Prof. Robert Flisiak: Nauka składa się z pytań

opublikowano: 09-03-2021, 18:57

„Wraz z COVID-19 uświadomiliśmy sobie, że - tak jak w średniowieczu - choroby zakaźne mogą zmienić los historii ludzkości, a nawet doprowadzić do jej zagłady” - mówi prof. Robert Flisiak.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Prof. dr hab. n. med. Robert Flisiak
Szymon Łaszewski

Rok 2020 już w pierwszych tygodniach zaskoczył…

8 stycznia, będąc na spotkaniu Komitetu Programowego Europejskiego Towarzystwa Mikrobiologii Klinicznej i Chorób Zakaźnych w Madrycie, dowiedziałem się o jakimś ognisku zakażeń w Chinach. W gronie czołowych ekspertów zastanawialiśmy się, o co może chodzić. Następnego dnia dotarła wiadomość, że jest to prawdopodobnie koronawirus. Wtedy spodziewaliśmy się czegoś w rodzaju SARS czy MERS.

Kolejne wspomnienie to mroczne, choć słoneczne dni wiosenne, gdy kierowany przeze mnie zespół balansował na granicy rozpaczy i lęku z powodu braku zabezpieczeń i wiedzy o chorobie oraz niedostatecznego wsparcia z zewnątrz. Każdy dzień to była walka. Bardzo szybko poznałem, co znaczy wypalenie. Kolejne zakażenia wśród personelu dezorganizowały pracę. Potem stopniowo wszystko weszło w rutynę, opracowaliśmy metody postępowania diagnostycznego i terapeutycznego. Nie czuliśmy się już tak bezsilni, a gdy pojawiły się informacje o szczepionce, nabraliśmy nadziei.

Jakie były początki pana pracy jako lekarza chorób zakaźnych?

Gdy zaczynałem pracę, pojawił się AIDS – wyzwanie otoczone mistycyzmem, co wynikało z ograniczonej wiedzy i wszechobecnego strachu przed tymi „innymi” pacjentami. Dopiero po jakimś czasie nastąpiła eksplozja możliwości terapeutycznych, zmieniających zupełnie podejście do choroby i chorych. Potem pojawiła się „moda” na dziwną chorobę z Lyme. Niby nie była zabójcza, a jednak rodziła mity, których badanie i zwalczanie było fascynujące.

Przez cały czas gdzieś w tle były wirusowe zapalenia wątroby, w ówczesnej Polsce masowe i niemożliwe do opanowania. Jednak to właśnie ta choroba pokazała mi piękno specjalności, którą wybrałem. Przeszedłem drogę od kompletnej bezsilności, poprzez nadzieję w szczepieniach przeciw HBV, początkowo niezbyt skuteczne, ale jednak możliwe leczenie interferonem zakażeń HBV i HCV, aż po rewolucję nieznaną w historii medycyny. Dzięki niej nieuleczalne zakażenia, prowadzące do marskości i raka wątroby, stały się w ciągu kilku lat możliwe do zahamowania w przypadku HBV czy wręcz całkowitego wyeliminowania w przypadku HCV. Udział w badaniach nad nowymi lekami, a potem wdrażanie terapii, które na naszych oczach zmieniały obraz choroby i jej rokowanie, były niesamowitym doświadczeniem, którego życzę każdemu lekarzowi.

Co jeszcze zmieniło się w przez ostatnie dekady w dziedzinie, którą się pan się zajmuje?

O ile infrastruktura oddziałów zakaźnych niewiele się zmieniła, o tyle narzędzia diagnostyczne i terapeutyczne, którymi dziś dysponujemy, są nieporównywalne. Poza wspomnianą rewolucją w zakresie leczenia HCV i HIV, doświadczyliśmy niesamowitego przeskoku w metodach diagnostycznych. Techniki biologii molekularnej stały się naszym chlebem powszednim, a wiedza o genetyce wirusów - podstawą przy planowaniu leczenia. Pandemia COVID-19 spowodowała dalsze przyspieszenie – pod strzechy trafiły genetyczne techniki diagnostyczne.

