Prof. Mirosław Wielgoś: Perinatologia jest najbliższa mojemu sercu

Rozmawiała Ewa Kurzyńska
opublikowano: 17-02-2019, 21:39
aktualizacja: 25-02-2019, 09:53

„Człowiek wielu zadań” — trudno o bardziej trafną charakterystykę prof. dr. hab. n. med. Mirosława Wielgosia. Jest rektorem WUM, wykładowcą akademickim, kierownikiem kliniki, konsultantem krajowym w dziedzinie perinatologii. Udziela się w międzynarodowych towarzystwach naukowych, jako lekarz wprowadza pionierskie metody leczenia dzieci jeszcze przed narodzinami. Jak udaje się umiejętnie łączyć tak wiele funkcji? „Duża w tym zasługa moich współpracowników” — przyznaje prof. Mirosław Wielgoś.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Prof. Mirosław Wielgoś zajął na Liście Stu 2018 najbardziej wpływowych osób w medycynie 1. miejsce. Kto jeszcze się na niej znalazł? 

Prof. dr hab. n. med. Mirosław Wielgoś, rektor Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego
Zobacz więcej

Prof. dr hab. n. med. Mirosław Wielgoś, rektor Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego

Jaki był dla pana rok 2018?

Bardzo trudny pod względem zawodowym. Jednak to typowe w pracy lekarza. Nasza droga nie jest usłana różami. Dla mnie najwięcej wyzwań w minionym roku wiązało się z Warszawskim Uniwersytetem Medycznym, którym od ponad dwóch lat mam zaszczyt kierować. Pierwsza połowa kadencji zawsze jest w pewnym sensie zapoznawcza. Trzeba wejść w określone tryby, zapoznać się z mechanizmami, którymi rządzi się uczelnia. Tych rzeczy jest całe mnóstwo. Druga połowa kadencji będzie bardziej świadoma. Dodatkowo w krótkim czasie skumulowało się w wiele spraw, które wzbudziły spore emocje. 

Chodzi o konsolidację szpitali klinicznych WUM?

Tak, to było bez wątpienia największe wyzwanie 2018 roku. Do decyzji o połączeniu trzech szpitali klinicznych WUM doszło na skutek trudnej sytuacji finansowej każdego z nich. Ten problem narastał latami i trudno dziś wskazywać winnych takiego stanu. Uważam, że lepiej i konstruktywniej skupić się na znalezieniu wyjścia z tej trudnej sytuacji. Szczegółowe analizy doprowadziły nas do wniosku, że jedynym możliwym, skutecznym rozwiązaniem jest konsolidacja. Niemniej połączenie Centralnego Szpitala Klinicznego przy ul. Banacha, Dziecięcego Szpitala Klinicznego przy ul. Żwirki i Wigury oraz Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus przy ul. Lindleya było ogromnym wyzwaniem. Zobowiązania finansowe tych trzech jednostek sięgają w sumie blisko miliarda złotych. Większa część minionego roku upłynęła na przygotowaniach do konsolidacji. Tego się nie da dokonać jednym podpisem. Tym bardziej, że całemu przedsięwzięciu towarzyszyło bardzo dużo emocji. Nadszedł jednak czas na zmiany, które pozwolą osiągnąć uczelni oraz połączonym szpitalom wymierne cele i korzyści.

1 stycznia powstało Uniwersyteckie Centrum Kliniczne. Jakie nadzieje wiąże pan z konsolidacją?

Przede wszystkim konsolidacja pozwoli na poczynienie wielu oszczędności. Deklarowaliśmy, i podtrzymuję zapewnienia, że połączenie szpitali nie pociągnie za sobą zwolnień personelu lekarskiego i pielęgniarskiego. Redukcje zatrudnienia w tych dwóch grupach zawodowych byłyby nieodpowiedzialne, bo brakuje nam zarówno lekarzy, jak i pielęgniarek. Są natomiast sfery, gdzie oszczędności można i trzeba poczynić, np. w administracji. W każdym szpitalu powielane są te same stanowiska, schematy działania. Dzięki konsolidacji redukcja zatrudnienia w tym obszarze może sięgnąć nawet 40 proc., co da wielomilionowe oszczędności. Kolejna ważna kwestia: dzięki połączeniu zyskaliśmy możliwość restrukturyzacji zadłużenia. W poprzednich latach szpitale zaciągały niekorzystne zobowiązania, np. w parabankach. 

