Prof. Piotr Chłosta: Nabrzmiewa problem niedofinansowania procedur urologicznych

Notowała Monika Majewska
opublikowano: 29-12-2020, 15:00

W 2020 r. w wyniku epidemii COVID-19 urolodzy zostali zmuszeni do poruszania się w systemie triażowym – wiele szpitali, w tym szpitale o najwyższym stopniu referencyjności, zostało przekształconych w jednostki jednoimienne - mówi prof. dr hab. n. med. Piotr Chłosta, kierownik Katedry i Kliniki Urologii Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum, prezes Polskiego Towarzystwa Urologicznego.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Prof. dr hab. n. med. Piotr Chłosta
Archiwum

W związku z tym u pacjentów z łagodnymi objawami chorób urologicznych leczenie zostało odłożone na czas bliżej nieokreślony. Placówki urologiczne udzielały świadczeń tylko tym chorym, których życie było zagrożone, lub w przypadku, gdy odległe leczenie mogłoby pogorszyć stan pacjenta.

Tymczasem w pracy urologa znaczącą większość pacjentów stanowią chorzy na nowotwory złośliwe, którzy wymagają leczenia chirurgicznego. Nie ulega wątpliwości, że o ile SARS-CoV-2 może zabić, o tyle rak z pewnością przyczyni się do śmierci chorego, jeśli nie będzie leczony. Dlatego mimo epidemii, która kiedyś się zakończy, nie ustajemy w opiece nad pacjentem urologicznym.

Jednak pojawia się problem rażącego niedofinansowania procedur urologicznych. W Polsce oczekuje się nowoczesnego leczenia za pomocą innowacyjnego sprzętu i narzędzi, takich samych, jakie produkuje się poza granicami naszego kraju. Jest zrozumiałe, że w każdym kraju kosztują one tyle samo. Posługując się metaforą – nikogo nie dziwi, że w Polsce za mercedesa trzeba zapłacić tyle samo, co za granicą, ponieważ wiadomo, ile kosztuje wyprodukowanie takiego samochodu.

Jednak w Polsce koszt procedur urologicznych wykonywanych za pomocą nowoczesnego sprzętu, np. robota da Vinci, jest dziesięciokrotnie niższy niż w krajach Europy Zachodniej. Środki z NFZ nawet w najmniejszym stopniu nie pokrywają nakładu ani na kupno sprzętu, ani na systematyczną wymianę narzędzi. Tego typu usługi są więc wykonywane komercyjnie, co jest przyczyną kolejnego problemu – pojawienia się lekarzy tzw. wycinaczy. Odpowiadają oni za swojego pacjenta, ale tylko w momencie operacji. Po jej zakończeniu nie monitorują chorego i postępów leczenia. Tacy urolodzy nie mają racji bytu w świecie dzisiejszej medycyny.

W 2020 r. zaszły duże zmiany w urotechnologii – pojawiły się roboty chirurgiczne nowej generacji, systemy chirurgiczne, które np. pozwalają na operację z jednego portu albo z dostępu przez krocze. Ponadto w mijającym roku zaprezentowano nowe systemy obrazowania w urologii oraz opublikowano wyniki badań klinicznych, które pozwoliły lepiej rozumieć nowotwory urologiczne.

Rok 2020 przyniósł również nowe możliwości leczenia za pomocą hormonalnych leków drugiej generacji w przypadku raka gruczołu krokowego opornego na wytrzebienie. Podczas tegorocznych kongresów naukowych światowych organizacji urologicznych – także Polskiego Towarzystwa Urologicznego – zostały zaprezentowane bardzo dobre wyniki leczenia trzema lekami, które można zastosować u tej grupy pacjentów: apalutamidem, enzalutamidem i darolutamidem. Z badań wynika, że leki te mogą przesunąć ryzyko wystąpienia przerzutów raka gruczołu krokowego nawet o 2 lata, co przekłada się na wydłużenie przeżycia całkowitego. Poza tym takie leczenie zmniejsza nawet o 70 proc. ryzyko szybkiego pojawienia się przerzutu lub zgonu. Zastosowanie leczenia nową generacją leków hormonalnych stwarza też szansę na zmniejszenie ryzyka wystąpienia progresji. Ta terapia jest dostępna w Polsce, ale w ramach programów lekowych.

Mimo epidemii COVID-19 Polskie Towarzystwo Urologiczne nie zrezygnowało z cyklicznych akcji edukacyjnych. Na przełomie września i października odbyła się już 6. edycja Festiwalu KultURO, jednak w wersji online. Wzięli w nim udział nie tylko pacjenci, lecz także lekarze POZ i geriatrzy, którzy mają pierwszy kontakt z pacjentem urologicznym.

Ponadto w 2020 r. 58 lekarzy z Polski zdało europejski egzamin specjalizacyjny z urologii i otrzymało prestiżowy tytuł FEBU (Fellow of the European Board of Urology). Egzamin odbywa się pod auspicjami European Board of Urology (EBU) oraz PTU i dowodzi znakomitej znajomości dziedziny, jaką jest urologia. Bardzo się cieszę, że polscy urolodzy stanowią jedną z lepiej wykształconych grup specjalistów medycyny i specjalistów narządowych w naszym kraju i że liczba fellows systematycznie wzrasta.

Ten egzamin jest realizowany w Polsce od 20 lat. Z chwilą jego wprowadzenia, pod koniec lat 90., wyniki polskich lekarzy były gorsze niż kolegów z Zachodu, ponieważ w Polsce przystępowali do niego adepci, a na Zachodzie już certyfikowani urolodzy. Z satysfakcją stwierdzam, że w ciągu 6-8 lat wyniki polskich lekarzy zrównały się z wynikami specjalistów z zagranicy, a po 10 latach przewyższyły średnią europejską, co jest kolejnym powodem do dumy.

W najbliższym czasie w dalszym ciągu będziemy dążyć do utrzymania dobrego poziomu kształcenia, w tym systemu punktacji CME-CPD, kredytującego wszelkie działalności naukowe, takie jak pisanie artykułów czy występowanie na kongresach. Ponadto środowisko urologów w Polsce zamierza pielęgnować relacje zarówno z Europejskim, jak i Amerykańskim Towarzystwem Urologicznym. W planach PTU jest także wspieranie sekcji adeptów urologii, zrzeszającej młodych lekarzy, którzy są w trakcie specjalizacji.

Źródło: Puls Medycyny

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.