pełnym etacie będzie przyjmować w wiejskim ośrodku zdrowia jako lekarz pierwszego kontaktu i pediatra.

Powołanie z przypadku

Zofia Jungiewicz leczy już czwarte pokolenie mieszkańców Tęgoborzy i okolic. Znają ją i ona tu wszystkich zna od urodzenia. Ale jako nastolatka wcale nie myślała, że na zawsze i to jako lekarz zwiąże się z rodzinnymi stronami. "Chciałam studiować matematykę, lecz przestraszyło mnie to, że musiałabym całe życie dzieci uczyć. Potem pomyślałam o chemii, lecz tego kierunku wtedy nie było na krakowskiej politechnice, a po uniwersytecie też wylądowałabym w szkole. Została mi więc farmacja lub medycyna. Miałam wtedy 17 lat, zawód lekarza wybrałam przypadkiem" - wyznaje pani doktor.
Po studiach zamierzali z mężem (inżynierem) zostać w Krakowie, lecz nie mieli szans na mieszkanie. I tak wróciła do rodzinnego domu. Najpierw pracowała w nowosądeckim szpitalu. W 1969 roku zaczęła karierę wiejskiego lekarza w Tęgoborzy. Przez 10 lat była jedynym w tej okolicy. Kierownikiem przychodni była aż do 2004 roku. Do dziś telefonujących do ośrodka wita jej głos nagrany na automatycznej sekretarce, ale kieruje nim już Mieczysław Cetnar i - zdaniem doktor Jungiewicz - znacznie lepiej niż ona radzi sobie z funduszem zdrowia i całą biurokracją. A pani doktor robi tylko to, co lubi.
"Jestem w przychodni codziennie. Praca daje mi mnóstwo satysfakcji. Przecież nudziłabym się na emeryturze. Dlatego od stycznia dwa razy w tygodniu dyżuruję też na oddziale zakaźnym nowosądeckiego szpitala, gdzie świetnie się pracuje. Kiedyś już byłam z nim związana, zaczęłam tam nawet robić specjalizację II stopnia - jedynkę mam z pediatrii, ale nie zrealizowałam tych planów, bo mąż musiał służbowo wyjeżdżać i nie mogliśmy zostawiać dzieci samych w domu" - wyjaśnia Zofia Jungiewicz.

W rodzinie siła

Pani doktor ma aż piątkę dzieci (i 13 wnuków). Jedyny syn, już po czterdziestce, poszedł w ślady ojca i został inżynierem, za to dwie z czterech córek odziedziczyły pasję po mamie. Jedna pracuje jako lekarz w Nowym Sączu, druga - najmłodsza - za rok skończy medycynę we Wrocławiu.
"Miałam przeszło 40 lat, gdy urodziłam Kasię i byłam bardzo szczęśliwa, choć ludzie patrzyli na mnie ze zdziwieniem - po co mi jeszcze jedno dziecko? Moje dzieci też cenią rodzinę - jestem bardzo "rozwojową" babcią, bo syn ma już piątkę pociech, jedna z córek - czwórkę. Trudno opisać, jak nam dobrze ze sobą, gdy wszyscy zjadą na święta" - mówi Zofia Jungiewicz, dodając, że chyba właśnie rodzina dawała jej zawsze siłę i zapał do tak wytężonej pracy. I nigdy nie miała poczucia, że cokolwiek poświęciła.
Rodzina stale się wspiera. Na początku studiów córki bardzo często prosiły ją o pomoc - telefonowały z pytaniami, na które w książkach brakowało odpowiedzi. Dzwonią do dziś, lecz również mama nie wstydzi się pytać o coś, co młodzi lekarze powinni wiedzieć lepiej.
"Nie wstydzę się zatelefonować do kolegi specjalisty, który jest w danej dziedzinie lepszy ode mnie, nie wstydzę się sięgnąć po książkę, gdy nie jestem czegoś pewna. Lepiej sprawdzić kilka razy, niż popełnić błąd. W grę wchodzi ludzkie życie" - mówi doktor Zosia.