Te wysoko oprocentowane pożyczki teraz trzeba spłacać. Zabiegamy o kredyt w Banku Gospodarstwa Krajowego i mamy nadzieję na korzystne, preferencyjne warunki. Dzięki temu w skali roku oszczędzimy 16-17 mln zł na odsetkach, co jest kwotą niebagatelną. Oprócz kosztów obsługi skumulowanego zadłużenia, musimy ponosić wydatki na bieżącą działalność. Tutaj także są możliwe pewne oszczędności, m.in. dzięki uwspólnieniu niektórych usług, np. laboratoryjnych. Mamy analizy, z których wynika, że sprzęt i zaplecze laboratoryjne naszych trzech szpitali klinicznych mogłyby pokryć całkowicie zapotrzebowanie takiego miasta jak Berlin. Dziś każdy szpital posiada duże, osobne laboratorium, choć de facto nie ma takiej potrzeby. Rozumiem siłę przyzwyczajenia, miło mieć świadomość, że za ścianą jest tzw. własne laboratorium. Niemniej żyjemy w XXI wieku i nowe technologie dają możliwość szybkiego przesyłania danych, wyników itd. Niebagatelne znaczenie ma także efekt 

skali w zakresie wszelkiego rodzaju zakupów, dokonywanych przez połączoną jednostkę. To tylko wybrane przykłady oszczędności, jakie uda się poczynić dzięki konsolidacji. Musimy patrzeć w przód, bo czas zmian kosmetycznych minął bezpowrotnie. 

Miniony rok upłynął także pod znakiem działań w kierunku federalizacji Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i Uniwersytetu Warszawskiego. To powrót do korzeni obu uczelni?

Można tak to ująć. Do lat 50. XX w. medycynę i farmację wykładano na UW. Jednak decyzją władz państwowych w 1950 r. oddzielono od uniwersytetu wydziały lekarski i farmaceutyczny. Z ich połączenia powstała Akademia Medyczna, obecnie Warszawski Uniwersytet Medyczny. Myślę, że dziś federalizacja wyjdzie obu uczelniom na dobre. Planowane są m.in.: wspólne badania naukowe w niektórych obszarach, wspólne uczestnictwo w konkursach na granty, kooperacja przy prowadzeniu wybranych zajęć dydaktycznych, współpraca w zakresie kształcenia doktorantów, w transferze technologii i komercjalizacji wyników badań naukowych. Możliwe stanie się korzystanie przez pracowników i studentów partnerskiej uczelni z bibliotek i infrastruktury partnera.

Co bardzo ważne, WUM i UW będą mogły być łącznie oceniane i kategoryzowane w polskich i międzynarodowych rankingach. Dziś WUM jest liderem wśród uczelni medycznych w Polsce, a UW jest w ścisłej czołówce krajowych uczelni wyższych, zwyczajowo już rywalizując o palmę pierwszeństwa z Uniwersytetem Jagiellońskim. Przy czym trzeba pamiętać, że UJ ma swoich strukturach Collegium Medicum. Nauki medyczne są bardzo rozwiniętą gałęzią wiedzy w naszym kraju. Pozycja krakowskiej uczelni w znacznej mierze zależy także od Collegium Medicum. Dlatego federalizacja WUM i UW — połączenie naszych dorobków, potencjałów, zasobów — sprawi, że wspólnie przesuniemy się istotnie wyżej w rankingach, również międzynarodowych.

Dziś w takich zestawieniach jesteśmy daleko, tymczasem są symulacje, które pokazują, że dzięki federalizacji WUM i UW mamy szansę dostać się do pierwszej światowej setki najlepszych uczelni. To byłoby olbrzymim osiągnięciem. Ustawa 2.0 daje nam takie możliwości, przy czym zacieśnienie więzi pomiędzy uczelniami nie osłabiłoby ich autonomii. Żadna nie utraciłaby swojej tożsamości, zachowano by odrębne nazwy, rektorów, senaty. Pozostaje mieć nadzieję, że rządowe deklaracje, iż takie działania będą popierane także finansowo z budżetu, zostaną podtrzymane.

