Rodzina uważa, że jestem zwariowana

opublikowano: 18-01-2017, 10:00

O sukcesach i trudnościach minionego roku oraz o sztuce aktywnego życia rozmawiamy z prof. Alicją Chybicką, uznaną przez ekspertów „Pulsu Medycyny” za najbardziej wpływową osobę w polskim systemie ochrony zdrowia.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Jakimi ważnymi dla pani wydarzeniami zaznaczył się 2016 rok?

Miniony rok był dla mnie bardzo ważny, ponieważ był to pierwszy rok funkcjonowania naszej kliniki w nowej siedzibie. Przylądek Nadziei to placówka na miarę europejską, a do tego najładniejsza klinika onkohematologiczna na naszym kontynencie. Początki były bardzo trudne, bo trzeba było przystosować się do nowego miejsca i systemu działania, ale od razu odczuliśmy przeogromną poprawę. Nasza stara klinika była zlokalizowana naprzeciwko cmentarza, teraz z okien mamy widok na park z placem zabaw. Nowa klinika zbudowana jest według nowoczesnych technologii, dzieci mają małe pokoje, w których są meblościanki z rozkładanym miejscem do spania dla rodziców. Wszystko ma bardzo ładny wystrój, ściany są pomalowane farbami przeciwgrzybiczymi i przeciwbakteryjnymi. W takich warunkach o wiele łatwiej walczy się o zdrowie i życie ciężko chorych dzieci. To ma ogromne znaczenie — dzieci lepiej się trzymają, nie ma zakażeń pochodzących z wody czy zanieczyszczonego powietrza. Mamy nowoczesny system napowietrzania i filtrowania powietrza. W starej klinice pomieszczenia też były kolorowe, ale tynk sypał się ze ścian, pękały przerdzewiałe rury, a kiedyś kawałek sufitu spadł wprost na łóżko i tylko cudem nikomu nic się nie stało.

Za tym najważniejszym dla mnie ubiegłorocznym wydarzeniem (pierwszym rokiem działania Przylądka Nadziei) poszły kolejne sukcesy. W minionym roku wykonaliśmy 95 transplantacji szpiku, jesteśmy potentatem w Europie! Pewnie wynika to z tego, że bogatsze od Polski kraje mają kliniki w wielu miastach, chory nie musi dojeżdżać. W Polsce jest tylko 5 ośrodków transplantacyjnych dla dzieci. A my wykonujemy połowę wszystkich przeszczepów, które są przeprowadzane w Polsce. Ilościowo robimy ich najwięcej, a dzięki temu doświadczeniu są to też zabiegi najwyższej jakości. 

Ma pani też obowiązki jako poseł...

Tak, jestem członkiem sejmowej Komisji Zdrowia. Niestety, na tym polu znacznie trudniej o sukcesy. Nie widzę w ochronie zdrowia kompleksowości działania. Prawo, które jest teraz tworzone, nastręcza dodatkowych problemów. Tak jest np. z ustawą antyprywatyzacyjną, zgodnie z którą z dniem 1 lipca organy założycielskie szpitali będą musiały spłacić bieżący dług swoich jednostek. W przypadku szpitali uniwersyteckich, których organami założycielskimi są uczelnie medyczne, może to spowodować olbrzymi problem, bo szkoły te na ogół nie mają pieniędzy na bieżącą działalność, a co dopiero na takie inwestycje. To samo dotyczy wielu jednostek samorządowych. 

Plany reformy ochrony zdrowia są nie do końca określone, wciąż nie znamy szczegółowo wszystkich ustaw, więc trudno powiedzieć, co będzie dalej. Poza tym, że planuje się przesunięcie dużych środków na tzw. pierwszą linię, nic się nie mówi o dofinansowaniu lecznictwa szpitalnego. Obniżenie poziomu opieki szpitalnej może źle się skończyć, bo to tam przede wszystkim chorzy walczą o życie. Może nie będzie tak źle, może ten plan jest spójny i lada moment skrócą się kolejki, zwiększy się dostępność procedur ratujących życie, ale na razie nic na to nie wskazuje. 

Czy ma pani poczucie, że przez ten czas, odkąd jest pani w polityce, udało się coś osiągnąć?

Ależ tak, jest wiele takich rzeczy. Między innymi powstała ustawa, która oddała dzieci w opiekę pediatrom przyjmującym w podstawowej opiece zdrowotnej (choć tych lekarzy jest wciąż zbyt mało). Rozbudowano też kalendarz szczepień ochronnych. Mówię głównie o sprawach dzieci, ale one są najbliższe memu sercu i na problemach ich zdrowia się znam. Dzieci są naszą przyszłością i to dla nich zgodziłam się zostać politykiem. Poproszono mnie o to i pomyślałam, że może uda mi się coś systemowo zrobić dla wszystkich dzieci w Polsce. 