Jestem, by pomagać

"Bez oporów korzystam z pomocy i może dzięki temu przez tyle lat chyba nie popełniłam jakiejś większej pomyłki. Przynajmniej mam taką nadzieję. Zawsze podkreślam, że w tym zawodzie pokora jest najważniejsza. A to pociąga za sobą konieczność współpracy z innymi lekarzami" - mówi pani doktor.
Całe Tęgoborze opowiada o jednym z bardziej spektakularnych sukcesów pani doktor. Pewnego dnia zgłosiła się do niej mama z sześcioletnią córką. Dziewczynka od kilku dni narzekała na ból nogi. Może to była wieloletnia praktyka i wiedza, może przeczucie, w każdym razie bez chwili zwłoki doktor Jungiewicz zleciła jej podstawowe badania i telefonicznie umówiła natychmiastową konsultację u zaprzyjaźnionego chirurga. Już po trzech dniach wiadomo było, że dziecko ma raka kości. Pani doktor sama zadzwoniła do Warszawy, by jak najszybciej jej pacjentka mogła tam pojechać. Od tamtej pory minęły trzy lata, dziewczynka po chemioterapii i amputacji części kości udowej dostała rosnący implant i wszystko zmierza ku szczęśliwemu zakończeniu historii choroby. Ale w pomoc dotkniętej nieszczęściem rodzinie dziecka pani doktor zaangażowała też całą wieś, łącznie z miejscowym proboszczem. "Nic wielkiego, to moja praca. Jestem po to, by pomagać" - mówi Zofia Jungiewicz i dodaje, że młodym lekarzom jest na pewno trudniej działać w ten sposób.

Pracować w ciężkich czasach

"Lekarze są cały czas pod presją - oszczędzać na badaniach, konsultacjach, wypisywać jak najtańsze leki. Naprawdę ciężko tak pracować" - mówi lekarka.
Sama woli narazić się na zarzut rozrzutności, bo gdyby akurat to badanie, z którego zrezygnowała, okazało się najważniejszym? Ale przede wszystkim nie oszczędza siebie. "Po co mam przez kwadrans kłócić się z pacjentem, że dziś już go nie przyjmę? Tyle samo czasu zajmie mi jego zbadanie. A jeśli ktoś, komu odmówię pomocy, natychmiast jej potrzebuje? Przecież nie dowiem się tego, jeśli odeślę go do domu z kwitkiem. I jak potem spojrzę w lustro?" - pyta Zofia Jungiewicz.
Jednak rozumie tych, którzy mówią o wypaleniu zawodowym. Lekarze są zmuszeni pracować zbyt ciężko, na kilku etatach, wszak sama dorabia dyżurami. Istotne jednak, by w tym wszystkim nie zapomnieć, że najważniejszy dla lekarza zawsze musi być chory.
Pacjenci trzykrotnie głosami całych wsi wybrali ją Lekarzem Roku w plebiscycie jednej z gazet, by w końcu oświadczyć mediom, że dla nich Zofia Jungiewicz jest lekarzem tysiąclecia. Ostatnio małopolski samorząd uhonorował ją wyróżnieniem "Amicus Hominum" - to nagroda przyznawana osobom niosącym bezinteresowną pomoc potrzebującym.
Cenią ją przełożeni: "Jest bardzo oddana chorym, szalenie pracowita, bo przecież mimo osiągnięcia wieku emerytalnego pracuje chyba coraz więcej. Wszyscy możemy się od niej uczyć podejścia do pacjenta i bardzo jestem zadowolona, że pani doktor dyżuruje teraz na moim oddziale" - mówi dr Ewa Szczypuła, ordynator Oddziału Chorób Zakaźnych w Szpitalu Specjalistycznym w Nowym Sączu.
Dla Wojciecha Stąporka, chirurga ortopedy z nowosądeckiego szpitala, Zofia Jungiewicz to lekarz, z którego każdy powinien brać przykład: "Nie pomijając jej ogromnej wiedzy i doświadczenia, to, co robi dla pacjentów jest godne najwyższego uznania. Dla niej każdy chory jest najważniejszy i gotowa jest dla niego zrobić dosłownie wszystko, co potrzebne, nie oglądając się na koszty. Jest po prostu niesamowita".
Zofia Jungiewicz nie widzi w swoim podejściu do pracy nic niezwykłego: "Jestem szczęśliwa, gdy mogę komuś pomóc. To mi wystarcza. A gdy mam wszystkiego dość, jadę na dwa tygodnie nad morze. Jak przez kilkanaście dni nie widzę żadnego chorego, nie odbieram telefonu, po powrocie znowu lubię pacjentów".


Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Jolanta Grzelak-Hodor

Najważniejsze dzisiaj
Puls Medycyny
Inne / Ten zawód uczy pokory
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.