Łączy pan wiele funkcji: kieruje WUM, jest krajowym konsultantem w dziedzinie perinatologii, kieruje Kliniką Położnictwa i Ginekologii, a do końca 2018 roku stał też na czele Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników. Jak udaje się umiejętnie żonglować tak licznymi zadaniami?

To trudna sprawa. Przede wszystkim jestem lekarzem i na co dzień wykonuję swój zawód. Jak ktoś mądry kiedyś powiedział: rektorem się bywa, a lekarzem czy profesorem pozostaje się do końca życia. Staram się być codziennie w klinice w Uniwersyteckim Centrum Zdrowia Kobiety i Noworodka, mieć kontakt z pacjentkami, zespołem, który jest najlepszy na świecie. Właśnie dzięki wsparciu współpracowników mogę troszkę odsunąć się od głównego nurtu w klinice i zająć się także innymi sprawami. Mam ze sobą grono doskonale wyszkolonych specjalistów, którzy obejmują określone obszary działalności kliniki. Moi współpracownicy umożliwiają mi to, że mogę realizować się również na innych płaszczyznach. Mogę być rektorem, a do końca ubiegłego roku byłem prezesem PTGiP. Ta funkcja także pochłaniała wiele mojego czasu. Nie chciałem, żeby trzy lata mojej kadencji przeszły bez echa czy wręcz zostały zmarnowane. Chciałem, żeby towarzystwo się rozwijało, odzyskało blask. Uważam, że to się nam udało. 

Nam, czyli komu?

Tak, bo to była praca zespołowa. Pełnienie takiej funkcji to nigdy nie jest teatr jednego aktora. Gdyby nie ci wszyscy, którzy wraz ze mną poświęcili się pracy na rzecz towarzystwa, dokonanie tak wielu zmian z pewnością nie byłoby możliwe. Cieszę się, że pozostawiamy PTGiP także w doskonałej kondycji finansowej. Dziękuję wszystkim moim współpracownikom — przede wszystkim członkom prezydium i całemu zarządowi głównemu. Po zakończeniu kadencji prezesa PTGiP zmniejszył się zakres moich obowiązków, ale szybko pojawiły się nowe propozycje.

Staram się jednak nie podejmować kolejnych wyzwań, chociażby ze względu na życie prywatne. Nie jest tajemnicą, że zaangażowanie w sferę naukową i zawodową odbywa się często kosztem czasu dla bliskich. Duża wyrozumiałość rodziny pozwala mi funkcjonować na wysokich obrotach w życiu zawodowym. Są jednak pewne granice, których nie można i nie należy przekroczyć. Bo nawet najbardziej wyrozumiałe osoby w końcu mówią „dość”. Ja przy każdej okazji wyrażam wdzięczność dla mojej żony i dzieci. Mam świadomość tego, że coś nam umyka w związku z moją dużą aktywnością zawodową. Chciałbym, żeby umykało jak najmniej. Mam też świadomość, że tego się nie da nigdy nadrobić. To kolejny czynnik, z powodu którego nie szukam już kolejnych aktywności.

Tym bardziej, że intensywnie działa pan także na arenie międzynarodowej...

Tak się złożyło, że mam zaszczyt być wiceprezydentem Światowego Towarzystwa Medycyny Perinatalnej oraz sekretarzem generalnym Europejskiego Towarzystwa Medycyny Perinatalnej. To jest dla mnie ważne, tym bardziej, że do niedawna Polacy rzadko pełnili tak wysokie funkcje, zwłaszcza w dziedzinie, którą reprezentuję: położnictwie i ginekologii. Podejmując się działalności na arenie międzynarodowej, nie myślę tylko o sobie, ale przede wszystkim o tym, że reprezentuję Polskę. Zresztą staram się w działalność poza granicami naszego kraju angażować kolegów i koleżanki z mojego otoczenia. To daje mi ogromną satysfakcję. 

Czy dzieci chcą iść w ślady taty?