Gdy rozpoczynałem pracę, połowa kliniki była zajęta przez chorych na ostre WZW, a drugą połowę wypełniali pacjenci z zakażeniami pokarmowymi. Poza tym zdarzały się tragiczne przypadki tężca i zgorzeli gazowej. Potem nastał czas AIDS i leczenia przewlekłych zakażeń hepatotropowych, aż wreszcie na plan pierwszy zaczęły wysuwać się zakażenia szpitalne i antybiotykooporność. W międzyczasie były przygotowania na przyjęcie epidemii SARS, „świńskiej” i „ptasiej” grypy czy Eboli, które na szczęście nas ominęły. No i wreszcie COVID-19.

Chyba nie ma specjalności, w której tak często by się zmieniał profil pacjentów, a przecież to jeszcze nie koniec. Ludzkość, po okresie samozachwytu, gdy mówiono, że choroby zakaźne to przeszłość, zdała sobie sprawę, iż pozostaną one z nami na zawsze, a od czasu do czasu będą o sobie przypominały groźnymi epidemiami. Wraz z COVID-19 uświadomiliśmy sobie, że - tak jak w średniowieczu - choroby zakaźne mogą zmienić los historii ludzkości, a nawet doprowadzić do jej zagłady.

Dzisiaj jest pan na pierwszej linii walki z COVID-19. Wygrywamy?

To nie ja jestem na pierwszej linii, lecz moi współpracownicy – lekarze, pielęgniarki, salowe, sanitariusze. Moja rola polega na dostarczeniu im narzędzi w postaci wiedzy, sprzętu, możliwości diagnostycznych i leków oraz organizowaniu miejsca pracy. A w sytuacjach, gdy mają wątpliwości, jestem tym, który bierze na siebie odpowiedzialność za ostateczną decyzję. Chciałbym powiedzieć, że wygrywamy i ciągle szukam wskazujących na to sygnałów. Ostatnio zwracam uwagę, że pomimo ponownego wzrostu liczby zakażeń, coraz mniej jest chorych powyżej 80. roku życia. Podpisuję też coraz mniej kart zgonowych. Chcę wierzyć, że to już efekt szczepień, ale trochę boję się, iż to tylko moje „chciejstwo”.

Jaka będzie polska medycyna po pandemii?

Z natury jestem optymistą, ale w tej sprawie naprawdę trudno nim być. Obawiam się o los polskiej medycyny, bo jest zbyt wiele sygnałów świadczących o tym, że zmierzamy do całkowitej zapaści systemu. Wiele wskazuje na to, że niezależnie od opcji politycznej popełniamy te same błędy i zawsze wygrywają „uszczelniacze”, czyli osoby, które uważają że system najpierw trzeba uszczelnić, a dopiero potem go dofinansowywać. Przy czym do tego „potem” nigdy nie dochodzi, bo następuje kolejna ekipa reformatorów, tylko z inną wizją uszczelniania. A polska medycyna jest na takim etapie, że jakiekolwiek „uszczelnianie” wymaga natychmiastowego wpompowania gigantycznych pieniędzy, których odmawiano jej przez całe dziesięciolecia.

W takiej sytuacji wzrosty nakładów na służbę zdrowia, którymi szczyci się aktualny rząd, są śmiesznie małe w stosunku do potrzeb. Niestabilność i niedofinansowanie systemu, niskie wynagrodzenia, rozpadająca się infrastruktura i zła organizacja opieki zdrowotnej sprawiają, że absolwenci uczelni medycznych masowo wyjeżdżają, a pielęgniarki uciekają z zawodu. Obawiam się, że dopiero całkowita zapaść systemu opieki zdrowotnej przyniesie otrzeźwienie, ale wtedy nie będzie już czego „uszczelniać”, tylko trzeba będzie budować od fundamentów. Pandemia, niestety, prawdopodobnie to przyspieszy, bo inne kraje UE podejmą działania odbudowujące opiekę zdrowotną wcześniej niż Polska, nasilając drenaż naszych kadr medycznych.

