Strup niosący zdrowie, czyli dzieje walki z ospą prawdziwą

Rozmawiała Katarzyna Matusewicz
opublikowano: 27-05-2021, 15:30

„Początkowo działania prewencyjne nie opierały się na wiedzy medycznej, ale były wypadkową intuicji oraz myślenia, że skoro dana osoba przetrwała chorobę, to być może posiada jakieś szczególne moce, mogące chronić innych” — tłumaczy prof. Ryszard Gryglewski w rozmowie na temat długiej historii prób uodparniania ludzi przeciwko ospie prawdziwej, a także tego, ile współczesna medycyna zawdzięcza… krowom, dojarkom oraz Napoleonowi.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
O KIM MOWA

Prof. dr hab. Ryszard Gryglewski jest kierownikiem Katedry Historii Medycyny Uniwersytetu Jagiellońskiego — Collegium Medicum w Krakowie.

Jak odkryto, że szczepienia mogą chronić przed chorobami zakaźnymi — w czasach, gdy nie znano jeszcze ich przyczyn, czyli wirusów i bakterii?

Bardzo wcześnie zaobserwowano — co nie było trudne — że nawet w trakcie poważnych epidemii, podczas których umierało wielu przedstawicieli danej populacji, zawsze znajdowały się osoby, które w ogóle nie chorowały albo miały łagodne objawy, nieprowadzące do śmierci. Tych „szczęśliwców” uważano za wybrańców bogów i intuicyjnie szukano w nich rozwiązania problemów zdrowotnych. W związku z tym bardzo często ubrania i przedmioty osobiste ozdrowieńców oraz tych, których choroba w ogóle nie dotknęła, były wykorzystywane do zabezpieczenia ludzi zdrowych przed spodziewaną kolejną falą zarazy. Na podstawie skąpych źródeł, przypuszcza się, że metoda ta była powszechnie stosowana w cywilizacji doliny Indusu, która rozwijała się bardzo szybko i dynamicznie, zwłaszcza między 2600 a 1900 r. p.n.e.

Kolejnym krokiem na drodze do wynalezienia szczepionek, jakie dzisiaj znamy, była tzw. wariolizacja. Trwają spory, kiedy i gdzie po raz pierwszy zastosowano tę metodę. Uważa się, że było to między VIII a XII w. p.n.e. w starożytnych Indiach lub Chinach i dotyczyło prób uodporniania na ospę prawdziwą. Zresztą stąd nazwa tego postępowania, bo variola vera to łacińska nazwa ospy prawdziwej.

Na czym dokładnie polegała wariolizacja?

Istniały jej dwie formy i obie stosowano u osób zdrowych. Pierwsza polegała na płytkim nacięciu skóry, najczęściej na ramieniu lub przedramieniu, i wprowadzeniu tą drogą materiału zakaźnego w postaci odpadających strupów ospowych czy pozostałości wydzieliny z ran ozdrowieńców. Drugim sposobem było wdmuchiwanie wysuszonego i sproszkowanego materiału pochodzącego z krost ospowych za pomocą długiej — mierzącej nawet 1,5 m — rurki wprost do nozdrzy.

Oczywiście, działania te nie opierały się na wiedzy medycznej, ale były wypadkową intuicji oraz myślenia, że skoro dana osoba przetrwała chorobę, to być może posiada jakieś szczególne moce, mogące chronić innych. Faktem jest, że wariolizacja była z powodzeniem stosowana w Azji w XIII i XIV w. Pytanie, w jaki sposób dotarła do Europy. Jedna z hipotez mówi, że poprzez Bliski Wschód przewędrowała do Afryki, a stąd została w XVI stuleciu poznana przez ludność Imperium Osmańskiego. Według innej teorii, Turcy zapoznali się z nią bezpośrednio, ale dopiero w XVII w. Pewne jest tylko to, że na początku XVIII stulecia wariolizacja zaczęła być stosowana w Europie.

