Środowisko lekarskie popełnia poważny błąd, lekceważąc obawy ludzi dotyczące szczepień

Rozmawiał Jerzy Papuga
opublikowano: 11-04-2019, 16:01

Z Krzysztofem Ostrowskim, lekarzem, posłem PiS, rozmawiamy o bezpieczeństwie zdrowotnym szczepień ochronnych, groźbie nawrotu chorób zakaźnych, rejestrach niepożądanych odczynów poszczepiennych, a także argumentach tzw. antyszczepionkowców.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Poseł Krzysztof Ostrowski, antyszczepionkowiec…

Lek. Krzysztof Ostrowski jest specjalistą z zakresu chorób wewnętrznych i organizacji ochrony zdrowia. Odbył również studia podyplomowe m.in. dotyczące samorządu terytorialnego na Uniwersytecie Warszawskim.
Zobacz więcej

Lek. Krzysztof Ostrowski jest specjalistą z zakresu chorób wewnętrznych i organizacji ochrony zdrowia. Odbył również studia podyplomowe m.in. dotyczące samorządu terytorialnego na Uniwersytecie Warszawskim.

O tym, że zasłużyłem na tytuł antyszczepionkowca, dowiedziałem się z łamów dziennika „Rzeczpospolita”, gdzie napisano, że wraz z trzema innymi posłami lekarzami mam wszczęte postępowanie dyscyplinarne przed Wielkopolską Izbą Lekarską. Nie jestem antyszczepionkowcem, a wprost przeciwnie — zaszczepiliśmy z żoną troje dzieci. Dla pełnej jasności przekazu: antyszczepionkowiec to zdecydowany przeciwnik szczepień, tego zaś, kto wokół tego tematu dostrzega niejasności i problemy do rozwiązania, nazywam zwolennikiem szczepień, ale człowiekiem ostrożnym.

Jako lekarz, poseł i obywatel jestem za szczepieniami, ale jednocześnie za dyskusją o nich i ich zdrowotnym bezpieczeństwie. Jestem specjalistą chorób wewnętrznych, ukończyłem Uniwersytet Medyczny w Poznaniu. Kilkanaście lat byłem dyrektorem szpitala powiatowego ds. lecznictwa. Równolegle zajmowałem się działalnością samorządową: byłem radnym gminnym, powiatowym i wojewódzkim oraz dwukrotnie starostą. Na sprawę szczepień mam więc pogląd zarówno lekarza praktyka, jak i człowieka odpowiedzialnego za organizację służby zdrowia na różnych poziomach.

W ubiegłym roku przedstawiałem stanowisko klubu PiS w sprawie obywatelskiego projektu ustawy o dobrowolności szczepień, przygotowanego przez stowarzyszenie STOP NOP. Projektu podpisanego przez 120 tys. obywateli. Podnosił on m.in. kwestię dobrowolności szczepień, argumentując, iż korzystają z niego obywatele dwudziestu państw europejskich. Większość osób podpisanych pod projektem nie kwestionowała potrzeby szczepień jako takich, ich medycznej sensowności i epidemiologicznego uzasadnienia. Chcieli jednak dyskutować np. nad sensem szczepień dzieci w pierwszych dniach po urodzeniu czy jak zmienić kalendarz szczepień, aby zmniejszyć ryzyko niepożądanych odczynów poszczepiennych (NOP). Pragnęli publicznie podjąć temat zawartości rtęci i wodorotlenku glinu w niektórych szczepionkach i ich bezpieczeństwa.

Chodzi o projekt ustawy, której skutkiem może być narastanie w Polsce liczby osób nieszczepionych; projekt ostatecznie odrzucony.

Liczba osób nieszczepionych z niedawnego poziomu mniej więcej 5 tys. rocznie wzrosła do 30 tys. w 2017 roku i do 40 tys. w 2018 roku. Problem lawinowo narasta, mimo intensywnej akcji promującej szczepienia, przestrzegania przed nawrotem chorób zakaźnych oraz restrykcyjności prawa, a nawet grzywien nakładanych w trybie administracyjnym. Projekt ustawy podpisało aż 120 tys. osób i to dla mnie był sygnał, że tym problemem trzeba się zająć.

Jak go pan definiuje?