Skąd czerpie pan energię do pracy?

Jej źródłem są bliscy. Gdybym nie miał do kogo wracać, to nie widziałbym sensu podejmowania jakakolwiek aktywności. Drugi napęd stanowią podróże. Lubię zostawić codzienność, ruszać w drogę, poznać nowe miejsca i ludzi. Nie chodzi tylko o wyjazdy rodzinne, urlopowe, kiedy mogę poleniuchować, ale także o bardzo intensywne podróże służbowe, dające możliwości kontaktów z lekarzami czy naukowcami z zupełnie innych systemów opieki zdrowotnej i możliwości badawczych. To jest niezwykle silny bodziec, stymulujący plany naukowe.

Niestety, tego w ostatnim roku zabrakło. Webinary czy wideokonferencje nie zastąpią możliwość bezpośrednich kontaktów międzyludzkich. Jest to taki sam erzac, jak telemedycyna, która w aktualnej formie nie jest przejawem postępu, lecz ślepą uliczką, w którą daliśmy się zapędzić przez pandemię. Bodźcem energetyzującym jest wreszcie dążenie do odpowiedzi na pytania, jakie przed nami stawia medycyna. Gdy wydaje się, że na nie odpowiedzieliśmy, pojawiają się nowe, jeszcze bardziej interesujące. Nauka składa się z pytań.

Gdyby miał pan opisać się trzema słowami, to jak by one brzmiały?

Choleryk, sprawiedliwy, organizator. Dodałbym też czwarte – optymista z życiowym mottem, zawartym w tytule najbardziej optymistycznej - mimo okoliczności jej śpiewania - piosenki: „Always look on the bright side of life”.

Jakie ma pan plany na rok 2021?

Zakończyć trzy wieloośrodkowe projekty badawcze, które koordynuję. Pierwszy to trwający od 2015 r. EpiTer, w którym 22 ośrodki zebrały dane terapeutyczne prawie 14 tys. chorych leczonych z powodu zakażenia HCV, a wyniki analiz zaowocowały już 14 publikacjami. Drugi to uruchomiony w minionym roku SARSter, w ramach którego zebraliśmy informacje o leczeniu prawie 3500 chorych na COVID-19, które posłużyły przygotowaniu dotychczas 4 publikacji. Trzeci to projekt 6-letniej obserwacji po badaniu AMBER, które przed laty było pierwszą w Europie analizą wyników real world experience w tzw. terapii 3D zakażeń HCV.

Ponadto chciałbym dobrze zakończyć kadencję zarządu głównego Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, którego jestem prezesem. Byłoby również dobrze rozpocząć pierwszy rok koordynacji unijnego programu VACCELERATE. Poza tym chciałbym doprowadzić do gruntownego remontu naszej kliniki, która po pandemii będzie wymagała odnowienia.

O KIM MOWA

Prof. dr hab. n. med. Robert Flisiak jest specjalistą w dziedzinie chorób wewnętrznych i chorób zakaźnych, kierownikiem Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, prezesem Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, prezydentem Central European Hepatologic Collaboration, członkiem Rady Medycznej do spraw COVID-19 przy Prezesie Rady Ministrów oraz zespołu doradców Komisji Zdrowia Senatu, inicjatorem i koordynatorem projektu SARSTer, tworzącego bazę danych pacjentów leczonych z powodu zakażenia SARS-CoV-2.

Prof. dr hab. n. med. Robert Flisiak zajął 3. miejsce na Liście Stu 2020 najbardziej wpływowych osób w polskiej medycynie.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Rozmawiała Katarzyna Matusewicz

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.