Litografia autorstwa Gastona Mélingue’a przedstawiająca zaszczepienie Jamesa Phippsa przez Edwarda Jennera.
Źródło: Wikipedia, domena publiczna

I tak zaczyna się historia szczepień na Starym Kontynencie?

Tak, wydaje się, że właśnie wtedy wariolizacja po raz pierwszy została rozpoznana jako skuteczna metoda zabezpieczająca przed ospą prawdziwą. Obserwacji tej dokonało jednocześnie kilku lekarzy tamtej epoki. Wśród nich był Emmanuel Timoni, włoski medyk pozostający wówczas na służbie brytyjskiej, który w 1713 r. opublikował szczegółowy raport z zaobserwowanej przez siebie w Stambule wariolizacji. Warto dodać, że nie była ona wykonywana tylko przez tureckich lekarzy, ale dość powszechnie, również przez osoby niemające medycznego wykształcenia.

Timoni próbował przedstawić tę metodę w Londynie, jednak nie zyskała ona szerszego zainteresowania, a wręcz została zlekceważona. W rezultacie doniesienie Włocha przeszło bez echa. Mogło to się wiązać z poczuciem wyższości Brytyjczyków wobec „dziwacznych”, orientalnych metod prewencji i walki z chorobami. Poza tym na początku XVIII w. Europejczycy nie czuli się specjalnie zagrożeni ospą prawdziwą. Nie pamiętali już epidemii „czarnej śmierci” i nie wiedzieli jeszcze, jak może okazać się niebezpieczna.

Z czasem jednak udało się przekonać Brytyjczyków do wariolizacji.

Ogromne zasługi na tym polu miała żona ambasadora brytyjskiego w Konstantynopolu, lady Mary Wortley Montagu. Była to kobieta bardzo odważna, wykształcona, o otwartym umyśle, opisująca szczegółowo życie w ówczesnym Imperium Osmańskim, a do tego zafascynowana Lewantem. Znana była z tego, że do swoich oficjalnych strojów dodawała akcenty orientalne. Dzięki niej na wyspach brytyjskich pojawiła się moda na Lewant i… zaufanie do wariolizacji. Jej zainteresowanie kulturą, sztuką i tradycją Bliskiego Wschodu sprawiło, że dotarła do niej również informacja o stosowanych w tamtych rejonach metodach zabezpieczania przeciwko ospie prawdziwej.

Kobieta postanowiła sprawdzić ich skuteczność. Sama przeszła już ospę, która zresztą zostawiła na jej ciele trwałe ślady. Ocalała, jednak wielu jej krewnych zmarło. Można zrozumieć, że była szczególnie na tę chorobę uwrażliwiona i chciała ochronić przed nią swoje dzieci. Podjęła więc ryzyko i w 1718 r. w tajemnicy przed mężem „zaszczepiła” swojego 5-letniego syna Edwarda. W przedsięwzięciu tym pomógł jej Charles Maitland, szkocki chirurg, służący w ambasadzie brytyjskiej w Konstantynopolu, który sprowadził starszą Greczynkę, praktykującą od lat procedurę wariolizacji. Lady Mary Wortley Montagu opowiedziała o eksperymencie mężowi dopiero po tygodniu, gdy pewne już było, że się powiódł. Syn pary miał jedynie — jak byśmy dzisiaj powiedzieli — typowe objawy poszczepienne, a co ważniejsze, gdy wybuchła kolejna fala epidemii, nawet nie zachorował, podczas gdy wiele dzieci z jego najbliższego otoczenia zmarło.

Państwo Wortley Montagu wrócili do Londynu w 1721 r. i zaczęli propagować ideę wariolizacji. Poprosili Charlesa Maitlanda, aby poddał zabiegowi ich drugie dziecko, 3-letnią córkę Mary. Wówczas jednak cała procedura została już wykonana pod nadzorem konsylium lekarskiego. W tym samym roku Charles Maitland otrzymał zgodę na przeprowadzenie eksperymentu na sześciu osadzonych w więzieniu Newgate. Więźniom zaproponowano poddanie się wariolizacji w zamian za ułaskawienie. Zabieg się powiódł — mężczyźni nie tylko odzyskali wolność, ale również zostali uodpornieni na ospę prawdziwą.

