Rewolucja telemedyczna wymaga czasu

Rozmawiała Izabela Filc-Redlińska
opublikowano: 04-10-2017, 00:00

Z opublikowanego kilka miesięcy temu raportu centrum analitycznego Polityka Insight wynika, że pod względem świadczenia e-usług zdrowotnych jesteśmy w ogonie Europy. Oprócz Polski, jedynie w Albanii i Czarnogórze pacjenci nie mogą zapisać się przez Internet na wizytę do publicznego lekarza. O stopniu wykorzystania nowych technologii w polskiej medycynie i służbie zdrowia rozmawiamy z kardiologiem i innowatorem dr. n. med. Łukaszem Kołtowskim.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Według lipcowego raportu przygotowanego na zlecenie LekSeek Polska, 65 proc. Polaków ocenia system naszego e-zdrowia jako słabo lub bardzo słabo rozwinięty. Czy rzeczywiście jest aż tak źle?

Dr n. med. Łukasz Kołtowski
Zobacz więcej

Dr n. med. Łukasz Kołtowski Archiwum

Niestety, tak. Ale zacznijmy od uporządkowania bałaganu terminologicznego w tym obszarze. E-zdrowie jest często mylone z telemedycyną czy też z mHealth, tymczasem pojęcia te nie są tożsame. E-zdrowie obejmuje realizację procedur administracyjnych w ramach systemu służby zdrowia. Telemedycyna to praktykowanie medycyny, a więc diagnostyki, leczenia czy rehabilitacji na odległość. Jej elementem jest zdrowie mobilne (mHealth), które oznacza świadczenie usług zdrowotnych z wykorzystaniem technologii mobilnych, np. telefonu komórkowego lub Internetu, zwykle bez udziału lekarza.

Wracając do pani pytania… Zapisanie się na wizytę do specjalisty nie powinno wymagać stania w kolejce od czwartej nad ranem, recepta czy skierowanie nie muszą być papierowe, a przekazywanie dokumentacji między placówkami nie musi oznaczać fizycznej zmiany jej miejsca. To wszystko można zrobić elektronicznie, wtedy administracja działa dużo sprawniej. Cytowane przez panią dane świadczą o tym, że jako kraj nie wykorzystujemy potencjału nowych technologii. Paradoksalnie, w samym społeczeństwie jest odwrotnie — już prawie połowa Polaków posiada smartfony i co najważniejsze: odróżnia je od zwykłych telefonów. 

Kiedy wreszcie będziemy mogli korzystać z dobrodziejstw e-zdrowia?

To już się dzieje, ale na poziomie pojedynczych placówek czy regionalnych konsorcjów szpitali, np. w Wielkopolsce i na Śląsku. Natomiast pomysł, by stworzyć ogólnokrajową, elektroniczną platformę (tzw. Projekt P1), umożliwiającą między innymi gromadzenie danych pacjenta, spełzł na niczym. Jesteśmy w ciekawym momencie, bo polskie samorządy otrzymały właśnie środki finansowe z UE na dopasowanie lokalnej infrastruktury informatycznej w służbie zdrowia. Być może na końcu tego procesu pozostanie połączyć regionalne miniplatformy w jedną całość i w ten sposób powstanie platforma ogólnokrajowa. Ale palcem na wodzie jest pisane, kiedy to nastąpi.

E-zdrowie w Polsce niedomaga, a w jakiej kondycji jest telemedycyna?

W tym obszarze nie mamy ograniczeń terytorialnych. Możemy korzystać zarówno z oferty polskich, jak i zagranicznych producentów. Automatycznie więc dostęp do tych narzędzi jest dużo szerszy. Dzisiaj najbardziej powszechnym sposobem wykorzystania telemedycyny jest bezpośredni kontakt pacjenta z lekarzem w czasie rzeczywistym. Nie chodzi jednak o jakiś system, ale o przesyłanie specjaliście na skrzynkę mailową zeskanowanej dokumentacji medycznej czy zdjęcia objawów chorobowych na telefon komórkowy. Taki rodzaj konsultacji lekarskiej, dzisiaj najczęściej nieformalnej, również zalicza się do telemedycyny. W drugiej kolejności wymieniłbym korzystanie z różnego rodzaju mierników aktywności fizycznej, takich jak krokomierze. Znaczniej dalej są wagi, ciśnieniomierze czy glukometry. 

A jak systemy telemedyczne są wykorzystywane w sposób zorganizowany, np. przez szpitale?

