Prof. Marian Zembala: Najbardziej inspiruje mnie trudny chory

Pytała Ewa Kurzyńska
opublikowano: 18-01-2019, 10:16

Który z licznych dyżurów był dla profesora wyjątkowy? Którego pacjenta nigdy nie zapomni? Kim, jeśli nie lekarzem, mógłby zostać? - na te i inne pytania prof. dr hab. Marian Zembala odpowiada w naszym nowym cyklu „Wywiad Lekarski”.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Wyjątkowy dyżur…

Prof. dr hab. n. med. Marian Zembala
Zobacz więcej

Prof. dr hab. n. med. Marian Zembala K. Matuszyński

Jest 16 czerwca 1975 r. Po 18 godzinach podróży pociągiem z Warszawy, z przesiadką w Poznaniu i Berlinie, dojeżdżam do Utrechtu w Holandii. Bardzo zmęczony docieram do Szpitala Uniwersyteckiego im. Królowej Wilhelminy i melduję się starszej pielęgniarce, że przyjechałem na roczny staż naukowo-szkoleniowy. Jestem mile zaskoczony, gdy w odpowiedzi słyszę: „Wiedzieliśmy, że od dziś pan u nas pracuje i właśnie dziś wyznaczyliśmy panu dyżur u nas w zespole”. Nic o tym wcześniej nie wiedziałem i może dobrze, bo stres byłby znacznie większy.

Po krótkim odpoczynku i rozpakowaniu bagażu wróciłem do szpitala, gdzie zapoznałem się z pacjentami przebywającymi na oddziale kardiochirurgii dzieci. Ku mojemu wielkiemu zmartwieniu zobaczyłem, że najmłodszy pacjent, którego powierzono mojej opiece, urodził się zaledwie 36 godzin wcześniej, jest zaintubowanym wcześniakiem i przebywa w inkubatorze z podejrzeniem złożonej, wrodzonej wady serca. Pozostałe dzieci były pacjentami świeżo po operacjach kardiochirurgicznych. Większość wymagała intensywnej terapii.

Przytłoczony tak dużą odpowiedzialnością wyszedłem na korytarz, zastanawiając się czy nie wrócić do Polski. Nie bardzo wiedziałem, co zrobić, jak podjąć się obowiązków dyżurnego, mając tak małych, w ciężkim stanie pacjentów. Kierując się starą maksymą: „szczerość zawsze najpierwsza”, poszedłem do pielęgniarki mającej nadzór na oddziale pooperacyjnym i wyznałem, że choć pracuję już 7 lat na kardiochirurgii w klinice we Wrocławiu, to nie mam dostatecznego doświadczenia w opiece pooperacyjnej nad tak małymi dziećmi. Pielęgniarka, która miała na imię Miriam, odpowiedziała z uśmiechem: „Wiem. Czytając twoją biografię zawodową, nie dopatrzyłam się nigdzie stażu na kardiochirurgii dziecięcej, ale zaufaj nam, pielęgniarkom, a poradzimy sobie z zabezpieczeniem właściwej opieki. W razie większych problemów skontaktujemy się z szefem” - uspokoiła mnie. Wspominanym szefem był dr Francois Hitchcock, słynny kardiochirurg z Kapsztadu, uczeń dr. Christiaana Barnarda i członek pierwszego zespołu transplantacji serca na świecie. Zaskoczony tą propozycją, przystałem bez wahania na postawione warunki. W przełamaniu lodów pomogły także czekoladki wedlowskie z Polski, którymi poczęstowałem moje nowe koleżanki.

Z pomocą pielęgniarek mijały kolejne godziny dyżuru i kiedy o godzinie 21.30 zjawił się szef kliniki, aby wspólnie ze mną dokonać przeglądu pacjentów na oddziale, wizytę zakończył słowami i uśmiechem: „Widzę, że stosujesz zasady podobne jak my tutaj. W związku z tym nie powinno być problemów na kolejnych dyżurach”.