W kolejnym roku podobne doświadczenie przeprowadzono na dzieciach z sierocińca. Ono również zakończyło się sukcesem. Przełamało to ostatecznie nieufność Brytyjczyków wobec wariolizacji, która stopniowo zaczęła rozprzestrzeniać się po całej Europie jako metoda chroniąca przed ospą prawdziwą. Caryca Katarzyna II Wielka, która dowiedziała się o tym od brytyjskich lekarzy, przebywających na dworze w Petersburgu, rozkazała poddać zabiegowi siebie, swoją rodzinę i dworzan. Wszystko zakończyło się pomyślnie, chociaż sama władczyni podobno bardzo źle to zniosła.

Lady Mary Wortley Montagu z synem Edwardem na obrazie Jeana Baptiste’a Vanmoura.
Źródło: Wikipedia, domena publiczna

Jaką skuteczność miała wariolizacja?

Na ospę zapadało ok. 3 proc. osób poddawanych wariolizacji, a pozostały odsetek zyskiwał odporność. 97-procentowa skuteczność może wydawać się niezłym wynikiem, ale trzeba sobie uświadomić, że osoby poddane wariolizacji, które zachorowały, mogły zarażać. Metoda ta okazała się więc być bronią obosieczną i — mimo korzyści, jakie za sobą niosła — mogła jednocześnie stanowić poważne zagrożenie epidemiczne.

Na horyzoncie pojawiały się już jednak nowe możliwości…

Wariolizacja znacznie ograniczyła zasięg i śmiertelność z powodu ospy prawdziwej, ale nie wyeliminowała jej całkowicie, a co gorsza — tak jak wspomniałem — nie była do końca bezpieczna. Wciąż poszukiwano więc innych metod. Przełomu dokonał w latach 90. XVIII w. angielski lekarz Edward Jenner. Zauważył on pewną prawidłowość, na którą nikt wcześniej nie zwrócił uwagi. Chodziło o to, że dojarki krów — zwykle młode kobiety zatrudnione u bogatych gospodarzy — rzadko zapadały na ospę prawdziwą, a gdy tak się stało, to przechodziły ją skąpoobjawowo, mimo że osoby z ich najbliższego otoczenia ciężko chorowały i bardzo często z tego powodu umierały.

Warto dodać, że dojenie krów było wówczas szansą na zgromadzenie pieniędzy na posag, a w niektórych przypadkach nawet utrzymanie rodziny, co sprawiało, że wiele dziewcząt ze wsi podejmowało się tego zajęcia. Jednocześnie wówczas dość powszechna była krowianka — choroba bydła domowego, która przebiegała w sposób bardzo podobny do ospy prawdziwej występującej u ludzi. Jej głównymi objawami były wysypka pęcherzykowo-grudkowa, gorączka, powiększenie węzłów chłonnych. Ludzie jednak rzadko zarażali się od zwierząt, a jeżeli już tak się stało, to przebieg choroby był bardzo łagodny i nieczęsto zdarzały się przypadki śmiertelne. Jedyną pozostałością po przebytej chorobie były charakterystyczne blizny, np. na dłoniach i przedramionach. Były one częste właśnie u dojarek, które miały nieustanny kontakt z zakażonymi zwierzętami. To nasunęło Edwardowi Jennerowi myśl, że być może obie choroby łączą nie tylko podobne objawy, ale również czynnik, które je wywołuje. Oczywiście, nie miał pojęcia o wirusach, wywnioskował jednak, że przechorowanie krowianki może zabezpieczać przed ospą prawdziwą. Postanowił to sprawdzić.

W jaki sposób?