Miniony rok nie był zły dla pediatrii. Minister zdrowia i prezes Narodowego Funduszu Zdrowia podnieśli przelicznik procedury pediatrycznej do 1,2 i to faktycznie poprawiło sytuację — za co chciałabym gorąco podziękować. Może nie wszystko się udaje, ale warto jest być w polityce i warto walczyć, bo to ma zupełnie inny punkt przełożenia. 

Tam jest działanie, a pani to lubi.

Dokładnie. Lubię wyzwania i wiele spraw traktuję zadaniowo. Nigdy nie zależało mi na tym, by piąć się po stopniach kariery. Specjalizacje robiłam z określonych powodów. Mam ich pięć i każda po prostu była do czegoś potrzebna. Swój udział w polityce też tak traktuję — mam określone zadania do wykonania. 

Ale czy nie za dużo tych aktywności jak na jednego lekarza?

Nie lubię monotematyczności. Im więcej się dzieje, tym lepiej. Od dziecka to uwielbiałam. Od małego występowałam, grałam na gitarze, śpiewałam, trenowałam gimnastykę sportową, lubię zresztą wszelkiego rodzaju sport. Uważam, że aktywność i sprawność fizyczna sprawiają, że dużo łatwiej pracuje się umysłowo. 

Skąd na to wszystko bierze pani czas? 

Zawsze ciężko pracowałam. Od 5 lat dzielę swój czas między klinikę i parlament. Teraz i tak jest łatwiej, bo posiedzenia komisji odbywają się w godzinach pracy Sejmu. W Senacie posiedzenia komisji były w tygodniach pomiędzy posiedzeniami Izby, co oznaczało dwa razy więcej wyjazdów — praktycznie co tydzień musiałam przyjeżdżać do Warszawy. Teraz podróżuję raz na dwa tygodnie i w związku z tym mam dużo więcej czasu dla dzieci z naszej kliniki. Jednak niezależnie od tego, czy jestem w Warszawie, czy we Wrocławiu, każdego dnia staram się biegać albo ćwiczyć na sali. Uwielbiam ruch i w biegu chciałabym umrzeć. Poza tym bardzo wcześnie wstaję — najpóźniej o 4.30, bez budzika. Dzięki temu mogę więcej zrobić. 

Da się tak funkcjonować?

Da się i to całkiem nieźle. Potrafię spać w każdych warunkach i wszędzie, np. w samolocie, w pociągu (oczywiście, jeśli nie muszę niczego w danym momencie zrobić). Gdy tylko zamykam oczy, od razu zasypiam. To wielki plus, bo gdy jestem skonana, robię sobie drzemkę, szybko się regeneruję i mogę działać dalej.

Poza tym działam w zgodzie ze sobą. Kiedyś wymyśliłam sobie taką zasadę, że staram się robić to, co w danym momencie najlepiej mi wychodzi. Wielokrotnie się przekonałam, że jeśli nie mam weny do napisania artykułu czy przygotowania wykładu, to go nie napiszę i nie przygotuję albo zajmie mi to strasznie dużo czasu. Natomiast kiedy robię to w momencie, gdy mam „napęd”, idzie mi błyskawicznie. To samo dotyczy każdej czynności, także pieczenia ciasta czy nauki gry na gitarze. Np. dzisiaj rano chwyciłam gitarę, którą mam w klinice i nauczyłam się grać kolędy. Będę je potem śpiewać z dziećmi na oddziale. Szło mi dobrze, więc wykorzystałam wolne 20 minut i już mam to przygotowane. 

Do kliniki przyjeżdżam po 7.00, wtedy zdążam jeszcze przygotować się do raportu, który jest między 7.30 a 8.00. A potem bywam w izbie przyjęć, chodzę po salach, robię obchód. I staram się brać udział we wszystkich szpitalnych imprezach — Wigiliach, mikołajach itp. Bardzo to lubię. Nigdy nie zamykam się w gabinecie. Jestem tu przecież dla innych.

Nigdy nie ma pani dość?

Raczej nie. Walczę. Tak jest w przypadku, gdy dzieje się krzywda dzieciom i tak jest w prywatnym życiu. Gdy szykowałam się do maratonu i skręciłam kostkę, mimo to pobiegłam. 

Ale czy to nie jest trochę igranie z losem?

Jest. Dlatego nigdy nie doradzam tego osobom młodym. Ja mam 65 lat, więc mogę sobie na to pozwolić. Kaleką nie zostanę, mogę tylko mieć kontuzję, a to da się wyleczyć. Już wielokrotnie przekonałam się, że biegnie ciało, ale rządzi tym głowa. Oczywiście w moim wieku czasem już bolą kolana czy kostki, ale gdybym się poddała, to być może musiałabym całkiem zrezygnować z biegania. A tak raz na jakiś czas pauzuję i w końcu wszystko wraca do normy. 

Czy rodzina podziela pani poglądy?

Moje dzieci uważają, że jestem zwariowana. Wciąż od nich słyszę „co ty znowu wymyśliłaś?”. Ale gdy zaczęłam biegać w maratonach, cała moja rodzina zaczęła to robić. Zaraziłam tym także wiele osób z Wrocławia. Męża mam tego samego od 41 lat, więc zdążył się przyzwyczaić, a nawet wspiera mnie we wszystkim, co robię. 

