Prof. Ryszard Gellert: Zbieramy dane, które są potrzebne w sądzie, a nie w ochronie zdrowia

opublikowano: 05-06-2019, 17:34

Nieefektywność systemu opieki zdrowotnej sięga 30 procent, co oznacza, że 15 miliardów złotych moglibyśmy uwolnić i przeznaczyć na leczenie pacjentów - mówi prof. dr hab. n. med. Ryszard Gellert, dyrektor Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego w Warszawie, krajowy konsultant w dziedzinie nefrologii.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Czy biurokracja to faktyczny problem polskiej służby zdrowia?

Prof. dr hab. n. med. Ryszard Gellert
Zobacz więcej

Prof. dr hab. n. med. Ryszard Gellert Archiwum

Biurokracja to ogromny problem polskiej służby zdrowia i mówię to z pełnym przekonaniem. Widzę narastającą falę dokumentowania każdego ruchu, zmniejszania zaufania do oświadczeń lekarzy na rzecz dowodów w postaci pisemnej. Kiedyś były one tworzone ręcznie, potem na maszynie, a teraz komputerowo, co oczywiście wiąże się z nakładami finansowymi. Przeciętnie utrzymanie dobrze funkcjonującego systemu komputerowego pochłania około 5-7 procent budżetu szpitala. I nie byłoby w tym nic złego, ale niestety u nas zwykle z racji oszczędności i wielu administracyjnych rozwiązań systemy komputerowe są po prostu za wolne. I tu zaczyna się problem, bo komputer powinien pomagać lekarzowi w pracy, a nie przeszkadzać. To właśnie na lekarza spadł czasochłonny obowiązek wprowadzania danych, choć mogłaby to robić np. sekretarka. Wiem, że aktualizacja informacji jest konieczna, ale czy my musimy wykorzystywać do tego osoby najlepiej wyszkolone, za których wykształcenie zapłaciliśmy pół miliona złotych? Bo tyle mniej więcej kosztują studia medyczne.

Jakie rozwiązanie sytuacji pan proponuje?

Lekarz, lub inna wyznaczona osoba, mógłby wprowadzać dane do komputera za pomocą nagrań w formie dźwiękowej, wideo, skanów czy też zdjęć. Czas, który lekarz poświęca na wypełnianie dokumentacji medycznej, zabiera się przecież pacjentowi. Przeciętna wizyta chorego u lekarza POZ trwa około 12 minut, z czego 9 minut jest poświęcone na wypełnianie dokumentów. Dla pacjenta zostają 3 minuty. Ma on prawo czuć się nieusatysfakcjonowany, skoro doktor patrzy w monitor, a nie na niego.

Czy metodą na odbiurokratyzowanie służby zdrowia jest więc jej ucyfrowienie?

Nie operowałbym pojęciem odbiurokratyzowania, bo z biurokracji nie można całkowicie zrezygnować. Jest konieczna, tylko ma czemuś służyć. Ale na razie nie służy. Dane, które zbieramy, powinny być analizowane, bo samo zbieranie nic nie daje. Trzeba ucyfrowić i wzbogacić system opieki zdrowotnej w możliwości sprawozdawcze tak, abyśmy mogli wyłapywać pewne rzeczy wcześniej, aby zwiększyć poczucie bezpieczeństwa pacjentów. Jeśli będziemy analizować informacje, to mamy szansę zacząć działać proaktywnie. Obecny kształt rozwiązań administracyjnych negatywnie wpływa na zdolność naszego kraju do np. innowacji. W Indeksie Zrównoważonego Rozwoju Systemów Ochrony Zdrowia zajmujemy pod tym względem dopiero 21. miejsce na 28 możliwych. Żeby poprawić miejsce Polski w rankingu, musimy wprowadzić zmiany, ale najpierw musimy wiedzieć, jakie one muszą być. Do tego potrzebna jest właśnie analiza danych.

Biorąc pod uwagę niskie miejsce Polski w przywołanej przez pana analizie, Indeksie Zrównoważonego Rozwoju Systemów Ochrony Zdrowia, czy nasz system ochrony zdrowia jest więc gotowy na informatyzację i ucyfrowienie?