Medycynę ukończyła córka. Jest lekarzem, choć miała duży dylemat z wyborem specjalizacji. Początkowo myślała o ginekologii i położnictwie. Ostatecznie wybrała inną drogę, dermatologię, i przyznam, że poczułem ulgę. Ginekologia to wspaniała specjalizacja, ale bardzo obciążająca zarówno fizycznie, jak i psychicznie. W przypadku syna, który wkrótce skończy 15 lat, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że nie będzie lekarzem. Myślę, że to wynika z obserwacji rodziców. Mając mamę i tatę lekarza, syn widział, ile pracujemy, jak często nie było nas w domu. Sądzę, że będzie realizował się na innym polu. A różnorakich możliwości w dzisiejszych czasach nie brakuje. 

Mówi pan, że bycie ginekologiem jest obciążające fizycznie i psychicznie. Chyba nigdy dotąd praktykowanie tej specjalności nie wiązało się z tak dużym ryzykiem roszczeń ze strony pacjentek. Czy chciał pan kiedyś wybrać inną specjalizację?

Wcześniej tak. Ale nigdy od czasu, kiedy odkryłem położnictwo i ginekologię jako swoje powołanie. A perinatologia jest najbliższa mojemu sercu. Co do roszczeń ze strony pacjentów, to chyba lekarze żadnej innej specjalności nie są tak bardzo narażeni na oskarżenia. Zwłaszcza położnictwo to wrażliwa sfera. Położnik na sali porodowej odpowiada za dwa życia. O błąd nietrudno, zresztą jest cały szereg powikłań, których nie można nazwać błędami. W efekcie doszliśmy do sytuacji, że aby uniknąć pomówień o błąd w sztuce, lekarzom zdarza się podejmować pewne decyzje niejako na wszelki wypadek, np. w przypadku cięć cesarskich. Tyle, że to prosta droga do wpadnięcia w błędne koło. Bo im więcej ciąż rozwiązuje się w ten sposób, tym więcej mamy pacjentek, które przy kolejnych porodach też są poddane cięciu. A kolejne porody w takiej sytuacji to coraz większe wyzwanie, nierzadko wręcz hazard. I rosnące ryzyko, że coś pójdzie nie tak i pojawią się oskarżenia. Jak niewiele potrzeba, by takie zagrożenie się pojawiło, przekonałem się nie dalej niż wczoraj. Wykonywałem cięcie cesarskie u pacjentki, która wcześniej miała już dwa cięcia. To trudniejsza operacja, ale zdarza się często, można powiedzieć, że to nasz chleb powszedni. Tak się jednak złożyło, że dziecko było bardzo niekorzystnie ułożone w jamie macicy i były nie lada trudności z jego wydobyciem. W takiej sytuacji trzeba zastosować różnego rodzaju manewry, wprowadzić w życie zasady tzw. sztuki położniczej. Czułem, jak pot płynie mi po plecach, drżą nogi. Byłem maksymalnie skupiony, próbując znaleźć wyjście z trudnej i niebezpiecznej sytuacji. Jednocześnie miałem świadomość, jak duże jest ryzyko, że coś może pójść nie tak. Na szczęście, wszystko skończyło się dobrze. Ale gdy myślałem o tym później, uznałem, że nikomu nie życzę podobnych przeżyć podczas nocnego dyżuru, zwłaszcza w sobotę lub niedzielę, gdy jest się zdanym tylko na siebie, praktycznie bez możliwości jakiejkolwiek pomocy, ponieważ w takich sytuacjach decydują naprawdę chwile. Czas w takim momencie biegnie inaczej. Wydawało mi się, że to trwało wieczność, ale gdy sprawdzałem dokumentację z zabiegu, okazało się, że od nacięcia macicy do wydobycia dziecka minęło 120 sekund. To nie jest aż tak długo, biorąc pod uwagę trudności, jakie napotkałem. Dla mnie jednak były to chyba najdłuższe dwie minuty w całym życiu. 

Praca ginekologa położnika, choć nie pozbawiona cieni, niesie też ze sobą wiele blasków. To dziedzina medycyny, która rozwija się w imponującym tempie. Należy pan do pionierów, którzy ratują zdrowie i życie dzieci jeszcze przed ich urodzeniem, wykonując operacje wewnątrzmaciczne.

