Prof. Jerzy Bralczyk: Od magicznego 44 do rozmowy z chorym

Rozmawiała Ewa Kurzyńska
opublikowano: 17-10-2018, 15:30
aktualizacja: 18-10-2018, 13:02

O tym, jak wiele znaczeń przypisywano słynnemu Mickiewiczowskiemu „czterdzieści i cztery”, czym są liczby mistrzowskie, a także w jaki sposób lekarz powinien mówić do chorego, rozmawiamy z prof. Jerzym Bralczykiem, językoznawcą.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Firma KRKA obchodzi w tym roku 44-lecie swojej działalności w Polsce. Z tej okazji wygłosił pan podczas zjazdu Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego wykład o znaczeniu liczby 44 w polskiej literaturze. Pierwsze skojarzenie wydaje się oczywiste: w trzeciej części „Dziadów” ksiądz Piotr w mistycznym widzeniu zapowiada nadejście Mesjasza, „a imię jego czterdzieści i cztery”. Wiadomo, co miał na myśli Adam Mickiewicz pisząc te słowa?

Prof. Jerzy Bralczyk, wiceprzewodniczący Rady Języka Polskiego, członek Polskiego Towarzystwa Językoznawczego, Komitetu Językoznawstwa PAN, wykładowca w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego.
Zobacz więcej

Prof. Jerzy Bralczyk, wiceprzewodniczący Rady Języka Polskiego, członek Polskiego Towarzystwa Językoznawczego, Komitetu Językoznawstwa PAN, wykładowca w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego.

Adam Mickiewicz wypowiadał się na ten temat kilkakrotnie. Najbardziej miarodajna wydaje się jego wypowiedź z 1843 roku, skierowana do Andrzeja Niemojewskiego. Poeta powiedział wówczas: „Kiedy pisałem, to wiedziałem. Teraz nie wiem!”. Takie stwierdzenie wskazuje, że Mickiewicz pisał pod wpływem natchnienia, które często było uważane za źródło prawdy. Bo kiedy człowiek wszystko sobie na chłodno wyspekuluje, może się mylić. Ale gdy tworzy w natchnieniu, to być może jakaś wyższa istota przez niego przemawia? I w tym kontekście to „44” mogło coś znaczyć. Ale może było i tak, że ta fraza po prostu Mickiewiczowi się rymowała?

Była jeszcze inna Mickiewiczowska interpretacja. W ostatnim z wykładów w Coll`ege de France wieszcz powiedział, że miał na myśli Andrzeja Towiańskiego. Większość historyków jest zgodna, że Towiański był mistycyzującym szarlatanem, ale tak charyzmatycznym, że zdołał uwieść znaczną część polskiej emigracji. Była też interpretacja kabalistyczna, wedle której liczba 44 to suma różnych oznaczeń cyfrowych liter. Po zsumowaniu miała wskazywać samego Adama Mickiewicza. W języku hebrajskim litery D i M mają oznaczenia, które mogą przywoływać liczbę 40 i cyfrę 4. Chociaż wtedy trzeba doliczyć i przydech, a wtedy otrzymujemy… 45.

Na tym nie koniec wątpliwości. Idąc tropem kabały, nie można być pewnym, że faktycznie chodziło o Mickiewicza. Bo może za „40 i 4” krył się inny Adam, mianowicie Czartoryski. Jeżeli jednak uprzemy się przy Mickiewiczu, to na niego mogą wskazywać także inne wersy. Jest mowa, że zapowiadany namiestnik będzie „z matki obcej, a krew jego dawne bohatery”. Matka wieszcza, Barbara Majewska, była frankistką.

Osobiście uważam, że Mickiewicz nie myślał o sobie. Prof. Julian Krzyżanowski twierdzi, że to po prostu Konrad, który w improwizacji już pokazał swoje wygórowane ambicje. Ale jak 44 ma się do Konrada, to już trudno powiedzieć. Adam Mickiewicz pewnie chciał, żeby ta liczba przemawiała obiektywnie. Są zwolennicy teorii, według której widzenie księdza Piotra miało charakter profetyczny, wróżebny.

O liczbach, w których dwie cyfry są identyczne, mówi się, że są liczbami mistrzów. Co to znaczy?

Tak, to prawda. Na przykład w Apokalipsie św. Jana pojawia się liczba 666. To imię bestii. Szóstka była magicznym odzwierciedleniem diabła. Wyrazy: szatan, piekło, diabeł mają po sześć liter. Co do liczb mistrzowskich, to za taką uważa się np. 33. Mówi się, że to liczba Chrystusowa. Tu trzeba dodać, że na 44 składa się niewątpliwie magiczna czwórka. Mamy cztery strony świata, cztery pory roku, cztery żywioły, cztery temperamenty człowieka, cztery kąty. Przykłady można by mnożyć. Czwórka i trójka były komplementarne względem siebie. Trójka była liczbą boską, czwórka — ziemską.