Wciąż są one stosunkowo rzadko wykorzystywane. Przykładem jest telerehabilitacja po zawale serca. Pacjent wychodząc ze szpitala otrzymuje urządzenie, które monitoruje jego parametry życiowe, m.in. EKG, ciśnienie tętnicze, liczbę wykonanych kroków. W domu, podczas sesji treningowej przypina urządzenie do paska, do klatki piersiowej przytwierdza elektrody i łączy się z ośrodkiem, w którym lekarz, pielęgniarka czy technik obserwują jednocześnie przebieg treningu kilkunastu podopiecznych. Dzięki łączności głosowej specjalista może w razie potrzeby spytać chorego o samopoczucie. Kontrola bezpieczeństwa jest więc podobna jak w szpitalu, a jednocześnie pacjent ma motywację do wykonywania ćwiczeń. Do tej pory z pomocą tej technologii zostało w Polsce zrehabilitowanych zaledwie kilka tysięcy osób, co jest kroplą w morzu potrzeb, zważywszy na fakt, że rocznie mamy ok. 100 tys. przypadków ostrych zespołów wieńcowych. Ale to się może zmienić wraz z nowym programem Ministerstwa Zdrowia kompleksowej opieki po zawale mięśnia sercowego (KOS-zawał). 

Inny przykład to badania przesiewowe słuchu u uczniów warszawskich szkół podstawowych, organizowane przez Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu. Wykorzystuje się w nich audiometry z możliwością przesyłania wyników przez Internet do centralnej bazy danych, gdzie są one analizowane. Dzięki temu badanie można wykonać w szkole i nie musi być obecny przy nim lekarz. Jednak na skalę kraju są to pojedyncze rozwiązania. 

Z czego to wynika? Czy ze sceptycyzmu środowiska medycznego wobec telemedycyny, na co zwracał pan uwagę kilka lat temu?

W tej kwestii zaszła bardzo pozytywna zmiana. Mam wrażenie, że wśród lekarzy istotnie maleje opór wobec rozwiązań telemedycznych. Nie spotyka się już poglądów, że świadczenie usług medycznych na odległość jest zaprzeczeniem idei bycia dobrym lekarzem. Za to zaczyna pojawiać się głód stosowania tych narzędzi, żeby nie powiedzieć frustracja środowiska. Zdaje się ono mówić: skoro już przekonaliście nas do tego, że telemedycyna działa, to dlaczego nie możemy jej powszechnie stosować, dlaczego nie ma jej w każdym szpitalu czy aptece. 

Do niedawna poważną przeszkodą był brak przepisów regulujących świadczenie usług zdrowotnych na odległość. Wprowadziła je nowelizacja Ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty z października 2015 roku. Co się zmieniło od tego czasu?

Na pewno zwiększyła się chęć producentów i dostawców rozwiązań telemedycznych do inwestowania. Dzisiaj wśród polskich firm, m.in. farmaceutycznych, są zespoły oddelegowane do tworzenia nowych pomysłów systemów informatycznych czy narzędzi wspomagających relację lekarz-pacjent. Rozwiązania są różne, począwszy od takich prostych, jak elektroniczny dzienniczek pomiaru ciśnienia tętniczego, po bardziej skomplikowane, jak mobilny stetoskop (patrz ramka — przyp. red.).

Jaką przewagę ma dzienniczek elektroniczny nad wersją papierową?

Ogromną! Po pierwsze, trudniej pacjentowi się pomylić (np. wpisywać wartości o innych porach dnia), a także nie pozwala na uzupełnianie dzienniczka na chwilę przed wizytą u lekarza. System, a więc w konsekwencji lekarz widzi bowiem datę i godzinę każdego wpisu, co dyscyplinuje pacjenta. Po drugie, dzienniczek elektroniczny umożliwia sprawne współdzielenie zebranych danych z lekarzem. Zapoznanie się z kilkustronicowymi zapiskami w dzienniczku papierowym i wychwycenie pewnych trendów zajmuje czas. Wersja elektroniczna wykonuje tę analityczną robotę za lekarza: pokazuje wykresy obrazujące istniejące zależności, np. poranne wzrosty i wieczorne spadki ciśnienia. Po trzecie, nie ma możliwości zgubienia dzienniczka. Aplikacja jest na telefonie, ale dane są zapisywane na serwerze. Nawet jeśli telefon przepadnie albo pacjent go przeinstaluje, będzie mógł zalogować się na swoje konto i ściągnąć dane historyczne. 

Czy takie aplikacje dużo kosztują?

