Prof. Longin Marianowski: Zawsze najbardziej inspirowała mnie ciężko chora pacjentka, wymagająca pomocy

Rozmawiała Ewa Kurzyńska
opublikowano: 04-01-2021, 16:02

O wyjątkowy dyżur, pacjenta, którego nie zapomni, a także najtrudniejszy egzamin na studiach pytamy prof. dr. hab. n. med. Longina Marianowskiego, wybitnego ginekologa położnika.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Prof. dr hab. n. med. Longin Marianowski
Tomasz Pikuła

Wyjątkowy dyżur…

Jeden z tych najbardziej niezapomnianych miał miejsce, gdy pracowałem w I Klinice Ginekologii i Położnictwa przy pl. Starynkiewicza w Warszawie. Był rok 1966, może 1967, na pewno środa, bo to był stały dzień moich dyżurów. Późnym wieczorem odebrałem telefon z ogólnej izby przyjęć z wezwaniem na pilną konsultację. Czym prędzej pobiegłem, na miejscu zastałem tragiczną sytuację. Z podwarszawskiej miejscowości przywieziono 15-latkę, która spadła z budynku gospodarczego na sprzęt rolniczy: bronę odwrócą zębami do góry. Skutkiem tego wypadku były bardzo poważne uszkodzenia tkanek oraz narządów podbrzusza i krocza. Wystąpiło masywne krwawienie, pacjentka była we wstrząsie bólowym i krwotocznym.

Natychmiast zjawili się urolodzy — doc. Kazoń, dr Kuzaka, zawiadomiony był chirurg. Pacjentka miała uszkodzony pęcherz, jelito grube, zmiażdżoną pochwę i szyjkę macicy. Za wszelką cenę trzeba było zatrzymać krwawienie. Nie ukrywam, że stając do walki o życie tej dziewczynki, nie byliśmy pewni, czy wygramy. Podczas operacji anestezjolodzy co jakiś czas mówili, że stan jest ciężki, ale nie pospieszali nas. Krok po kroku odtwarzaliśmy zniszczone struktury anatomiczne. Operacja trwała ok. 6 godzin. Pacjenta przeżyła, my też. Nie zmrużyłem oka do rana, a w kolejnych tygodniach nie było dnia, bym nie odwiedził chorej na oddziale, gdzie leżała. Po dwóch miesiącach została wypisana do domu z zaleceniem kontroli. Nigdy się nie zgłosiła. Chcieliśmy nawiązać z nią kontakt, ale nie udało się.

Pacjent, którego nie zapomnę...

Było ich wielu. Ale skoro muszę wybrać jedną osobę, to opowiem o 35-letniej pacjentce w ciąży, która była po operacji przeszczepienia serca. To była chyba pierwsza w Polsce kobieta rodząca po transplantacji serca. Trafiła do naszej kliniki, która zajmowała się kobietami z chorobami układu krążenia, wadami serca i byliśmy w stałym kontakcie z kardiologami. W wyznaczonym terminie, już w 9. miesiącu ciąży, pacjentka została przyjęta na oddział. Musieliśmy zdecydować, jak rozwiązać ciężę. Jak skrócić długi okres porodu? Zastosować kleszcze albo próżnociąg? Ale to zabieg obciążający, związany też z pewnym ryzykiem dla dziecka. Po długiej dyskusji zdecydowaliśmy o wykonaniu cesarskiego cięcia. Tak się stało, w 39. tygodniu ciąży urodził się zdrowy chłopak, dostał 10 punktów w skali Apgar. Okres połogu też przebiegł bez powikłań, pacjentka nawet karmiła piersią, choć niezahamowanie laktacji w jej przypadku było kwestią dyskusyjną. Ostatecznie wszytko skończyło się dobrze.

Najtrudniejszy egzamin na studiach...