Lekarze i pielęgniarki są gotowi na ucyfrowienie, bo dowodzą tego swoją codzienną pracą. Ucyfrowienie jednak nie może przeszkadzać w codziennych obowiązkach. Ludzie obecnie nienawidzą systemów komputerowych, dlatego że przez swoje uciążliwe i powolne działanie przeszkadzają im w kontakcie z chorymi. Cały "biały personel” jest szkolony do tego, aby rozmawiać z pacjentem, dbać o niego, interesować się nim. Również pielęgniarki, które wykonują w szpitalu większość pracy, zarzucane są setkami dokumentów do wypełnienia, zarówno papierowych, jak i elektronicznych. Ludzie są przygotowani na ucyfrowienie - to system ochrony zdrowia nie jest. Ogromne nadzieje pokładam więc w panu ministrze Cieszyńskim, członku Komitetu Rady Ministrów do Spraw Cyfryzacji. Jego działania to szansa na rozsądną cyfryzację służby zdrowia, bo to ostatni moment, żeby działać i również podnieść miejsce Polski w rankingach, takich jak indeksy FutureProofing Healthcare, czyli analizy systemów ochrony zdrowia wszystkich państw Unii Europejskiej (Polska zajmuje w nich słabe 25. i 22. miejsce). Jeśli czegoś nie zrobimy, zginiemy w powodzi bezsensownych archiwów, z których nic nie wynika. Chciałbym podkreślić, że nie jest moją intencją krytykowanie kogokolwiek czy szukanie przyczyn. Mówię, jak jest obecnie – przeszliśmy na złą stronę mocy i zmusiliśmy lekarzy do robienia tego, czego nie chcą robić.

Po co właściwie zbierać i analizować dane?

Agregacja danych o pacjentach ma służyć osiągnięciu lepszych wyników zdrowotnych społeczeństwa. Np. w USA istnieje rejestr The United States Renal Data System, gdzie na podstawie danych zgromadzonych od płatnika tworzy się dokładne raporty. Dostęp do nich ma cały świat i cały świat wie, jak wygląda w USA np. przebieg niewydolności nerek. Dzięki takim działaniom można wyciągnąć wnioski pozwalające polepszyć efekty terapeutyczne. Kto u nas w kraju wie, że 4 miliony Polaków choruje na przewlekłą chorobę nerek? Nikt. 90 procent chorych o tym nie wie, nie pokazują tego również statystyki. 75 procent rozpoznań przewlekłej choroby nerek jest stawianych po 70. roku życia, a pacjenci tak naprawdę chorują od 20 lat. Skąd to wiem? Stąd, że Ministerstwo Zdrowia na podstawie danych NFZ akurat taką analizę zrobiło. 3000 pacjentów rocznie dowiaduje się o potrzebie stosowania arcydrogich terapii, np. dializowania. Inni umierają przedwcześnie. Gdyby otrzymali terapię w odpowiednim czasie, to według moich obliczeń wydłużylibyśmy średnią życia w Polsce o dwa lata. Ponadto, przy wdrożeniu zmian w skali masowej można osiągnąć nieprawdopodobne oszczędności. Pomiary wskazują na to, że nieefektywność systemu opieki zdrowotnej sięga 30 procent, więc 15 miliardów złotych moglibyśmy uwolnić i przeznaczyć na leczenie pacjentów. 

Ma pan wieloletnie doświadczenie w kwestii systemów elektronicznej dokumentacji medycznej. Czym cechowały się te systemy kiedyś?

Wprowadzałem elektroniczną dokumentację medyczną w Polsce już w latach 80. Wtedy funkcjonowały systemy dokumentacji oparte na starym DOS-ie, nie na Windowsach, ale nikt nie był zainteresowany ich rozwojem. Tymczasem młodzi lekarze, na których najczęściej ciąży obowiązek prowadzenia dokumentacji medycznej, garnęli się do tych systemów, bo za ich pomocą można było najszybciej wprowadzić dane. Zajmowało to o połowę mniej czasu niż wypełnianie zleceń ręcznie. Systemy były proste i zrozumiałe, zdecydowanie lepsze niż teraz. Obecnie bardzo skomplikowane jest np. wypisanie kroplówki, a na wielu oddziałach, w tym nefrologicznym, który reprezentuję, leczenie płynami jest przecież podstawą terapii szpitalnej. W momencie wydawania zleceń lekarskich w oddziale internistycznym, bo te są najbardziej obciążone z racji rodzaju pacjentów, słychać tylko jeden wielki huk – lekarze stemplują zlecenia, bo każda porcja leków podana musi być podstemplowana i podpisana. Uważam, że nie ma żadnego powodu, aby robić to w takiej formie. 

Skoro mieliśmy świetne systemy, to co się stało, że biurokratyzacja przybrała obecny kształt?