Dla końcowego odbiorcy są zazwyczaj bezpłatne. Nie wyobrażam sobie, aby w naszym społeczeństwie, przyzwyczajonym do darmowej służby zdrowia, tego rodzaju narzędzia były płatne. Bezpłatna będzie także aplikacja afterAMI dla chorych po zawale serca, którą stworzyliśmy z moim zespołem i właśnie udostępniamy pacjentom. Służy ona edukacji i zmianie stylu życia na korzystny dla serca. Wyposażyliśmy ją w wiele funkcji, m.in. opcję przypominania o regularnym zażywaniu leków, krokomierz (chodzenie najbardziej bowiem koreluje z aktywnością fizyczną) czy kompendium wiedzy na temat choroby i zachowań prozdrowotnych przygotowane przez lekarzy z PTK.

Najwyraźniej dzisiaj domeną telemedycyny jest kardiologia.

To się zmienia. Mamy już wiele ciekawych rozwiązań w innych obszarach. Na przykład w ramach platformy edukacyjno-zdrowotnej Diabtis chorzy na cukrzycę mogą między innymi przesyłać wyniki swoich badań z glukometru na konto w systemie. Wyniki są monitorowane przez specjalistów, którzy służą też radą dotyczącą żywienia i innych aspektów choroby. Diabtis został stworzony przez jeden z polskich start-upów, a teraz trwa jego pilotażowe wdrażanie.

Z kolei na etapie badań klinicznych jest technologia z obszaru okulistyki RemmedVR, opracowana przez inny polski start-up. Umożliwia ona leczenie zaburzeń wzroku, a konkretnie zeza za pomocą technologii wirtualnej rzeczywistości (wymaga nałożenia na oczy specjalnych gogli — przyp. red.). Ma postać zdalnej terapii wykonywanej codziennie w domu, w formie zabawy, nadzorowanej przez okulistę lub optometrystę. 

Przykładem z obszaru pulmonologii jest mobilny spirometr MySpiroo, którego jestem współtwórcą. Urządzenie łączy się bezprzewodowo z aplikacją na smartfonie, co umożliwia gromadzenie wyników badań, łatwe ich wyszukiwanie, analizowanie i przesyłanie lekarzowi. Urządzenie jest dużo poręczniejsze niż tradycyjny spirometr, będzie też dużo tańsze, a tym samym bardziej dostępne. 

Kiedy pojawi się na rynku?

Jego produkcja ruszyła dwa miesiące temu. Niedawno wykorzystaliśmy MySpiroo w badaniach screeningowych na Mazurach, podczas których u dwóch osób wykryto przewlekłą obturacyjną chorobę płuc. Urządzenie nie jest jeszcze powszechnie dostępne, ponieważ jesteśmy w trakcie badań klinicznych, których wynikiem będzie opracowanie optymalnego modelu samomonitorowania pacjenta. 

Stworzenie MySpiroo złamało obowiązujący w pulmonologii dogmat polegający na tym, że badanie spirometryczne wykonuje się tylko w szpitalu. Teraz będzie to możliwe również w domu.  Pracujemy nad tym, by pacjenci otrzymali nie tylko gotowe urządzenie, ale i wytyczne dotyczące jego używania: kiedy wykonywać pomiary, jak często etc. Jesteśmy też w trakcie tworzenia programu screeningowego, do udziału w którym chcielibyśmy zaangażować lekarzy rodzinnych. Realnie patrząc, MySpiroo powinien pojawić się na rynku w przyszłym roku. Natomiast już teraz udostępniamy urządzanie partnerom naukowym. 

Od początku naszej rozmowy próbujemy ustalić, co jest barierą blokującą rozwój telemedycyny w Polsce.

Myślę, że dzisiaj nie ma jednej poważnej bariery, jaką jeszcze dwa lata był brak regulacji prawnych. Nie chodzi też o brak pieniędzy. Musimy zdawać sobie sprawę z tego, że budujemy nową gałąź medycyny, nie oczekujmy więc, że wydarzy się to w ciągu dekady. Tworzenie każdej nowej technologii wymaga najpierw dobrego pomysłu, potem zbudowania prototypu. Później dobrze jest przeprowadzić badania kliniczne, które potwierdzą efektywność danego rozwiązania i tym samym przekonają do jego stosowania lekarza i pacjenta. Kolejne kroki to znalezienie optymalnego modelu finansowania, promocja, a następnie edukacja lekarza i pacjenta, by właściwie korzystali z danej technologii. Niewątpliwie dobrym impulsem byłoby alokowanie przez Ministerstwo Zdrowia środków na telemedyczne projekty pilotażowe, jak robi to np. brytyjski NHS. Na każdym z opisanych przeze mnie etapów mamy jakieś braki. 

Na przykład jakie?