Jest to problem obaw części społeczeństwa o bezpieczeństwo szczepień. Moim zdaniem, nie można go lekceważyć, ale trzeba rozważyć, skąd się bierze. Zgłaszający wątpliwości to nie osoby występujące z założenia przeciwko szczepieniom. Ich obawy dotyczą np.: konieczności szczepienia w pierwszych miesiącach życia, jakości sprowadzanych szczepionek, sposobu rejestracji niepożądanych odczynów poszczepiennych. Również tego, że nie ma w naszym kraju funduszu odszkodowawczego, który pokrywałby koszty leczenia ciężkich przypadków NOP. Moim zdaniem, jako środowisko lekarskie popełniamy poważny błąd, lekceważąc obawy ludzi. Generalną tendencją u decydentów jest przekonanie, iż po drugiej stronie nie ma partnera do dyskusji, że specjaliści i eksperci wiedzą lepiej i nie muszą prowadzić dialogu z rodzicami. Nie zgadzam się z takim podejściem. Co prawda, po jednej stronie jest autorytet profesury i specjalistów, ale po drugiej obawy ludzi, których to bezpośrednio dotyczy.

Ale nikt nie twierdzi, że szczepienia są w 100 proc. bezpieczne.

To prawda. Profesura i specjaliści zdrowia publicznego zgodnie mówią, że szczepimy nie tylko dla bezpieczeństwa szczepionych, ale także dla zbudowania tzw. odporności populacyjnej. Uzyskanie tej odporności chroni nie tylko osoby szczepione, lecz także te, które np. z powodu przeciwwskazań zdrowotnych nie mogły zostać zaszczepione. Tak więc uzasadnienie dla masowych szczepień ma charakter społeczny. Programy szczepień są szczególnym przykładem solidarności społecznej. Argumentuje się, że przypadki NOP to jedynie mały margines, cena, którą warto zapłacić za uchronienie populacji przed chorobami zakaźnymi. Jednak na stronie PZH odnotowano w 2017 roku ok. 35 tys. niepożądanych odczynów poszczepiennych, w tym 11 ciężkich, a 199 poważnych. Powinniśmy to przyjąć do wiadomości i wyciągać wnioski.

Zapewne statystyka NOP jest niepełna…

Najbardziej rozbudowaną statystykę NOP prowadzą Amerykanie (baza VAERS). Mimo to są eksperci, którzy twierdzą, że zarejestrowane w tej bazie NOP-y stanowią 10-15 proc. wszystkich występujących. Na tej podstawie, przez analogię, można przypuszczać, że w Polsce liczba przypadków NOP jest dużo wyższa od zarejestrowanych przez PZH. Stąd moja sugestia, aby zastanowić się, jak poprawić ich zgłaszalność. Nie posiadając pełnych danych, trudno merytorycznie dyskutować na temat bezpieczeństwa szczepień.

Kolejnym problemem jest brak badań porównujących grupy szczepione i nieszczepione. W żadnym badaniu nie uwzględniono takich kryteriów, jak jakość i długość życia czy też zapadalność na choroby przewlekłe i nowotworowe u osób szczepionych i nieszczepionych. W ostatnich dwóch, trzech dekadach znacznie wzrosła liczba chorób neurodegeneracyjnych, autoimmunologicznych, alergicznych czy nowotworowych. Ich ewentualnego związku z masowymi szczepieniami można by dowieść lub wiarygodnie wykluczyć tylko przez badania spełniające szczególne warunki: czas obserwacji trwający jedna-dwie dekady, duża liczba uczestników, grupy kontrolne osób nieszczepionych. Zastanawiający jest brak badań, finansowanych ze środków publicznych, dotyczących długofalowych niepożądanych odczynów poszczepiennych.

Moim zdaniem, to jest niewykonalne z innych względów, choćby różnic genetycznych, poziomu życia czy zdrowia populacji.

Widzę to inaczej. Są kraje, w których szczepienia były dobrowolne i grupy szczepionych oraz nieszczepionych można by porównać. Innym problemem jest kwestia przeciwwskazań do szczepień. Rodzice nie rozumieją, dlaczego nie jest przeciwwskazaniem do szczepienia dziecka ciężki bądź poważny NOP, który wcześniej wystąpił u niego lub u jego rodzeństwa. Czy z punktu widzenia rodzica zmuszanie w takiej sytuacji swoich dzieci do szczepień jest etyczne, czy nie? Ja tego nie rozstrzygam, ale publicznie stawiam pytanie.

Czy jednak te wątpliwości rozstrzygają sprawę na niekorzyść szczepień?

Nie, oczywiście że nie, ale dla dobra społecznego wątpliwości trzeba wyjaśnić.

Czyli podstawą jest to, że szczepimy, ale uprzednio dokonujemy oceny każdego przypadku indywidualnie?

Jeszcze w pierwszej połowie XX wieku choroby zakaźne powodowały ok. 20 proc. zgonów. W 1980 roku WHO ogłosiła świat wolnym od ospy, z dużych obszarów globu wyeliminowano polio. Obecnie śmiertelność z powodu chorób zakaźnych wynosi mniej niż 1 proc. Dzięki szczepieniom odnieśliśmy sukces w walce z chorobami zakaźnymi. Na rynku zaczęło się pojawiać coraz więcej szczepionek. Ale czy wszystkie są konieczne?