Dyżurów całodobowych miałem cztery w tygodniu. Sytuacja się powtarzała, tzn. zawsze korzystałem z doświadczenia pielęgniarek, które chętnie dzieliły się swoją wiedzą i odpowiadały na moje pytania i wątpliwości. Po 3 miesiącach trema i zmęczenie znacznie się zmniejszyły, ale doświadczenie znamiennie wzrosło. Tamten pierwszy dyżur w holenderskim szpitalu pozostawił we mnie trwały ślad. Od tamtej pory zawsze doceniałem rolę dobrze wyszkolonej pielęgniarki, jej pozycję w zespole leczącym. To właśnie z Holandii wyniosłem przeświadczenie, że o poziomie funkcjonowania szpitala i jego jakości świadczy poziom wyszkolenia pielęgniarek. Staram się o tym stale pamiętać, kierując szpitalem w Zabrzu od ponad 25 lat.

Pacjent, którego nie zapomnę...

To 11-letni Szymon, syn pielęgniarki z Kłobucka w województwie częstochowskim, która samotnie go wychowywała. Chłopiec miał ciężką niedomykalność aortalną z objawami jawnej niewydolności krążenia. Ponieważ w Polsce nie podejmowano się leczenia operacyjnego wady ze względu na wrodzoną anomalię rozwojową płuc, znacznego stopnia nadciśnienie płucne i objawy jawnej niewydolności krążeniowo-oddechowej, Szymon został skierowany na leczenie do Utrechtu. Podjęta została próba rekonstrukcji zastawki aortalnej i zamknęliśmy łatą dakronową duży ubytek w przegrodzie międzykomorowej. Niestety, po kilku dniach chłopiec wymagał pilnej reoperacji i zastąpienia własnej zastawki, która ponownie okazała się wadliwa. W pozycję aortalną został wszczepiony homograft. Po zabiegu wystąpiły powikłania. Spędziłem u Szymona kilkanaście dni w okresie pooperacyjnym, pocieszając jego stale czuwającą mamę, że ciągle jest pewna szansa na uratowanie życia dziecka.

Dopiero w 12. dobie po operacji i 6 dni po reoperacji stan chłopca na tyle się poprawił, że można go było ekstubować, chociaż na krótko, i uzyskać stabilizację krążeniowo-oddechową. To jednak nie był jeszcze koniec walki o życie i zdrowie Szymona. W trakcie kolejnych dni 6-krotnie doszło do samoistnej odmy, która wymagała nie tylko odbarczenia, ale także chirurgicznego zaopatrzenia płuca. W końcu jednak po 3 tygodniach chłopiec opuścił szpital i powrócił do Polski. To był jeden z najtrudniejszych przypadków spośród 427 polskich dzieci operowanych w Utrechcie. Nasze drogi zeszły się ponownie po 15 latach, gdy Szymon wraz ze swoją mamą zjawił się w Zabrzu z ciężką dysfunkcją zastawki aortalnej, spowodowaną rozległym i masywnym zwapnieniem homograftu aortalnego. Podjąłem się reoperacji w Zabrzu, wszczepiając nową, sztuczną zastawkę aortalną serca, odpowiednią do dorosłego wieku pacjenta.

Dzisiaj Szymon jest już dorosłym mężczyzną, ma własną rodzinę. Często odwiedza mnie wraz z mamą w Zabrzu i wówczas z wielką radością i dumą powracamy do szczególnie mocno zapamiętanych zdarzeń, które nas na trwałe ze sobą połączyły. Wierzę, że Szymon już nie będzie wymagał kolejnych operacji. Ten niezapomniany pacjent jest i pozostanie dla mnie źródłem nie tylko dobrych wspomnień, ale i świadectwem, że nie należy poddawać się przedwcześnie, nawet w obliczu dużych zagrożeń. Zawsze należy walczyć i podejmować wyzwania.

