Prof. Janusz Rybakowski: Mimo emerytury, wciąż pochłania mnie praca lekarza

Rozmawiała Ewa Kurzyńska
opublikowano: 02-04-2021, 16:44

„Uważam, że zawód lekarza jest absolutnie niepowtarzalny. Możliwość pomocy cierpiącym na zaburzenia psychiczne, jakie daje obecna psychofarmakologia, jest niezwykle gratyfikująca” — przyznaje prof. dr hab. n. med. Janusz Rybakowski, wybitny psychiatra.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Prof. dr hab. n. med. Janusz Rybakowski
Paweł W. Płucienniczak
O KIM MOWA

Prof. dr hab. n. med. Janusz Rybakowski jest specjalistą w dziedzinie psychiatrii, psychochemii i psychofarmakologii klinicznej, w latach 1995-2016 był kierownikiem Kliniki Psychiatrii Dorosłych Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. W badaniach naukowych skupiał się głównie na neurobiologii i psychofarmakologii chorób afektywnych i schizofrenii, a tematami wiodącymi były choroba afektywna dwubiegunowa i terapeutyczne stosowanie litu.

Wyjątkowy dyżur…

To były ostre dyżury psychiatryczne, które pełniłem w latach 1970-1985, a więc na początku swojej zawodowej drogi, w Izbie Przyjęć Kliniki Psychiatrii Akademii Medycznej w Poznaniu. Pacjentów przywożono karetkami, czasem w asyście milicji. Należało szybko ocenić oryginalność kliniczną objawów, zweryfikować zaburzenia zachowania i zdecydować, czy kontakt z pacjentem niesie ryzyko naruszenia nietykalności cielesnej lekarza dyżurnego i czy chory wymaga — często wbrew własnej woli — przyjęcia na oddział.

To było o tyle trudne, że wtedy nie było żadnej ustawy o ochronie zdrowia psychicznego. Wszystko regulowało dość już archaiczne rozporządzenie ministra zdrowia z grudnia 1952 r. Potem to się zaczęło zmieniać, a jednym z orędowników zmian legislacyjnych był mój pierwszy szef, prof. Stanisław Dąbrowski, który w 1973 r. został dyrektorem Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Ostatecznie ustawa, która reguluje m.in. kwestie przyjęcia do szpitala psychiatrycznego, została uchwalona przez Sejm w 1994 r. i obowiązuje od roku 1995.

Pacjent, którego nie zapomnę…

Za mną ponad pół wieku pracy, więc takich pacjentów było wielu. Skupię się na dwóch grupach chorych. W 1938 r. włoscy psychiatrzy: Ugo Cerletti i Lucio Bini przeprowadzili pierwszy zabieg elektrowstrząsów i zostali uznani za „ojców” tej metody leczenia. Choć polscy historycy medycyny uważają, że prekursorem elektrowstrząsów był nasz rodak, dr Klemens Maliszewski, który takie zabiegi wykonywał już w drugiej połowie XIX w. Gdy zacząłem pracę, ta metoda leczenia liczyła już ponad 30 lat, jednak na moich oczach zaczynał się dla niej nowy, bardziej bezpieczny rozdział. Mianowicie w trakcie zabiegu zaczęto stosować u pacjentów znieczulenie ogólnie i zwiotczenie mięśniowe. Ale sam jeszcze byłem świadkiem wykonywania kilku zabiegów w starej wersji, co czyniło dramatyczne wrażenie i na zawsze to zapamiętałem.

Potem, w 1975 r., odbyła się premiera filmu „Lot nad kukułczym gniazdem”. Bohater, którego zagrał Jack Nicholson, w finale został poddany elektrowstrząsom, ale bez znieczulenia, czyli w stary sposób, który już wówczas zarzucono. Film okazał się bardzo opiniotwórczy i na długie lata dał oręż przeciwnikom tej terapii. Obecnie leczenie z użyciem elektrowstrząsów jest z powodzeniem stosowane, to główna metoda terapii zabiegowej w psychiatrii, bardzo bezpiecznej i skutecznej w depresji lekoopornej, niekiedy znajduje zastosowanie także w schizofrenii. Mimo to od czasu do czasu nadal pojawiają się artykuły domagające się zaprzestania elektrowstrząsów, które jednak wiarygodnością dorównują publikacjom antyszczepionkowców czy płaskoziemców.

Drugą wyróżniającą się grupę chorych stanowią pierwsi pacjenci leczeni w Polsce litem. W latach 70. XX w. rozpoczęliśmy podawanie tego leku w celach profilaktycznych osobom z chorobami afektywnymi. Do dziś wspólnie z dr Marią Chłopocką-Woźniak obserwujemy tych pacjentów. Niedawno jedna z naszych podopiecznych obchodziła półwiecze terapii litem, która przyczyniła się do jej znakomitego funkcjonowania rodzinnego i zawodowego (to także lekarka). I do utrzymania też dobrego zdrowia somatycznego. Ba, nawet do jego poprawy, ponieważ terapia litem spowodowała u niej ustąpienie infekcji opryszczkowych i różnych zakażeń dróg oddechowych, bo przy okazji ujawniło się przeciwwirusowe działanie leku.