Osobną rolę odgrywa też liczba 40. Tyle dni spędził Mojżesz na górze Synaj, przez 40 dni padał deszcz, który spowodował potop i drugie tyle Noe pływał, nim wody opadły i zza chmur wyszło słońce. 40 dni trwał post Jezusa Chrystusa na pustyni. To przykłady z Biblii, ale nie brakuje i tych z codziennego życia. Słowo kwarantanna wynika z faktu, że tyle trwała izolacja osoby podejrzanej o zakażenie. W średniowieczu 40 dni czekano, by sprawdzić, czy zaaplikowany choremu specyfik zadziałał. W dawnych czasach na 40 dni można się było schronić w sanktuarium i nikt nie miał prawa skrzywdzić ukrywającego się tam człowieka, choć różnie tego zwyczaju przestrzegano. Wszystko to razem pokazuje, że zarówno liczbie 4, jak i 40 można przypisać jakieś tajemne znaczenia. Ale gdybyśmy się uparli, to dla każdej liczby da się coś znaleźć. Wszystkie cyfrowe podwojenia mogłyby być interpretowane w kontekście magii.

Zmieniając temat: co pan myśli o języku, którym na co dzień posługują się lekarze, zwłaszcza w relacji z pacjentami?

Znam lekarzy, którzy na co dzień posługują się dobrym, wręcz literackim językiem polskim. A jak rozmawiają z pacjentami? Powiem to, co powtarzałem wielokrotnie. To nie jest przypadek, że najsłynniejszy, wręcz archetypiczny polski żart zaczyna się od słów: „Przychodzi baba do lekarza...”. Na czym polega problem? Ano na tym, że baba nie może lekarza zrozumieć, a lekarz baby też nie. Trudno nie zadać sobie pytania: czy baba powinna się uczyć, czy może lekarz powinien się do baby dostosować?

Nie da się ukryć, że obecnie lekarze są bardzo limitowani czasem. To bardzo istotne ograniczenie, które wpływa na komunikację na linii specjalista-pacjent. A rozmowa z chorym jest ważna, ponieważ pełni co najmniej trzy funkcje. Pierwsza: rozmowa jest źródłem informacji. Druga funkcja: sposób mówienia determinuje diagnozę. Ważne jest przecież, jak pacjent mówi o swoim bólu, cierpieniu. To też jest znamieniem choroby, nie tylko wyniki badań czy dane widoczne w komputerze. I trzecia funkcja: mówi się, że lekarz jest lekarstwem, a rozmowa częścią terapii.

Ważny wydaje się także sposób prowadzenia rozmowy z chorym. W moim głębokim przekonaniu, postawa lekarza pełna empatii wcale nie jest najlepsza. Ja, jako pacjent, wcale nie chcę, żeby lekarz mi współczuł. Wolę, by mi coś kazał, był rzeczowy, dominujący w kontakcie. To jest ta rzadka sytuacja, gdy chcemy się podporządkować autorytetowi specjalisty. Nawiasem mówiąc, jakże często się zdarza, że lekarz nieuprzejmy jest uważany za lekarza kompetentnego. W sytuacji zagrożenia zdrowia bardziej polegamy na osobach, dla których ważne jest co, a nie jak. Jeżeli spotykam się z lekarzem, który wobec mnie jest szalenie uprzejmy, to co ja mogę myśleć? Źle ze mną! A gdy na mnie krzyczy, to znaczy, że jeszcze nie jest ze mną tak źle, że jeszcze dobrze rokuję.

W kontakcie z pacjentem ważne wydaje się także poczucie humoru. Wciąż wspominam lekarza, który leczył mnie z zapalenia trzustki. Gdy wyzdrowiałem, spytałem go, jak długo mam być na uciążliwej diecie, którą zalecił. Odpowiedział: „W pana przypadku krótko, do końca życia”.

O kim mowa

Prof. Jerzy Bralczyk, wiceprzewodniczący Rady Języka Polskiego, członek Polskiego Towarzystwa Językoznawczego, Komitetu Językoznawstwa PAN, wykładowca w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Rozmawiała Ewa Kurzyńska

Puls Medycyny
Wywiady / Prof. Jerzy Bralczyk: Od magicznego 44 do rozmowy z chorym
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.