Prof. Łukasz Szumowski: Bycie lekarzem i naukowcem niekoniecznie ułatwia kierowanie resortem zdrowia

Rozmawiała Maja Marklowska-Dzierżak
opublikowano: 18-02-2019, 12:36
aktualizacja: 25-02-2019, 09:56

O priorytetach w ochronie zdrowia, największych sukcesach w 2018 r. i najbliższych wyzwaniach rozmawiamy z ministrem zdrowia Łukaszem Szumowskim.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Prof. Łukasz Szumowski zajął na Liście Stu 2018 najbardziej wpływowych osób w systemie ochrony zdrowia 1. miejsce. Kto jeszcze się na niej znalazł?

Minister zdrowia Łukasz Szumowski
Zobacz więcej

Minister zdrowia Łukasz Szumowski

Spodziewał się pan miejsca w pierwszej dziesiątce plebiscytu Lista Stu najbardziej wpływowych osób w ochronie zdrowia w 2018 roku?

Prawdę powiedziawszy, zawsze mnie to trochę zastanawiało, że w tego typu rankingach w ogóle bierze się pod uwagę ministra zdrowia. On z definicji powinien mieć wpływ na kształt systemu ochrony zdrowia, dlatego uważam, że powinien być wyłączony z takich konkursów.

Wpływ na pana wybór mieli niezależni jurorzy. To ich decyzja.

I bardzo sobie ją cenię.

Porozmawiajmy na temat pana priorytetów w ochronie zdrowia. Pewnie są one zbieżne z tymi, o których usłyszeliśmy w exposé premiera Mateusza Morawieckiego, czyli — kardiologia i onkologia. Co w tych dwóch dziedzinach medycyny zmieniło się w 2018 roku?

W exposé pana premiera rzeczywiście zostały podkreślone choroby sercowo-naczyniowe i nowotwory, czyli te, na które najczęściej zapadają i umierają Polacy. Dlatego są one niezwykle istotne z punktu widzenia państwa, zarządzania ochroną zdrowia i promowania zdrowego stylu życia, ale też przygotowywania rozwiązań, które mają chronić życie Polaków. Priorytetem jest zatem szeroko rozumiane zdrowie Polaków, które traktowane jest przez rząd bardzo poważnie. Ostatnio na posiedzeniu Komitetu Trójstronnego miała miejsce dyskusja na temat wzrostu nakładów na ochronę zdrowia. Ministerstwo Finansów wyraziło opinię, że nie ma drugiego takiego obszaru w gospodarce, na który nakłady rosłyby w porównywalnym tempie. Mówimy o kwocie nawet kilku miliardów złotych rocznie.

Zdrowie jest naszym dobrem narodowym. Im jesteśmy zdrowsi, tym jesteśmy szczęśliwsi, lepiej nam się żyje i dokładamy się do dobra wspólnego, bo pracujemy, wychowujemy dzieci, świadczymy różne usługi, opiekujemy się osobami starszymi i niepełnosprawnymi itd.

Ze wzrostem nakładów na ochronę zdrowia łączy się również informatyzacja — kolejny priorytet. Jeśli spojrzeć na historię projektu „Elektroniczna Platforma Gromadzenia, Analizy i Udostępniania zasobów cyfrowych o Zdarzeniach Medycznych”, tzw. P1, to była ona długa i bardzo zawiła.

I większość obserwatorów była przekonana, że ta platforma nigdy nie ruszy.

No właśnie, a nam udało się wprowadzić takie rozwiązania, jak e-recepta, e-zwolnienie, Internetowe Konto Pacjenta czy e-skierowanie. Uważam, że nie powinniśmy myśleć o informatyzacji w ochronie zdrowia jak o czymś, co trzeba zrobić, bo wymyślił to ktoś w Ministerstwie Zdrowia. Bez informatyzacji nie ma dobrych badań medycznych, dobrej diagnostyki, dobrego zarządzania, również nakierowanego na pacjenta, który chciałby wiedzieć, gdzie najszybciej dostanie się do lekarza. Z tym łączy się także wdrażanie przez nas infolinii, a żeby to działało sprawnie, musimy mieć system umożliwiający śledzenie na bieżąco kolejek.

Bez informatyzacji nie zapobiegniemy sytuacji, w której dwóch lekarzy wystawia pacjentowi recepty na ten sam lek, a on je realizuje w dwóch różnych aptekach i łyka, nie zdając sobie sprawy z zagrożenia, jakie niesie przyjmowanie zbyt dużych dawek tego samego farmaceutyku. Dla pacjenta jest to niebezpieczne, może doprowadzić do tragedii, a dla systemu bardzo kosztowne, bo leczenie powikłań pochłania sporo środków. Jakie jest rozwiązanie? E-recepta i internetowe konto pacjenta, na którym widoczne są wszystkie jego recepty. Wypisując receptę, lekarz dostanie komunikat, że określony lek został już wykupiony przez pacjenta, i informacja ta jest od razu w systemie.