Najtrudniejszy egzamin na studiach…

Większość egzaminów na studiach medycznych wymagała solidnego przygotowania i zawsze starłem się temu podołać. Jako największe wyzwanie egzaminacyjne wspominam sprawdzian z biochemii. Gdy studiowałem, przedmiot ten nosił nazwę: chemia fizjologiczna. Wykładowczynią była prof. Helena Karoń, która umożliwiała zdawanie egzaminu na ostatnim wykładzie, z czego skorzystałem. Pamiętam, że wykazałem się znajomością procesu transportu elektronów w mitochondriach, co wtedy było jednym z najnowszych odkryć naukowych. Natomiast dla mojego syna Filipa, który poszedł w moje ślady, to była już standardowa wiedza. A mój wnuk, Jurek, który niedawno rozpoczął studia medyczne na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, uzyskał te informacje… w trakcie zajęć z biologii w szkole średniej.

Gdybym nie był lekarzem…

Uważam, że zawód lekarza jest absolutnie niepowtarzalny. Możliwość pomocy cierpiącym na zaburzenia psychiczne, jakie daje obecna psychofarmakologia, jest niezwykle gratyfikująca. Natomiast od dzieciństwa gram na fortepianie, moim hobby jest muzyka rozrywkowa i jazzowa. Zatem, być może, satysfakcjonująca okazałaby się kariera pianisty? Ale czy tak bardzo, jak praca lekarza? Nie sądzę.

Osoba, która inspiruje mnie najbardziej…

Od początku pracy w psychiatrii wdrażałem stosowanie litu u pacjentów z chorobą afektywną dwubiegunową. W 1973 r. napisałem list do najwybitniejszego badacza terapii litem, duńskiego psychiatry Mogensa Schou. Spotkałem się z serdecznym odzewem, potem wielokrotnie się spotykaliśmy, zostaliśmy przyjaciółmi. Ostatni raz widzieliśmy się na konferencji dotyczącej leczenia litem, w Poznaniu, w 2006 r. Mój mentor miał wówczas 87 lat. Sprawił mi ogromną niespodziankę, wręczając kopię wspomnianego listu, który przechowywał na dowód naszej wieloletniej komitywy. To było bardzo wzruszające przeżycie. Ukoronowaniem naszej relacji może być natomiast nagroda im. Mogensa Schou od International Society of Bipolar Disorder, którą otrzymałem w 2018 r.

Psychologia i psychiatria
Specjalistyczny newsletter przygotowywany przez ekspertów
ZAPISZ MNIE
×
Psychologia i psychiatria
Wysyłany raz w miesiącu
Specjalistyczny newsletter przygotowywany przez ekspertów
ZAPISZ MNIE
Administratorem Twoich danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska). Klauzula informacyjna w pełnej wersji dostępna jest tutaj

Natomiast wśród współczesnych największą estymę wzbudza u mnie szwajcarski psychiatra, Jules Angst. To chyba najwybitniejszy badacz chorób afektywnych, wniósł ogromny wkład do klasyfikacji tych zaburzeń. W 2016 r. byłem w Zurychu na jego 90. urodzinach. Wręczyłem jubilatowi najnowsze wyniki badań na temat stworzonej przez niego skali Hypomania Checklist, służącej do oceny objawów hipomanii. Badania te wykonano wspólnie z ośrodkiem krakowskim, kierowanym przez prof. Dominikę Dudek.

Święty Graal medycyny to…

Odniosę się do psychiatrii. Św. Graalem tej gałęzi medycyny jest integracja podejścia biologicznego i psychologicznego, dotycząca wpływu na działalność mózgu — łączy możliwość modyfikacji czynności tego tajemniczego narządu za pomocą środków chemicznych i terapii słowem. Wielki krok w tym kierunku uczynił laureat Nagrody Nobla z 2000 r., prof. Eric Kandel. Nagrodzono go za badania nad fizjologicznymi podstawami mechanizmów pamięci. W ubiegłym roku ukazała się w Polsce jego książka pt. „Zaburzony umysł”. Polecam ją wszystkim, którzy interesują się tym zagadnieniem.

Na koniec podzielę się jeszcze ciekawostką. Rodzina prof. Kandela wyemigrowała z Austrii do USA przed II wojną światową. Gdy spotkaliśmy się na jednej z konferencji naukowych 15 lat temu, prof. Kandel chętnie przyznawał się do swoich polskich korzeni, gdyż jego rodzice pochodzili z Kołomyi, czyli dawnych Kresów Wschodnich.