Najprostszym sposobem było zetknięcie osoby zdrowej z — jak byśmy to dzisiaj nazwali — materiałem zakaźnym pochodzącym od chorego. Tak więc 14 maja 1796 r. Edward Jenner wprowadził ropę pobraną z pęcherzy na dłoniach dojarki Sarah Nelmes do ran na ramionach 8-letniego Jamesa Phippsa, syna własnego ogrodnika. Po zabiegu chłopiec dostał niewysokiej gorączki, do której dołączyły inne łagodne objawy, takie jak ból głowy czy ogólne rozbicie. Nic więcej, co zagrażałoby jego życiu. W związku z tym Jenner postanowił wprowadzić do ran chłopca początkowo sproszkowany, a później świeży materiał pobrany od chorego na ospę prawdziwą. Mimo — wydawałoby się — dużego ryzyka, chłopiec nie zachorował! Lekarz nabrał więc pewności, że jego teoria była słuszna.

Niestety, podobnie jak w przypadku wariolizacji, napotkał opór społeczny przed tego typu praktykami. W prasie zaczęły nawet pojawiać się karykaturalne rysunki, przedstawiające osoby zaszczepione krowianką, które zaczynały zamieniać się w krowy.

Karykatura Jamesa Gillraya z 1802 roku przedstawiająca Edwarda Jennera podczas szczepienia pacjentów, którzy obawiali się, że spowoduje to u nich pojawienie się „krowich przydatków”.
Wikipedia, domena publiczna

Trudno się dziwić: w tamtych czasach nie brakowało hochsztaplerów medycznych…

To prawda, jednak nie zniechęciło do Edwarda Jennera do kolejnych eksperymentów. Zaczął nawet namawiać innych lekarzy, aby wypróbowali jego metodę. W końcu zebrał pokaźny materiał dowodowy, który opublikował w 1798 r. Oczywiście, do końca nie był pewien, czy metoda ta nie będzie powodowała — używając współczesnej terminologii — jakichś skutków ubocznych. Długo budziła też nieufność wśród potencjalnych pacjentów. Z czasem jednak zaczęła zdobywać coraz większe grono zwolenników i na początku XIX w. została uznana za bezpieczniejszą i skuteczniejszą od wariolizacji. Nazwano ją wakcynacją — od łacińskiego słowa vacca, oznaczającego krowę. Stąd też dzisiejsza nazwa szczepionki w języku angielskim — vaccine.

Jak w innych krajach europejskich przyjęto tę metodę zabezpieczania się przed ospą prawdziwą?

Początkowo reakcje były mieszane, nieufność łączyła się z nadzieją. Wciąż prowadzono polemiki wśród uczonych i lekarzy praktyków, którzy byli podzieleni na dwa obozy — zwolenników wariolizacji oraz zwolenników wakcynacji. Być może momentem przełomowym był fakt, że Napoleon Bonaparte, który w tym czasie prowadził wojnę z Wielką Brytanią, postanowił zaszczepić metodą Jennera wszystkich swoich żołnierzy. Co więcej, na prośbę brytyjskiego lekarza wypuścił z niewoli dwóch angielskich oficerów, którzy zostali pojmani i przetrzymywani jako jeńcy wojenni, wypowiadając słynne zdanie: „Nie mogę niczego odmówić jednemu z największych dobroczyńców ludzkości”.

Ospa prawdziwa została pokonana, ale wirus wciąż istnieje

Ospa prawdziwa to dotychczas jedyna choroba ludzi uznana przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) za całkowicie eradykowaną w 1980 r. Jej ostatni naturalny przypadek został zdiagnozowany 26 października 1977 r. Wciąż jednak przechowywane są próbki wirusa ospy prawdziwej w zbiorach naukowych. Zdarzają się też przypadkowe odkrycia, jak to z 2003 roku, kiedy to patogen ten został znaleziony w kopercie znajdującej się w książce medycznej w Santa Fe (Nowy Meksyk, USA).

PRZECZYTAJ TAKŻE: Zarazy dziesiątkowały ludzkość od tysięcy lat

Źródło: Puls Medycyny

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.