W czasie studiów największą grozę budził egzamin z anatomii prawidłowej, który w pierwszym terminie oblewało 50 proc. zdających. Ale nie o nim chcę opowiedzieć, a o jednym z ostatnich egzaminów: z medycyny sądowej. Przedmiot ten na V roku wykładał znany na całą Polskę prof. Wiktor Grzywo-Dąbrowski, a pytania na egzaminie były nieprzewidywalne. Profesor wraz z małżonką mieszkał w budynku medycyny sądowej i tam odbywały się egzaminy. Mój wyznaczono na… 24 grudnia, godziny popołudniowe. W wigilię, długo przed czasem, stawiłem się na miejscu z przyjacielem dr. Marianem Piotrowskim. Przed nami było kilka osób. Weszliśmy na końcu.

Pytania były trudne, pamiętam jedno, bo profesor wręczył mi kość i spytał: jaka to kość? Po końcówce dystalnej poznałem, że to kość udowa. Maglowanie trwało 45 minut. Zdałem z wynikiem dostatecznym i byłem przeszczęśliwy. Pamiętam ten egzamin do dziś ze względu na niecodzienne okoliczności, w jakich się odbywał oraz wyjątkowo trudne pytania, z jakimi musiałem się zmierzyć.

Gdybym nie był lekarzem…

Inny zawód nie wchodził w grę. Nie pociągały mnie przedmioty techniczne ani prawnicze. Ewentualnie biologiczne, więc gdybym nie mógł kroczyć ścieżką medycyny, to może zostałbym botanikiem, leśnikiem, zoologiem?

Osoba, która inspiruje mnie najbardziej…

Odpowiem bez większego namysłu: zawsze najbardziej inspirowała mnie ciężko chora pacjentka, wymagająca pomocy. Nie ukrywam, że gdy stykałem się z trudnym przypadkiem, cierpiała na tym rodzina, bo nie byłem w stanie skupić się na najbliższych. Myślałem, szukałem rozwiązania, pytałem kolegów innych specjalności: co zrobić? Przez całe zawodowe życie przyświecała mi maksyma, którą podczas studiów medycznych wpajał nam prof. Marcin Kacprzak. Mówił on: „Wyleczyć nie zawsze się da. Pomóc w chorobie — często. Pocieszyć — zawsze”.

Święty Graal medycyny to…

Znowu będę miał trudności z jedną odpowiedzią. Od czasu, gdy zacząłem studia na kierunku lekarskim, minęło prawie 60 lat. Medycyna zmieniała się na moich oczach w sposób nieprawdopodobny. Kamieniem milowym w jej rozwoju było bez wątpienia wprowadzenie endoskopii, co znakomicie ułatwiło diagnostykę, potem leczenie. Ale równolegle wskażę na wprowadzenie do praktyki klinicznej immunoglobuliny, podawanej po każdej zakończonej ciąży kobiecie z RH–. Podanie immunoglobuliny do 72 godzin po porodzie czy poronieniu ratuje następne ciąże przed wystąpieniem tzw. konfliktu serologicznego, który nieleczony prowadził do obumierania płodu z powodu obrzęku uogólnionego.

Jak ważny był to przełom, najlepiej mówi fakt, że ludzi z RH– jest w populacji ok. 17 proc. Miałem to szczęście, że ta metoda leczenia rodziła się na moich oczach. Po przejściu do Szpitala Bielańskiego i zorganizowaniu tam kliniki, w której mieli być szkoleni studenci II Wydziału Lekarskiego Akademii Medycznej, działał ośrodek konfliktów serologicznych, który przejąłem od prof. Danuty Łozińskiej.

I jeszcze jeden kandydat do miana Świętego Graala medycyny: prawdziwą rewolucją było wprowadzenie do użycia ultrasonografii. Teraz nikt sobie nie wyobraża diagnostyki bez tego badania. W położnictwie USG umożliwiło także leczenie wewnątrzmaciczne płodów przy wadach serca, układu moczowego, układu oddechowego.

Przełomowy moment w mojej karierze…

To był wyjazd na 6 tygodni na królewskie stypendium do Londynu, do Queen Mary’s Hospital. Odbył się przy pomocy prof. Whithouse’a, szefa Kliniki Ginekologii i Położnictwa w tym szpitalu. Mieszkałem w szpitalu, brałem udział w obchodach. Wtedy dopiero kiełkowała laparoskopia i miałem okazję się temu przyglądać. Niezwykle ujęła mnie też organizacja pracy Brytyjczyków. Tam każdy wiedział, co i kiedy ma robić, gdzie jest jego miejsce.