Chodzi o kalendarz szczepień?

Także o ich sensowność. Choć bezsporne jest zlikwidowanie paraliżu dziecięcego za pomocą szczepionki na polio, to czy jest sens promować szczepienie przeciw HPV o nie do końca — jak twierdzi np. były konsultant krajowy w dziedzinie ginekologii prof. Rudolf Klimek — udokumentowanej skuteczności? Istotą szczepienia przeciw HPV (jak rozumiem prof. Klimka) miało być, jako skutek, niemalże wyeliminowanie raka szyjki macicy. Tymczasem profesor uważa, że czynniki ryzyka tego nowotworu w ogromnej większości są inne oraz że nie ma dwóch takich samych nowotworów. Oznaczać by to miało, że ta szczepionka nie może być traktowana jako zapobiegająca rakowi szyjki macicy.

A zagadnienie sensowności szczepienia przeciw WZW typu B?

Dziecko jest szczepione w pierwszych dniach życia…

Gdyż WZW typu B to choroba okołoporodowa…

Ale czy musimy przymus wykonania tej szczepionki zrealizować w parę dób od urodzenia? Czytając podręcznik wakcynologii praktycznej (2018 rok) dr hab. Doroty Mrożek-Budzyn, można znaleźć informację, że „wprowadzenie szczepień przeciw WZW B do Programu Szczepień Ochronnych w 1989 roku doprowadziło w Polsce w ciągu kilkunastu lat do ponad dziesięciokrotnego spadku zapadalności na WZW B. Aktualnie zapadalność (około 9 na 100 tys.) jest porównywalna z zapadalnością na WZW B w krajach Europy Zachodniej. Dodatkowo efektem szczepień jest również zmniejszenie nosicielstwa HBsAg w populacji (poniżej 1 proc.), co wpływa na obniżenie ryzyka zakażenia HBV dla osób jeszcze nieuodpornionych”.

Powody, dla których szczepiono wszystkie dzieci, praktycznie ustały, mimo to nadal szczepimy, choć nosicielstwo wirusa w naszej populacji wynosi poniżej 1 proc. Szczepimy zdrowe dzieci na chorobę, która praktycznie ich nie dotyczy, i to w kilka dób po urodzeniu. Uważam, że powinno się szczepić przeciwko WZW typu B, ale w późniejszym wieku, po osiągnięciu przez dziecko większej dojrzałości układu odpornościowego i nerwowego, z wyjątkiem sytuacji, gdy matka jest nosicielem wirusa HBV.

Warto przypomnieć apel lekarzy francuskich z 2018 roku, sygnowany przez profesorów Henri Joyeux i Luca Montagniera (ten ostatni jest światowej sławy naukowcem, laureatem Nagrody Nobla za identyfikację wirusa HIV). Profesorowie i lekarze zaapelowali do francuskiego ministra zdrowia o to, ażeby przesunąć szczepienia powyżej 2. roku życia. Jak piszą w apelu, układ odpornościowy młodszych dzieci nie jest gotowy na przyjmowanie tak licznej agresji antygenowej. Proponowali, aby w kalendarzu szczepień uwzględnić karmienie piersią przez kobiety, bo przekazują tą drogą noworodkowi przeciwciała. Wnioskowali o opracowanie nietoksycznych adiuwantów szczepionkowych, takich jak fosforan wapnia, który jest nieszkodliwy, ponieważ są pewne dowody naukowe na toksyczność stosowanego aluminium. Postulowali także rezygnację ze szczepienia niemowląt przeciw WZW typu B w 6. tygodniu życia jako bezużytecznego.

Przywołując ten apel, chcę wykazać, że cały czas toczy się dyskusja na temat bezpieczeństwa szczepień. Decyzją sądu w Berlinie w 2005 roku, ze względu na możliwość wystąpienia niepożądanych odczynów poszczepiennych i komplikacji, uznano kwestię szczepień za mającą tak istotne znaczenie dla zdrowia dziecka, że na ich podanie wymagana jest zgoda obojga rodziców.

Czy określenie „ruch antyszczepionkowy” jest stygmatem?

Niestety, tak. To nie jest dobry sposób podjęcia problemu, ale chwyt wykluczający, gdzie dyskutuje się używając nie argumentów, ale emocji. Uważam, że argumenty za potrzebą szczepień są tak silne, iż jesteśmy w stanie przekonać ludzi w sposób merytoryczny, a nie na zasadzie przymusu prawnego.

W polskim podręczniku do wakcynologii jest rozdział o NOP-ach, w którym autorka stawia tezę o pewnej „przydatności” ruchów antyszczepionkowych, pisząc: „Można sądzić, że taka dyskusja i wymiana poglądów mogłaby przynieść korzyści w zakresie jakości szczepionek i wykonywania szczepień, zwłaszcza w zakresie odczynów i następstw poszczepiennych”.