Planuje pani te wszystkie aktywności czy to po prostu samo tak wychodzi?

Wiele rzeczy w moim życiu dzieje się z przypadku, a nawet spada z nieba — jak np. dwa i pół miliona złotych od anonimowych darczyńców, które klinika dostała w tym roku. Mam szczęście do ciekawych sytuacji. A łapię każdą taką okazję. Tak było np. z wyprawą na Kilimandżaro. Zapytano mnie, czy jeśli moi pacjenci pójdą na szczyt, to pójdę z nimi? Uznałam, że to świetna okazja. Daję słowo, że nigdy nie miałam nawet takiego pomysłu. No i złapałam bakcyla. Drugą wyprawę już sama zainicjowałam, a teraz mam ochotę na więcej takich ekstremalnych wrażeń.

To znaczy?

W tym roku planuję skoczyć ze spadochronem z 4 tys. metrów. Marzy mi się też wyprawa na Mount Everst, ale to wymaga większych przygotowań i chyba nie uda się w tym roku.

Nie wystarczy Kilimandżaro?

Kilimandżaro jest za niskie, tylko 5885 m n.p.m., 8,5 tys. metrów to jest coś. Te szczyty są nieporównywalne. Kilimandżaro jest górą samotną, zaś w Himalajach jest ich wiele i wrażenie, gdy się wejdzie tak wysoko, musi być cudowne. Chciałabym to zobaczyć. 

A jakie są pani zawodowe marzenia?

Żeby Przylądek Nadziei dalej tak pięknie rozkwitał. Najlepiej byłoby oczywiście, gdyby dzieci w ogóle nie chorowały, ale to marzenie nierealne. Więc skoro już musi tak być, to chciałabym, aby można je było leczyć jak najmniejszym kosztem, żeby ci, którzy z tej choroby wyjdą, byli jak najbardziej sprawni, jak najmniej okaleczeni. 

Jak tego dokonać?

Konieczna jest dostępność do wszystkich znanych nam terapii. Świat pędzi do przodu. Teraz w onkologii stosuje się leczenie celowane, „szyte na miarę”. Badamy komórkę nowotworową, poznajemy, jaką ma dewiację, i możemy jej tak „przyłożyć”, by nie niszczyć innych komórek. I my to już robimy, ale wierzę, że w 2017 roku uda się te metody jeszcze bardziej rozwinąć. Naszą rolą jest zadbać o jak najpełniejszą dostępność do metod diagnostycznych i terapeutycznych. 

Kiedy zaczynałam swoją pracę, wyleczalność chorób nowotworowych wśród dzieci była na poziomie 15 proc. Na moich oczach te proporcje się odwróciły i dziś wyleczalność sięga 85 proc.! Jesteśmy w stanie wyleczyć niemal każdego pacjenta. Polska dokonała ogromnego postępu w tym zakresie. Mamy też swoje sukcesy na polu międzynarodowym, ale przede wszystkim mamy w zasięgu ręki najnowocześniejsze metody terapeutyczne. Moje zadanie polega na tym, aby zabezpieczyć dzieciom do nich dostępność. Przyjęłam taką strategię (i zamierzam się jej trzymać także w roku 2017), że jeśli jest jakiś sposób, by dziecko wyleczyć, ale w Polsce nie ma tej możliwości, to trzeba je posłać tam, gdzie ona jest, bo życie jest tylko jedno. Zawsze powtarzam, że można się pokłócić i pogodzić, zburzyć i zbudować, ale gdy ktoś przejdzie na tamtą stronę,  tego się już nie cofnie. Trzeba więc wykorzystać wszystkie dostępne metody, żeby tego kogoś na ziemi zatrzymać. 

Teraz mówi pani jako lekarz. A jakie plany ma poseł Alicja Chybicka?

Jestem z klubu opozycyjnego — nie ja tworzę prawo, nie ja wprowadzam zmiany, ale mogę je opiniować i oceniać, i marzę o tym, żeby te zmiany wszystkim wyszły na dobre. Nie mam politycznej krwi do walki z ekipą rządzącą. Jestem za tym, żeby tworzyć prawo w zgodzie. I w tej trudnej sytuacji, którą teraz mamy w parlamencie, marzę o tym, żeby się unormowała. Nie wyobrażam sobie, żeby Polak walczył w Polakiem. A ta wrogość, którą teraz obserwujemy, jest mocno zapieczona. Ale wierzę, że dojdziemy do wspólnych celów. Marzę więc o zgodzie narodowej, kompromisie i wspólnej pracy całego parlamentu z poszanowaniem wszystkich: i rządu, i opozycji. Bo jesteśmy tam po to, aby pchać kraj do przodu i nie marnować siły do walki wewnętrznej. 

 

Źródło: Puls Medycyny

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.