Najtrudniejszy egzamin na studiach…

To bez wątpienia egzamin z chorób wewnętrznych zdawany we Wrocławiu. Interna jest nie tylko najobszerniejszą, ale - przy szacunku do wszystkich pozostałych - zdecydowanie najważniejszą dziedziną medycyny. W dodatku w tym samym dniu mieliśmy zdawać egzamin z pediatrii. Taki napięty terminarz utrudniał dobre przygotowanie, bowiem są to dwie obszerne dziedziny medycyny. Mając jednak świadomość, że zarówno interna, jak i pediatria należą do filarów współczesnej medycyny, uczyliśmy się z dodatkową determinacją, aby być dobrze przygotowanym do pracy lekarza.

Ten szacunek do interny pozostał we mnie na stałe. W rozmowie z młodymi lekarzami i studentami medycyny zawsze podkreślam, by naukę chorób wewnętrznych traktowali w sposób szczególny. Wszelka „jazda na skróty” i lekceważenie interny sprawią, że adept medycyny będzie ułomnym lekarzem, do czego nie można dopuścić. Moje podejście jest w jakimś stopniu wynikiem mojej fascynacji takimi mentorami polskiej medycyny, a zwłaszcza interny, jak prof. Edward Szczeklik, Kornel Gibiński czy najwybitniejszy współczesny polski internista i przewodnik - prof. dr. Franciszek Kokot, „ikona” nie tylko śląskiej, ale polskiej medycyny i interny.

Gdybym nie był lekarzem, to…

To chciałbym zostać kompozytorem. Komponowanie uważam za największy talent i dar, jaki może posiadać homo sapiens. Niestety, pomimo że mam zdolności muzyczne i dość dobrze gram na akordeonie, to jednak talent kompozytorski się u mnie nie ujawnił i chyba się już nie ujawni. Zachowuję wielki szacunek dla muzyki klasycznej, zwłaszcza jej wielkich form, jak muzyka oratoryjna, filharmonijna. Szczególnie bliskie pozostają mi jednak formy tzw. muzyki przestrzennej, reprezentowanej przez wybitnych kompozytorów jak Jean Michele Jarre czy Vangelis. W ich muzyce dostrzegam naturalną wolność i swobodę do wyrażenia różnych emocji, w których człowiek w danym momencie się znajduje. Dlatego ta muzyka jest mi bliska zarówno wtedy, kiedy przeżywam radość, jak i doznaję zmartwienia. Jest jak dobre lekarstwo w potrzebie.

Osobą, która inspiruje mnie najbardziej jest...

Trudny chory. Sądzę, że podobnie myślą wszyscy lekarze i naukowcy. Jest to inspiracja najsilniejsza i tak być powinno.

Święty Graal medycyny to…

Medycyna regeneracyjna i poczucie, błędne zresztą, że komórki macierzyste, bez szczegółowego różnicowania, są cudownym lekiem na wszystko. W tej dziedzinie jest bardzo wiele niezrozumienia, niedouczenia oraz wciąż wolna przestrzeń do badań i działań - klinicznych i eksperymentalnych. Jednak tej przestrzeni nie wolno lekceważyć, zawiera w sobie duży potencjał badawczy i kliniczny. Zwłaszcza wobec takich schorzeń, jak ciężka niewydolność krążenia, choroby zwyrodnieniowe tkanki mózgowej, choroby metaboliczne, jak cukrzyca.

Przełomowy moment w mojej karierze to…

Wyjazd na staż kliniczno-naukowy do Belgii i Holandii, który dał mi świadomość, że można znacznie skuteczniej diagnozować i leczyć choroby sercowo-naczyniowe. Tam najpełniej zrozumiałem potrzebę integracji nowoczesnej medycyny z badaniami podstawowymi jako warunek rozwoju.