Dobrym przykładem, który może potwierdzić tę tezę, jest dyskusja, jaka toczyła się wokół tiomersalu. Jest to związek chemiczny zawierający etylortęć, stosowany jako środek konserwujący w szczepionkach od lat 30. ubiegłego wieku. Składa się on w ok. 50 proc. z rtęci. W Polsce zrezygnowaliśmy z jego stosowania w 2011 roku i to — jak mówi profesura i specjaliści — nie ze względów merytorycznych (czyli zwiększonego ryzyka powstania NOP-ów), ale wskutek nacisku opinii publicznej.

Tak w istocie było.

Tymczasem amerykańskie Centrum Kontroli i Prewencji Chorób (CDC) wydało w 1999 roku komunikat, że obecny w szczepionkach tiomersal podnosi u niemowląt poniżej 6. miesiąca życia stężenie rtęci w organizmie powyżej dopuszczalnej granicy. W USA zostały przekroczone obowiązujące normy, powyżej których należało liczyć się z negatywnymi skutkami dla rozwoju układu nerwowego dziecka. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Już w 1999 roku Amerykańskie Towarzystwo Pediatryczne uzgadnia z koncernami farmaceutycznymi wycofanie tiomersalu w USA, a w 2000 roku czyni to Unia Europejska. W Polsce, przypomnę, wycofaliśmy go w 2011 roku.

Mamy European Medicines Agency i instytucje krajowe, które dość szczelnie i na wielu poziomach zajmują się szczepieniami.

W prawie europejskim obowiązuje norma, że jeżeli szczepionka jest dopuszczona do obrotu, np. w Niemczech, to nie ma powodu, żeby ją w Polsce jeszcze dodatkowo badać. Ale EMA jest w dużej mierze finansowana ze środków firm farmaceutycznych, co zawsze jest przyczynkiem do pytania o jej bezstronność.

Jak pisze dr Martin Hirte w swojej książce „Szczepienia za i przeciw” (niemiecki pediatra i uznany ekspert ds. szczepień), zdarza się coraz częściej, że szczepionka jest wycofywana z rynku bez podania przyczyny lub zostaje cofnięta zgoda na dopuszczenie jej do obrotu po poniesieniu szkód przez pacjentów. Dr Hirte podaje cztery przykłady szczepionek: TicoVac przeciw kleszczowemu zapaleniu mózgu, 6-składnikowa Hexavac (wycofana z europejskiego rynku), Pandemrix przeciw świńskiej grypie (EMA była zmuszona ograniczyć prawo sprzedaży tej szczepionki) oraz szczepionka przeciw rotawirusowi. W takiej sytuacji konieczne jest posiadanie państwowego laboratorium, które będzie mogło rzetelnie zbadać szczepionki występujące na polskim rynku. Takie laboratorium funkcjonuje przy PZH.

Widziałem je, to świetnie działające laboratorium, z profesjonalną kadrą…

To dobrze, że państwo polskie ma narzędzia, które pozwalają skutecznie badać bezpieczeństwo szczepionek dopuszczonych do obrotu na rynku.

Czy są jakieś punkty styczne, żeby wybrnąć z tego klinczu wzajemnego niesłuchania stron?

Musimy je wspólnie odnaleźć, bo mimo nasilenia represyjności, rośnie liczba nieszczepionych osób. Takim punktem stycznym powinien być szacunek dla prawa do pełnej wiedzy o szczepionkach i do odmiennego zdania, np. w sprawie kalendarza szczepień. Trzeba skutecznego przekonywania oponentów, że innej drogi w walce z chorobami zakaźnymi po prostu nie ma. Specjaliści do spraw szczepień, profesura, lekarze mają sporo argumentów, ale powinni wyjść ze swoich twierdz i w jasnym przekazie przekonywać społeczeństwo. W przypadku ciężkiego NOP powinien istnieć fundusz odszkodowawczy, finansowany nie przez państwo, ale przez koncerny farmaceutyczne produkujące szczepionki. W 1961 roku sąd federalny w Niemczech wymusił powstanie takiego funduszu. Jest to rozwiązanie modelowe, które powinno być u nas zastosowane.

O kim mowa
Lek. Krzysztof Ostrowski jest specjalistą z zakresu chorób wewnętrznych i organizacji ochrony zdrowia. Odbył również studia podyplomowe m.in. dotyczące samorządu terytorialnego na Uniwersytecie Warszawskim.

ZOBACZ TAKŻE:

Antysukces szczepień: nie ma chorych i nie ma efektu odstraszania [WYWIAD z dr. hab. n. med. prof. NIZP-PZH Włodzimierzem Gutem]

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Rozmawiał Jerzy Papuga

× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.