Ratownik medyczny i "Pan Pielęgniarka": ten system miażdży pasjonatów

  • Jacek Wykowski
opublikowano: 17-09-2021, 17:00

Ten system miażdży pasjonatów. Czas na spokojne rozmowy już minął, teraz jest moment na agresywne działanie - mówi Mateusz Sieradzan, znany w mediach społecznościowych jako "Pan Pielęgniarka". Od dziewięciu lat pracuje na SOR-ze jako pielęgniarz, jest też ratownikiem medycznym.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Siódmy dzień Białego Miasteczka 2.0 (piątek, 17 września) w ramach protestu medyków poświęcony był ratownictwu medycznemu. O deficyty w tym obszarze pytani byli m.in. Adam Piechnik - ratownik medyczny i pielęgniarz - oraz Mateusz Sieradzan, także pielęgniarz i ratownik, a w mediach społecznościowych znany z cieszącego się dużą popularnością bloga o nazwie "Pan Pielęgniarka".

"System miażdży pasjonatów"

- Ten system miażdży pasjonatów. Czas na spokojne rozmowy już minął, teraz jest moment na agresywne działanie. Trzeba zacząć poważnie reformować system - zaznacza Mateusz Sieradzan.

Funkcjonujemy w rzeczywistości, w której ratownik nie ma być lepszy, a tańszy - twierdzi Adam Piechnik.
Fot. Porozumienie Rezydentów/Fb

- SOR to miejsce, w którym wszystkim jest źle, personelowi, pacjentom, dyrektorom szpitali. To "krawcowa" systemu" która łata wszystkie dziury. To też jedyne miejsce, gdzie pacjent może uzyskać jakąś konkretną pomoc. Czasem po 8 czy 12 godzinach, ale jednak. Walczymy z problemami, które nie są efektem naszych decyzji - podkreśla Sieradzan.

Jego zdaniem na SOR próbuje się opanować "chaos spowodowany pacjentami, którzy nie mają gdzie pójść".

- Trzy czwarte pacjentów, których triażuję, nie jest w stanie bezpośredniego zagrożenia życia. Zazwyczaj ta wizyta wygląda tak, że przychodzi osoba z jakimś problemem, często przewlekłym - to np. narastający ropień, zapalenie spojówek. Pytam: - Dlaczego pan nie poszedł z tym do przychodni? Pacjent mówi: - Poszedłem, ale lekarz mi powiedział - z tym na SOR, bo nie mam miejsca, żeby pana przyjąć. Albo odesłał mnie do poradni chirurgicznej. Byłem, ale wie pan, na kiedy dostałem termin? Za trzy miesiące - opowiada Sieradzan.

Pyta: - I co taka osoba ma zrobić?

– On nie ma wyboru, albo przyjdzie do mnie z nadzieją, że otrzyma jakąś pomoc, albo zostanie bez niej. Najłatwiej byłoby powiedzieć: - Proszę pana, to nie jest stan zagrożenia życia, zapraszam do lekarza rodzinnego, niech on prowadzi diagnostykę. Ale to jest nieudzielenie pomocy. Więc jedyne co mogę oznajmić to: - Dobrze, wyczerpał pan wszystkie możliwości, przyjmiemy pana, ale musi pan czekać kilka godzin. I zazwyczaj pacjenci decydują się na to czekanie, bo i tak nie mają innego wyboru - przyznaje.

Jego zdaniem najsłabszym ogniwem systemu jest “moment, kiedy czynności resuscytacyjne mogą być zaczęte przez świadków zdarzenia”. - To w dużej mierze od nich, osób niemedycznych, zależy to, czy ktoś trafi potem pod opiekę fizjoterapeuty czy pod respirator. Każdy z nas by chciał, jeśli ulegniemy wypadkowi i zatrzyma się nam krążenie, by obok była osoba, która wie co zrobić w pierwszych minutach - podsumowuje.

System ceni stawki, nie wiedzę i doświadczenie

- Mam kolegów w Warszawie, którzy byli fantastycznymi ratownikami, "mistrzami świata", brali udział w zawodach, dysponowali wiedzą. I odeszli z pogotowia. Powodem nie były tylko pieniądze, ale też stosunki wewnątrz firmy, które po prostu tych ludzi nie cenią. Funkcjonujemy w rzeczywistości, w której ratownik nie ma być lepszy, a tańszy. Ten z nas, który nie jest odpowiednio tani, a ma świadomość swoich umiejętności, wiedzy, często staje się niepokorny. A niepokorny ratownik zawadza ludziom i finalnie sam rezygnuje - mówi Adam Piechnik.

Ratownik tłumaczy też, dlaczego - jego zdaniem - pacjenci spotykają się często z irytacją na SOR.

- W ratownictwie medycznym są pasjonaci. Nie denerwują się na pacjenta z tego powodu, że przyjechał do nich o drugiej w nocy. Irytują się, że przyjechał do człowieka, który ratuje życie, a ono nie jest w stanie zagrożenia. Wiedzą, że w tym momencie zabraknie karetki, która powinna wyjechać, by ratować kogoś innego w poważnym stanie - tylko dlatego, że ktoś potrzebuje pomocy w niewłaściwie leczonej chorobie przewlekłej - wskazuje Piechnik.

- Ostatnio rozmawiałem z kolegą, który rezygnuje z pracy w warszawskim pogotowiu. Powiedział mi: - Ja już nie mogę patrzeć na tę prowizorkę, na to, że kończyłem studia, na których mnie uczono, jak wykonywać segregację medyczną pacjentów w katastrofie kolejowej, a w środku nocy jadę karetką pogotowia do biegunki albo do pacjenta, który ma wrastający paznokieć - opowiada Mateusz Sieradzan.

Piechnik zaznacza, że w systemie jest się tym lepszym ratownikiem, im się “napisze niższą stawkę”.

- Kogo w tym kraju interesuje model izraelski, który zakłada, że nie każdy do tej pracy się nadaje? U nas masz papier i składasz ofertę konkursową za 18 złotych na godzinę. Jak dasz 17, to cię będą na rękach nosić. Nie lepiej, ale taniej - kończy.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Ratownik: "pracuj 400, 500 godzin w miesiącu, a potem się ocknij na zgliszczach swojego życia"

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.