W Polsce lat 90. mieliśmy fantastyczne rozwiązania systemów komputerowych. Kilkanaście szpitali w Polsce wyprzedzało pod tym względem rozwinięte kraje świata (m.in. szpital w Warszawie przy ul. Banacha i przy ul. Działdowskiej). Ludzi, którzy przyjeżdżali ze Stanów czy ze Skandynawii, dziwiło, że mamy aż tak dobre rozwiązania informatyczne. Mówili, że chcieliby mieć takie same u siebie. Oni jednak w przeciwieństwie do nas od razu projektowali systemy tak, aby wykorzystywać dane w nich zawarte. Od razu analizowali je pod wieloma kątami i tym sposobem wyprzedzili nas właśnie w analityce danych. W latach 90. mieliśmy w Ministerstwie Zdrowia wdrożony system pilotażowy, dzięki któremu można było agregować zawarte w nim informacje – wiem, bo sam go wdrażałem w Centrum Ekonomiki i Organizacji Ochrony Zdrowia. Te dobre rozwiązania zostały jednak zmarnotrawione wskutek pospiesznych decyzji.

Jak to możliwe, że mimo wielu specjalistów i nowoczesnych systemów praca z komputerem wciąż nie wygląda tak jak powinna?

Dopóki nie zmienimy systemów biorąc pod uwagę wskazówki lekarzy, nic się nie zmieni. Lekarze i informatycy nie rozumieją się, mają zupełnie inne rodzaje wnioskowania, inne potrzeby i kolejność wykonywania pewnych rzeczy. Profesorowie często mają bardzo dobre pomysły, ale to lekarze i pielęgniarki mierzą się codziennie z trudem wypełniania dokumentacji. Zbieramy dane, które są potrzebne w sądzie, a nie w służbie zdrowia. Oczywiście, poszczególne instytucje coś zaczynają robić w tym temacie, również NFZ, jednak proszę zauważyć, że nie ma w nim komórki, która publikowałaby wnioski płynące z analizy danych. Te dane ma w dużej mierze ma również Zespół Analiz i Strategii Ministerstwa Zdrowia. Nazwano je szumnie Mapami Potrzeb Zdrowotnych, ale pan minister Łukasz Szumowski słusznie używa realnej nazwy - Mapy Świadczeń Zdrowotnych, które są mocno zafałszowane. Tak naprawdę są to mapy płatności NFZ, a nie świadczeń.

Jest pan byłym dyrektorem ds. informatyki medycznej ICL Poland. Czy ucyfrowienie niesie ze sobą tylko korzyści?

Oprócz szerokiego spektrum korzyści, widzę jedno zagrożenie, o którym od lat mówię - nie powinno się łączyć wrażliwych danych za pomocą PESEL-u z innymi danymi, które są w obiegu publicznym. Jest to bardzo ryzykowne. Powinniśmy mieć odrębny numer ubezpieczenia społecznego. Identyfikowanie osób tylko za pomocą PESEL-u może spowodować, że każdy, kto się włamie do bazy NFZ-u, będzie miał dostęp do wiedzy o zdrowiu np. naszych decydentów. Wystarczy przeanalizować, z jakimi rozpoznaniami trafiali w które miejsca - taki wyciek danych może komuś zniszczyć życie. Przecież tuż obok nas toczy się wojna informatyczna, która od czasu do czasu owocuje wypływem informacji, często również tych niewygodnych. 

Jakie działania podejmuje pan jako konsultant krajowy ds. nefrologii, aby polepszyć sytuację?

Jako konsultant krajowy opracowałem z zespołem ekspertów ogólnopolski program koordynowanej opieki nefrologicznej, która zakłada lepszy sposób zaopatrzenia nefrologicznych pacjentów, ale za te same pieniądze, które wydajemy do tej pory. Policzyliśmy koszty, zidentyfikowaliśmy problemy i zasoby ludzkie, i co bardzo ważne - uprościliśmy procedury. Pracujemy z NFZ i MZ nad tym, żeby ten program wprowadzić. Jesteśmy w ostatniej fazie realizacji, a projekt ma szansę na wdrożenie w połowie roku. Na Mazowszu już kiedyś taki program funkcjonował. W efekcie zapotrzebowanie na nowe miejsca dializacyjne spadło o połowę w bardzo krótkim czasie. Lubię porównywać służbę zdrowia do stosu rur. Pomiędzy nimi zawsze jest puste miejsce. Starajmy się działać tak, aby było go jak najmniej.

PRZECZYTAJ TAKŻE:

Pacjenci z przewlekłą chorobą nerek wymagają nowego modelu opieki koordynowanej

Przewlekła choroba nerek zabija 80 tys. osób rocznie

Janusz Cieszyński: E-zdrowie jest priorytetem rządu

Źródło: Puls Medycyny

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.