Szpital to nie restauracja

  • Ekspert dla "Pulsu Medycyny"
opublikowano: 27-05-2009, 00:00
Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Służba zdrowia służy w Polsce do bicia. Już samo określenie "służba", tak nielubiane przez lekarzy i dla odmiany uwielbiane przez dziennikarzy, w pewien sposób na to przyzwala. No bo na kim wyładowywać emocje jak nie na służbie? Na jakim tle robić z siebie wymagającego pana jak nie na tle służby? Z byle powodu wali się w służbę zdrowia jak w bęben. Byle powód pompuje się w mediach do monstrualnych rozmiarów albo przeciwnie - delikatnie usuwa na margines. Wszystko po to, by można było sobie do woli pomędrkować narzekając nie tylko na konkretny szpital, lekarza czy pielęgniarkę, ale od razu na całą "służbę". Nic dziwnego, że raport NIK na temat jakości żywienia w szpitalach znalazł się w czołówce głównych wydań telewizyjnych dzienników. "W jednej trzeciej polskich szpitali jakość żywienia jest niedostateczna" - grzmiano, ilustrując przekaz widokiem nieapetycznej zupki lub wychudzonego staruszka. Nie we wszystkich stacjach podano, że kontrola objęła dwanaście placówek. Z drugiej strony przemilczanie tego faktu nie może zaskakiwać, skoro wzięto pod lupę niecałe dwa procent naszych lecznic. Nie przekonuje mnie, że kontrola została uzupełniona badaniem ankietowym, przeprowadzonym w 125 SP ZOZ-ach. No bo jak za pomocą ankiety sprawdzić, czy jedzenie jest smaczne, a warzywa nierozgotowane?

A co do szpitalnego menu, to wcale nie jest ono tak podłe, jak się je przedstawia. To prawda, za kilka złotych dziennie nie osiągnie się standardów Fukiera, ale nie przesadzajmy - szpital to nie restauracja. Poza tym odsetek pacjentów żywiących się wyłącznie szpitalną dietą jest znikomy. Niemal każdy albo jest dożywiany przez odwiedzających, albo sam się dożywia. Nie wynika to przy tym z potrzeby dojedzenia po chudym szpitalnym obiadku, a raczej ze złych nawyków. A i przeświadczenie, że szpitalne jedzenie jest złe, więc trzeba sobie dojeść, odgrywa tu niebagatelną rolę. Jako diabetolog na co dzień obserwuję efekty takich zachowań. Trudno jest wyrównać cukrzycę, gdy chory, nazywając rzeczy po imieniu, po prostu się obżera. Dlatego dodatkowe pieniądze przeznaczyłbym nie na stawkę żywieniową, a na edukację. A kontrolerom poleciłbym wnikliwie zbadać, co naprawdę jedzą szpitalni pacjenci.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: lek. Sławomir Badurek

Najważniejsze dzisiaj
Puls Medycyny
Inne / Szpital to nie restauracja
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.