Przełomowy moment w karierze…

Myślę, że było to stypendium na Uniwersytecie Pensylwania w USA, gdzie byłem w latach 1976-1977. W tym czasie wykonywanie zawodu lekarza w Stanach Zjednoczonych musiało być poprzedzone zdaniem egzaminu Educational Council for Foreign Medical Graduates (ECFMG). Odbywał się dwa razy w roku, w tym samym czasie, w ambasadach amerykańskich na całym świecie. Byłem w gronie 20 proc. kandydatów z Polski, którym się udało. W Filadelfii pracowałem jako psychiatra na oddziale leczenia depresji, ale również w laboratorium, jako badacz. Byłem w zespole, który pierwszy na świecie zidentyfikował mechanizm transportu litu przez błonę komórkową na modelu krwinki czerwonej. Nabyte za granicą doświadczenie wykorzystałem w Polsce. Trzy lata po powrocie z USA obroniłem rozprawę habilitacyjną, w której zawarłem wyniki badań prowadzonych w Filadelfii.

Gdy jestem pacjentem to…

Jestem pacjentem pokornym, staram się zaufać medycynie i oddać pod opiekę kompetentnych osób.

W uprawianiu zawodu lekarza najbardziej przeszkadza…

Odniosę się do psychiatrii. W początkowych latach mojej pracy najbardziej przeszkadzały mi stereotypy na temat chorób psychicznych, pokutujące w społeczeństwie. Dużo się od tamtej pory zmieniło, ale nie wszystko. Pomógł rozwój psychofarmakologii. Dzięki temu psychiatria stała się w dużej mierze podobna do innych, niezabiegowych specjalności medycznych. Dziś depresja nie jest już powodem do wstydu. Jeżeli chodzi o chorobę afektywną dwubiegunową, to tutaj dużą rolę odegrały wyznania celebrytów, którzy się do niej przyznali. W Polsce na pewno pomógł Wojciech Młynarski. Natomiast schizofrenia w dalszym ciągu pozostaje chorobą stygmatyzującą.

O życiu w cieniu psychoz opowiadał film „Piękny umysł”, w którym pokazano losy wybitnego naukowca Johna Nasha, zdobywcy Nagrody Nobla. Produkcja nie pomogła w przełamaniu stereotypów na temat schizofrenii?

Uważam, że ten film zrobił dużo dobrego na tym polu. Zresztą przywołuję ten obraz podczas wykładów ze studentami, wskazując na możliwość związku między schizofrenią a wybitnymi uzdolnieniami matematycznymi. Syn Einsteina chorował na schizofrenię, Isaac Newton miał cechy paranoidalne. A jeśli chodzi o Johna Nasha, to u niego choroba wybuchła już wtedy, gdy prowadził badania nad teorią gier, która przyniosła mu Nagrodę Nobla w dziedzinie ekonomii. Spotkałem go podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych. W późniejszym okresie swojego życia Nash był w dobrym stanie, przyjmował leki, dzięki którym normalnie żył. Zginął w wypadku samochodowym. Podsumowując, wydaje mi się, że film, który opowiadał o jego życiu, zrobił wiele dla psychiatrii i chorych, którzy zmagają się ze schizofrenią.

Kiedy nie pracuję…

Mimo emerytury, wciąż pochłania mnie praca lekarza. Dwa razy w tygodniu odwiedzam Klinikę Psychiatrii Dorosłych, którą od 2016 r. kieruje mój syn. Sprawuję również nadzór nad istniejącym od 4 lat Centrum Psychiatrycznym przy Szpitalu HCP w Poznaniu, którego jestem jednym z „ojców założycieli”. Nadal mam dużą praktykę ambulatoryjną. Nie oddaję pola także na niwie naukowej. Znalazłem się w gronie 2 proc. najczęściej cytowanych naukowców świata. To ogromny powód do satysfakcji.

W czasie wolnym bardzo lubię czytać książki, zarówno beletrystyczne, jak i popularnonaukowe. Szczególną przyjemność czerpię z czytania w oryginale kryminałków po angielsku i rosyjsku. Moi ulubieni autorzy to Harlan Coben, John Le Carre oraz Aleksandra Marinina.

Lubię także grać na fortepianie standardy z lat 1920-1960. Niektóre gram na cztery ręce z kuzynem, także lekarzem, prof. Wojciechem Dyszkiewiczem, emerytowanym kierownikiem Kliniki Torakochirurgii na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu.

W naszym cyklu "Wywiad lekarski" na pytania odpowiadali m.in.: prof. Wiesław Jędrzejczak, prof. Anna Latos-Bieleńska, prof. Andrzej Deptała, prof. Henryk Skarżyński, prof. Jerzy Szaflik, prof. Andrzej Bochenek, prof. Janusz Skalski czy prof. Marian Zembala.

Źródło: Puls Medycyny

× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.