W moim odczuciu na polskich uczelniach medycznych brakuje edukacji w zakresie innowacji. Bo tak jak każdej umiejętności, tej też trzeba się nauczyć. Brałem udział w takich zajęciach w Szwecji, gdy studiowałem w Karolinska Institutet. Interdyscyplinarne kursy innowacji były organizowane przez tę uczelnię we współpracy z innymi szkołami wyższymi, kształcącymi inżynierów, ekonomistów i artystów. Celem szkolenia było zaangażowanie środowiska studenckiego do interakcji, spojrzenia na problem z różnych stron, by finalnie stworzyć rozwiązanie, które może zmienić medycynę i pomóc pacjentowi. Gdyby nie tamte doświadczenia, myślę, że MySpiroo i afterAMI by nie powstały. Byłoby fantastycznie, gdyby inicjatywa podobnych kursów pojawiła się pomiędzy warszawskimi uczelniami, np. WUM, ASP, politechniką i SGH. 

Dlaczego warto wdrażać telemedycynę? Co z jej powszechnego zastosowania będzie miał pacjent, lekarz i płatnik?

Najkrócej mówiąc, telemedycyna oznacza wyższą jakość usług za mniejsze pieniądze. Dla pacjenta to łatwiejszy dostęp do specjalistów, a także większa skuteczność diagnostyki, terapii i rehabilitacji, nie mówiąc o nowych możliwościach profilaktycznych. Efekt to dłuższe życie i lepsza jego jakość. 

Dla lekarza to lepsze wyniki leczenia, bo będzie mógł lepiej dostosować terapię do potrzeb pacjenta. Paradoksalnie nie musi to jednak oznaczać mniejszej ilości pracy, a wręcz przeciwnie. Chyba że sceduje się część obowiązków związanych z obsługą usług telemedycznych na personel niższego stopnia: pielęgniarki, położne i inne osoby, które nie mają prawa leczyć, ale posiadają dużą wiedzę medyczną. Myślę, że w sytuacji niedoboru w Polsce kadr lekarskich to bardzo dobry pomysł.

Dla płatnika telemedycyna oznacza eliminowanie zbędnych świadczeń. To między innymi możliwość skierowania pacjenta ze szpitala do tańszej opieki ambulatoryjnej, a na dalszym etapie do pozostania w domu. To także mniejsza liczba ciężkich hospitacji. Długoterminowym efektem będzie wydłużenie życia osób wymagających opieki służby zdrowia, co finalnie obciąży płatnika. Ale to problem etyczno-moralny dotyczący rozwoju całej współczesnej medycyny.

W jakim kierunku pójdzie telemedycyna w Polsce?

Jeśli będzie rozwijała się tak jak dotychczas, to jestem optymistą. A jeśli dodatkowo uda się w pełni wprowadzić w Polsce system e-zdrowia, to oba obszary będą się nawzajem przenikać i uzupełniać. Szpitale są otwarte na wdrożenie udogodnień elektronicznych, a wśród kadry zarządzającej jest presja wynikająca z faktu, że pozostajemy w tych sprawach w ogonie Europy. To również motywuje do pracy. 

O kim mowa

Dr n. med. Łukasz Kołtowski, kardiolog i innowator z I Katedry i Kliniki Kardiologii WUM, członek Komisji Informatyki i Telemedycyny PTK oraz Telemedycznej Grupy Roboczej. Współzałożyciel spółki HealthUp, która stworzyła mobilny spirometr MySpiroo oraz aplikację dla chorych po zawale serca afterAMI. Autor bloga o nowoczesnych technologiach w medycynie — Efektywny lekarz.

Leczenie na odległość - rozwiązania korzystne dla pacjenta i lekarza

AliveCor Kardia — mobilne EKG; składa się z aplikacji na smartfona i małej przystawki z czujnikami. Badanie polega na umieszczeniu palców na przystawce; wynik pojawia się po 30 sekundach. Istnieje możliwość analizy pomiaru online, a także przesłania wyniku badania do lekarza. 

OtoHOME — otoskop do smartfona; pomocny w zdalnym diagnozowaniu chorób uszu, np. u małych dzieci. Składa się z przystawki na telefon, w której znajduje się kamerka. Aplikacja podpowiada, jak ustawić smartfon, żeby nagrać filmik uwidoczniający błonę bębenkową badanego. Wraz z filmikiem można przesłać lekarzowi dodatkowe informacje.

StethoMe — elektroniczny, bezprzewodowy stetoskop z termometrem, współpracujący ze smartfonem. Umożliwia samodzielne osłuchanie w warunkach domowych. Aplikacja podpowiada, w którym miejscu i na jak długo przyłożyć stetoskop, by zarejestrować dźwięk. Specjalny algorytm zasygnalizuje, jeśli wynik badania jest niepokojący. Zarejestrowane dźwięki i inne informacje można przesłać lekarzowi. 

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Rozmawiała Izabela Filc-Redlińska

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.