Jesteśmy świadkami rozwoju każdej gałęzi naszej specjalności. Mamy olbrzymi postęp w zakresie perinatologii i opieki nad kobietą ciężarną. Dziś zachodzą w ciążę i rodzą zdrowe dzieci kobiety, które jeszcze kilkanaście lat temu nie miały szans, by zostać matkami. Prawdziwym sukcesem naszej dyscypliny jest właśnie powitanie na świecie zdrowego dziecka, z którego cieszy się zdrowa matka, a nie samo zajście w ciążę. Zdobycze medycyny umożliwiają nam to w znacznym stopniu. Nie byłbym sobą, gdybym nie nawiązał do możliwości leczenia naszych pacjentów jeszcze przed narodzinami. W Uniwersyteckim Centrum Zdrowia Kobiety i Noworodka wykonuje się najbardziej skomplikowane zabiegi wewnątrzmaciczne. To często nie są interwencje, które prowadzą do pełnego wyleczenia, ale istotnie zwiększają szansę na przeżycie. Tak, by mogli pomóc inni specjaliści. Nierzadko są to już stosunkowo proste zabiegi, ale aby mogły zostać wykonane, pacjent musi ich dożyć.

W jakich sytuacjach klinicznych można dziecku pomóc jeszcze przed narodzinami?

Zacznę od najprostszych, czyli transfuzji u płodów z chorobą hemolityczną, która rozwija się w następstwie konfliktu serologicznego. To procedura, którą wykonujemy od lat. Miałem się od kogo uczyć, bo spotkałem na swojej drodze doskonałych nauczycieli. Pokierował mną prof. Longin Marianowski, który miał niezwykłe wyczucie do ludzi. Wiedział, kto, kiedy i dlaczego powinien podjąć się określonych wyzwań. Tę cechę trochę chyba od niego przejąłem. Profesor jest i będzie dla mnie zawsze największym mentorem. Natomiast praktycznych aspektów uczyłem się od prof. Romualda Dębskiego. Ja, dr Rokicki i prof. Dębski, wówczas docent, tworzyliśmy przed laty 3-osobowy zespół, który wyspecjalizował się w transfuzjach dopłodowych. Początkowo pracowaliśmy w szpitalu na Bielanach, potem, od 1992 r. w szpitalu przy pl. Starynkiewicza. W późniejszych latach nasze zawodowe drogi się rozeszły, ale kiedyś byliśmy świetnym teamem. Dziś ten zabieg wykonuje się znacznie rzadziej, bo profilaktyka istotnie zmniejszyła skalę problemu. Ale i tak nie mamy w klinice tygodnia bez transfuzji. To nasza wizytówka, trafiają do nas pacjentki z całej Polski. Do bardzo ważnych zabiegów wewnątrzmacicznych należy laserowa obliteracja anastomoz naczyniowych w zespole przetoczenia między płodami. To zabieg, który wykonujemy od 2011 roku jako trzeci ośrodek w Polsce — po Gdańsku i Łodzi. Jest on nie do przecenienia w przypadku tzw. zespołu przetoczenia pomiędzy płodami (znany popularnie jako zespół podkradania), który może wystąpić w ciąży bliźniaczej jednokosmówkowej. Dzieci mają wówczas wspólne łożysko i jeden bliźniak staje się dawcą, a drugi biorcą. Nieleczona patologia powoduje obumarcie jednego lub obu płodów. 

Bywa, że dzieci z takich ciąż przychodzą na świat obciążone poważnymi uszkodzeniami, głównie neurologicznymi. Wykonywane m.in. przez nas zabiegi w znacznym stopniu mogą zapobiegać takim niekorzystnym wynikom. Biorąc pod uwagę liczbę ciąż bliźniaczych, w tym jednokosmówkowych, to mamy w tym zakresie sporo pracy. 

Są i takie zabiegi, które wykonuje tylko pan i pana zespół...

