Smutek o poranku

Anna Leder
opublikowano: 30-10-2009, 00:00

Każdy, kto kładł się spać w świetnym nastroju, może się obudzić w głębokim przygnębieniu. I nie wystarczy powiedzieć: "Weź się w garść!".

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Spod ciężkiej kołdry nie sposób się wydostać. Najchętniej wcale by się nie wstawało z łóżka. Na myśl o wyjściu z domu boli brzuch. Poranny prysznic jest wysiłkiem niczym wejście na Mount Everest… Pojawia się strach — nawet nie wiadomo przed czym. I myśli: "Jestem do niczego, nic mi nie wychodzi, nic mi się nie chce".

 

 

Zatrważające liczby

Według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) tak wyglądają poranki 121 mln ludzi na świecie. Statystycznie 16 osób na 100 depresję miało, ma albo ją przejdzie. Szacuje się, że do 2020 r. ta choroba może okazać się drugim — po chorobach układu krążenia —powodem niepełnosprawności ludzi na świecie.

Depresja może być groźna choćby z powodu zagrożenia samobójstwem — około 15 proc. chorych skutecznie je popełnia. I mimo że kobiety chorują na depresję dwa razy częściej, to znacznie więcej mężczyzn w depresji odbiera sobie życie.

Szczyt zachorowań przypada między 35. a 55. rokiem życia. W tym wieku liczba stresów, a pewnie i przykrych wydarzeń życiowych jest najwyższa: już traci się kogoś z najbliższych, już się na coś choruje, a niekiedy spada też pozycja zawodowa.

Rola społeczna, miejsce zamieszkania, wykształcenie, poziom intelektualny nie mają wpływu na to, czy człowiek zachoruje na depresję czy nie. Może ona dotknąć każdego. Chorowali na nią m.in. Vincent van Gogh, Albert Einstein, Winston Churchill, Sylvia Plath, Marek Hłasko, Edward Stachura, Rafał Wojaczek. Przyznają się do niej Krzysztof Majchrzak, Kora Jackowska i Kamil Sipowicz.

 

To się zwykle tak zaczyna

Depresja to coś więcej niż chwilowy smutek. Ale żeby ją stwierdzić, nie wystarczy kierować się liczbą "złych dni" w kalendarzu.

— Problem się zaczyna, gdy przygnębienie utrudnia normalne życie. Jakiś wewnętrzny lęk sprawia, że zwykłe czynności w pracy i w domu zaczynają człowieka przerastać. Wypada z życiowej roli. Obojętnieje. Chory mówi o uczuciu zniechęcenia, braku energii, niechęci do działania, poczuciu gorszej sprawności fizycznej i intelektualnej, kłopotach z pamięcią i koncentracją. Powtarza, że nic go nie cieszy — tłumaczy Ewa Sterniczuk, lekarz medycyny rodzinnej z Niepublicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej Ewa i Krzysztof Sterniczuk.

Dotknięty depresją zaczyna unikać ludzi. Nie tylko dlatego, że kontakt z nimi go nie cieszy. Obawia się, że nie będzie w stanie podtrzymać rozmowy, albo że otoczenie zauważy jego problemy. Potem wycofuje się także z kontaktów z bliskimi. Dotychczas uważał, że jest im potrzebny. Teraz — że jest przyczyną wszystkich ich kłopotów i klęsk.

 

 

Codzienne piekło

Profesor Antoni Kępiński pisał o depresji, że to "swoiste piekło za życia".

— Najgorsze są poranki. Człowiek budzi się smutny, zrezygnowany, zaniepokojony... Bo czeka go następny dzień. A po bezsennej nocy jest zmęczony. Ciężko wstać. Trudno się ubrać. Trudno się nawet umyć. W ciągu dnia jest niewiele lepiej. U mnie jakaś poprawa następowała zwykle po południu — opowiada Marzena, 35-latka, która przez 20 miesięcy była pogrążona w depresji.

— Przez cały dzień choremu towarzyszy niepokój, lęk przed… niczym. I stąd jego nazwa: "lęk bezprzedmiotowy". Lęk życiowy, który ogarnia wszystko. Chorzy go często lokalizują za mostkiem albo w nadbrzuszu. Bo lęk ma także charakter somatyczny. To też głębokie cierpienie fizyczne, które całkowicie dezorganizuje życie — twierdzi Ewa Sterniczuk.

 

 

Jeszcze będzie normalnie

Niestety, prawdziwa depresja, o której tu mowa, to nie depresja jesienna, przesilenie wiosenne czy chandra, z którymi pacjent może sobie poradzić sam. Tu nie pomogą ziołowe herbatki czy tabletki, korzystanie ze światła, pójście do kina, fryzjera, kosmetyczki. Depresja jest chorobą.

Jedną z pierwszych osób, do których można się zwrócić, jest lekarz pierwszego kontaktu. Doradzi sposób leczenia i przepisze leki antydepresyjne, zaproponuje stosowną terapię, albo zdecyduje, że należy na pewien czas przerwać pracę lub nawet poddać się obserwacji w szpitalu. Może też skierować do specjalisty zajmującego się zdrowiem psychicznym lub bezpośrednio do psychiatry.

Dariusz Wasilewski, specjalista psychiatra, dyrektor Centrum Psychoprofilaktyki i Terapii, przewodniczący Ogólnopolskiego Zespołu do Walki z Depresją, uznaje, że pogląd, iż z objawami depresji można, a nawet należy radzić sobie samemu, jest mitem szkodliwym społecznie i kulturowo. Doświadczenie wskazuje, że sposoby walki z depresją stosowane przez chorych przynoszą pewną ulgę, ale tylko wtedy, gdy jej objawy są mało nasilone. Odpoczynek i urlop, aktywny sport, medytacje, preparaty homeopatyczne nie leczą depresji. Można wręcz powiedzieć, że charakterystyczne dla depresji jest to, że sposoby, jakimi ludzie sami sobie radzą z drażliwością, lękiem, nadmierną emocjonalnością, męczliwością i trudnościami ze snem, nie wystarczają lub są zupełnie nieskuteczne.

— Prawdziwą depresję zaczyna się leczyć tabletkami, dopiero później można mówić o jakiejś psychoterapii czy poprawianiu nastroju — podkreśla doktor Ewa Sterniczuk.

Pociesza jedynie to, że depresja w większości przypadków jest uleczalna. Dobrze leczony chory, którego rozsądnie wspiera najbliższe otoczenie, najczęściej z niej wychodzi. l

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Anna Leder

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.