Na sali porodowej zaskoczyło mnie, jak dużą wiedzę i jak szeroki zakres obowiązków mają położne. Były wykształcone dużo lepiej niż wtedy położne w Polsce. Miały stopień licencjata, często magistra. W tej klinice praktycznie położna prowadziła poród. Raczkowało KTG, ale już z jego pomocą wykonywano zapis pracy serca płodu i czynności skurczowej macicy. Położna też miała uprawnienia do sprawdzenia łożyska, zeszycia krocza. I robiła to bardzo dobrze. Lekarz dyżurny tylko od czasu do czasu nadzorował jej pracę. To było bardzo inspirujące doświadczenie i kiedy w Polsce zaczęto likwidować szkoły zawodowe dla pielęgniarek i położnych, udało mi się wprowadzić zmiany, które umożliwiły kształcenie na studiach wyższych, w systemie dwustopniowym. Ale to już inna historia.

Gdy jestem pacjentem, to…

Staram się być normalnym pacjentem. Najbardziej chory byłem jako 2-latek, gdy zapadłem na krup, czyli dyfteryt. Ponoć zacząłem się dusić, rodzice wezwali lekarza. To były czasy, gdy nie znano antybiotyków, więc nie miał jak pomóc. Sytuacja wyglądała na beznadziejną. Wówczas stryj powiedział do mamy: „Jest taki ludowy sposób. Trzeba zbić trumnę, wtedy dziecko wyzdrowieje”. Rodzice w swej bezsilności tak zrobili, a rano mój stan zaczął się poprawiać. Wiadomo, że to organizm po prostu przezwyciężył infekcję, ale historia przeszła do rodzinnej legendy i dziś opowiadam ją ze śmiechem.

Natomiast oryginalną historię choroby kiedyś, przy okazji prima aprilis, napisali dla mnie asystenci ze szpitala na Bielanach. W rubryce „pacjent” znalazło się moje nazwisko. Dolegliwości? „Ustawiczna, nieodwzajemniona miłość do studentów”.

W uprawianiu zawodu lekarza najbardziej przeszkadza…

Wtrącenie się polityków w działanie służby zdrowia. Brak stałości, kontynuacji w związku z roszadami władz. Ja już nie powiem, ilu na Bielanach przeżyłem dyrektorów ZOZ-u. To były osoby z nadania politycznego, najczęściej starały się jak mogły, ale wszystko robiły pod auspicjami polityków. Zdrowie i nauka — to dziedziny, które powinny być apolityczne.

Kiedy nie pracuję…

Czas wolny? Poczułem, że coś takiego istnieje dopiero na emeryturze, na którą przeszedłem w wieku 70 lat. I nigdy nie żałowałem, bo dzięki temu miałem czas dla wnucząt: Oli i Janka. Mogłem wozić je do szkoły, na zajęcia. To były bezcenne chwile dla dziadka.

O KIM MOWA
Prof. dr hab. n. med. Longin Marianowski
jest specjalistą w dziedzinie położnictwa i ginekologii. W swoim życiu zawodowym był związany m.in. ze Szpitalem Bielańskim w Warszawie, gdzie przez 15 lat (1977-1992) kierował oddziałem, a następnie II Kliniką Położniczo-Ginekologiczną II Wydziału Lekarskiego Akademii Medycznej. W latach 1992-2004 stał na czele I Katedry i Kliniki Położnictwa i Ginekologii AM (obecnie WUM) przy pl. Starynkiewicza. Przez wiele lat był członkiem władz warszawskiej uczelni medycznej.

W naszym cyklu "Wywiad lekarski" na pytania odpowiadali m.in.: prof. Wiesław Jędrzejczak, prof. Anna Latos-Bieleńska, prof. Andrzej Deptała, prof. Henryk Skarżyński, prof. Jerzy Szaflik, prof. Andrzej Bochenek, prof. Janusz Skalski czy prof. Marian Zembala.

Źródło: Puls Medycyny

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.