To prawda. Tak jest w przypadku wewnątrzmacicznego leczenia wrodzonej przepukliny u płodu. To bardzo ciężka wada, obciążona wysoką śmiertelnością, gdyż dzieci te rodzą się praktycznie bez płuc. Nasze zabiegi pomagają rozwinąć się tym narządom i po urodzeniu, przy odpowiednim wsparciu, dzieci mogą zacząć oddychać. Dzięki interwencji na etapie życia płodowego szansa na przeżycie wzrasta dwukrotnie. Często dostajemy zdjęcia i listy od rodziców dzieci, które są zdrowe, chodzą po świecie. To dla nas ogromna satysfakcja. Zabieg polega na wprowadzeniu balonu do tchawicy płodu. Musimy wejść do jamy macicy, potem do jamy ustnej, gardła i tchawicy dziecka. To interkosmos, praca w zupełnie innym wymiarze. Balon zakładamy na 6 tygodni, potem musimy go tą samą drogą wyjąć. Dzięki temu zatykamy drogi oddechowe i płyn, który jest produkowany w pęcherzykach płucnych nie wypływa na zewnątrz, tylko gromadzi się w drzewie oskrzelowym, rozprężając tym samym płuca. Jelita, które na skutek przepukliny przeponowej są przemieszczone do klatki piersiowej, nie wywierają już takiego ucisku na strukturę płuc. I płuca mogą się dzięki temu lepiej rozwinąć.

Od 1,5 roku wykonujemy także operacje dzieci z rozszczepem kręgosłupa metodą fetoskopową. Leczenie metodą otwartą jest prowadzone w Bytomiu. To ośrodek z bardzo dużym doświadczeniem w tym zakresie. Ale metoda otwarta, jako inwazyjna, jest obarczona wysokim ryzykiem powikłań ze strony matki, a poza tym ma pewne ograniczenia. Nasza pierwsza pacjentka trafiła do nas, bo została zdyskwalifikowana w Bytomiu. To była kobieta po dwóch cięciach cesarskich, dwóch laparoskopiach. Biorąc pod uwagę stan macicy, koledzy nie podjęli się zabiegu, a my ze względu na małą inwazyjność metody fetoskopowej zaproponowaliśmy ją pacjentce. Zgodziła się, dziecko przeszło zabieg w brzuchu mamy i dziś dobrze się rozwija. Do tej pory dzięki tej metodzie pomogliśmy 9 dzieciom i z niecierpliwością czekamy na kolejne. 

Jakie ma pan plany na ten rok?

Moim marzeniem jest zrobić coś więcej niż do tej pory. Nie tylko implementować innowacyjne metody na polski grunt, ale zaproponować światu coś, czego nikt do tej pory nie zrobił. Mam dwa pomysły, ale o szczegółach na razie nie chcę mówić. Myślę, że w tym roku zaczniemy prace na modelu zwierzęcym. Jeżeli się uda, to będą do nas przyjeżdżać pacjentki z całego świata. Poza tym bardzo bym chciał, aby był to pomyślny i rozwojowy rok dla moich współpracowników — oczekuję ich kolejnych awansów, specjalizacji, doktoratów, habilitacji i profesur, jak również jak największych osiągnięć naukowych całego zespołu. Na koniec marzy mi się, aby był to dobry rok dla Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego — mojej kochanej uczelni, która zasługuje na to, aby być wielką i potężną.

Prof. dr hab. n. med.  Mirosław Wielgoś - rektor WUM w kadencji, specjalista w dziedzinie ginekologii i położnictwa oraz perinatologii, kierownik I Katedry i Kliniki Położnictwa i Ginekologii WUM, konsultant krajowy w dziedzinie perinatologii, prezes Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników w kadencji 2015-2018. Upowszechnił nowoczesną diagnostykę i terapię choroby hemolitycznej w Polsce, wprowadził na Mazowszu metodę laserowej obliteracji wewnątrzłożyskowych anastomoz naczyniowych w zespole przetoczenia pomiędzy płodami (TTTS), do praktyki klinicznej w Polsce wprowadził zabieg FETO u płodów z wrodzoną przepukliną przeponową, a także fetoskopową operację rozszczepu kręgosłupa u płodów. Inicjator powołania „Koalicji na rzecz Bezpiecznego Porodu”, współautor zarówno programu specjalizacji z zakresu perinatologii, jak również standardów postępowania w wybranych patologiach ciąży, a także licznych rekomendacji postępowania w zakresie położnictwa i ginekologii. 

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Rozmawiała Ewa Kurzyńska

× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.