Gdy jestem pacjentem, to…

Mam znacznie szersze spojrzenie na wiele spraw, które dzieją się w relacji pacjent-lekarz. Zwracam uwagę na zachowanie, wygląd i empatię zespołu leczącego w stosunku do każdego pacjenta. Nie uznaję nadmiernie rozpowszechnionej próżności w zachowaniu osób, które zakładają biały fartuch. Ten fartuch jest atrybutem pokory i powinien być symbolem służebności, a nie bycia panem i władcą.

Stereotypy, które pokutują w medycynie…

Są takie i z nimi walczę. Jako lekarz przekazuję moim studentom i pracownikom, że zator tętnicy płucnej nie może być uważany za losową przyczynę zgonu w XXI wieku. Jest jedynie świadectwem braku doświadczenia w rozpoznaniu tej choroby, skutecznego jej zapobiegania i leczenia.

Przywołuję przykład z Wrocławia, gdzie bardzo młoda jeszcze doc. Halina Nowosad przyjmowała w trybie pilnym 26-letniego studenta teologii z narastającą dusznością. Wcześniej był on już w 6 innych wrocławskich szpitalach, skąd wychodził bez ustalonej diagnozy. Prof. Nowosad zwróciła nam, studentom, uwagę, że nic nie dzieje się bez powodu i narastająca duszność, na którą skarży się ten młody pacjent, także musi mieć swoje uzasadnienie. I ona znalazła je jako pierwsza. Skojarzyła fakt, że wskutek zdjęcia tutoru gipsowego, który wcześniej nosił ten młody człowiek, trzeba było pomyśleć o możliwym zatorze tętnicy płucnej jako następstwie unieruchomienia. Opierając się na wynikach badania echokardiograficznego i EKG, rozpoznała zator tętnicy płucnej. W rezultacie, po uzupełnieniu diagnostyki o angiografię płucną, wykonaliśmy zabieg embolektomii, usuwając kardiochirurgicznie z prawej gałęzi tętnicy płucnej bardzo rozległą skrzeplinę pochodzącą z żył biodrowych. To właśnie dzięki doc. Halinie Nowosad uratowaliśmy tego alumna teologii i całe życie będę o tym pamiętał.

Często przedstawiam ten przykład moim studentom, wskazując, że najważniejsze jest pomyślenie o czynnikach, które mogą prowadzić do takiego stanu. Muszę przyznać, że zawsze bardzo dużo korzystałem na studiach z zajęć prowadzonych przez lekarzy praktyków, oddanych chorym i obdarzonych pasją. To właśnie im zawdzięczam fakt, że zainteresowałem się kardiologią i kardiochirurgią, i bardzo im za to dziękuję. Pozostał we mnie szacunek i uznanie dla kogoś, kogo nazywamy zwykłym, porządnym, solidnym lekarzem, który, skupiony na chorym i jego objawach, myśli, zastanawia się, kojarzy fakty, analizuje możliwe rozpoznania. Na tym polega siła medycyny i jej nieszablonowość.

Kiedy nie pracuję, to…

To upewniam się, że nie zalegam z jakąś sprawą do odrobienia. Gdy na pewno nie mam żadnych zaległości, mogę zająć się czymś, co najbardziej lubię, a mianowicie pracą naukową. W publikacjach odnajduję naturalny u każdego lekarza zapał do zdobywania wiedzy i poznawania nowych znaków. Nie mam także wątpliwości, że najsilniejszym źródłem inspiracji do poszukiwań u każdego lekarza był, jest i zawsze pozostanie chory. Zwłaszcza taki, któremu nie możemy dostatecznie pomoc. Fakt, że szczególnie zainteresowała mnie transplantologia kliniczna, był wyzwaniem, jakie podjąłem, aby pomoc choremu najtrudniejszemu, który z powodu nieodwracalnego uszkodzenia narządu rzeczywiście znalazł się pod życiową ścianą.

ZOBACZ TAKŻE: Prof. Marian Zembala, wybitny kardiochirurg i transplantolog, w jury Listy Stu 2018

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Pytała Ewa Kurzyńska

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.