Rozumiem, że informatyzację poczytuje pan za sukces resortu, którym pan kieruje?

Zdecydowanie tak, choć to przede wszystkim sukces ministra Janusza Cieszyńskiego, bo to on bezpośrednio nadzoruje informatyzację. Zrobił, i nadal robi, coś, co do tej pory nie było możliwe.

Nie obyło się jednak bez protestów, zwłaszcza lekarzy. Nie wszyscy byli zadowoleni z wprowadzenia obowiązku wystawiania elektronicznych zwolnień. Farmaceuci z kolei wzbraniali się przed realizacją e-recept.

Owszem, tak było na początku, ale dzięki wspólnym działaniom udało się ich przekonać, między innymi dzięki zastosowaniu zachęt finansowych do wprowadzenia nowych rozwiązań. Te rozwiązania wygenerują wielokrotnie większe oszczędności niż kwota, którą przeznaczyliśmy na zachęty i udogodnienia. Oczywiście szybko okazało się, że e-recepta przynosi korzyści zarówno farmaceutom — nie mają problemów z odczytaniem recepty, jak i pacjentom, bo zmniejszyła się liczba pomyłek, co zapewnia im większe bezpieczeństwo.

Co było dla pana największym wyzwaniem w 2018 roku?

Wbrew pozorom, nie jest nim realizacja priorytetów, do których jeszcze wrócę, ale brak kadr w ochronie zdrowia. To efekt wieloletnich zaniedbań i braku dbałości o to, żeby było kim zastąpić osoby odchodzące na emeryturę.

Ilu nam brakuje lekarzy i pielęgniarek?

Największy niedobór dotyczy pielęgniarek. Średnia wieku w tym zawodzie wynosi ponad 50 lat, a liczba kształcących się młodych pielęgniarek była dwukrotnie za mała, by można było uzupełnić braki, powstałe po odchodzących na emeryturę. Poza tym nasze społeczeństwo się starzeje i przybywa osób wymagających pielęgnacji. Biorąc to wszystko pod uwagę, mogłoby się zdarzyć, że za pięć czy dziesięć lat nie miałby się nimi kto opiekować.

Żeby nie dopuścić do takiej sytuacji, otwieramy nowe miejsca szkoleń dla pielęgniarek, zapewniamy stypendia i stabilizację finansową, gwarantując włączenie dodatków finansowych do podstawy wynagrodzenia. Poprzez różne działania podejmowane przez resort zachęcamy do pozostania w zawodzie, bo do tej pory jedna trzecia pielęgniarek w ogóle nie podejmowała w nim pracy. Prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych, Zofia Małas, przekazała mi informację, że do samorządu dzwonią pielęgniarki z Wielkiej Brytanii i innych krajów europejskich, pytając o warunki powrotu do kraju. Nastąpił także wzrost liczby pielęgniarek pracujących w Polsce. Obecnie mamy zarejestrowanych o blisko 14 tys. pielęgniarek więcej, niż było to jeszcze cztery lata temu. To jest nasz sukces.

 A jak sytuacja wygląda w grupie lekarzy?

Przede wszystkim wyhamował już trend wyjazdów lekarzy do pracy za granicę. Wprowadziliśmy niedawno dodatki dla specjalizujących się lekarzy, tzw. bony patriotyczne. Mam nadzieję, że te dodatkowe pieniądze i praca w jednym miejscu zapewnią im stabilizację, dzięki czemu nie będą szukać pracy poza granicami kraju. Takie rozwiązania dają zatem szansę co najmniej na ustabilizowanie naszych kadr.

Wróćmy do onkologii i chorób sercowo-naczyniowych.

Zacznę od chorób sercowo-naczyniowych. W tej dziedzinie największym wyzwaniem są pacjenci z niewydolnością serca, która jest jedną z głównych przyczyn umieralności. Chcemy tym osobom zapewnić optymalne leczenie, bo dzięki temu mają mniej groźnych zaostrzeń choroby i rzadziej trafiają z tego powodu do szpitala. Odpowiedzią na to wyzwanie jest pilotaż „Kompleksowej opieki nad osobami z niewydolnością serca (KONS)” — programu opracowanego wspólnie z Polskim Towarzystwem Kardiologicznym.

W tym miejscu pozwolę sobie na pewną dygresję: przez lata kierowałem Kliniką Zaburzeń Rytmu Serca, w której wszczepialiśmy stymulatory, defibrylatory i wykonywaliśmy zabiegi ablacji. Taka klinika z definicji powinna być dedykowana pacjentom z zaburzeniami rytmu serca, tymczasem połowa jej łóżek była najczęściej zajęta przez pacjentów z zaostrzeniem niewydolności serca. Być może gdyby ci pacjenci byli leczeni optymalnie, to do tych zaostrzeń by nie dochodziło.

Chciałbym również zwrócić uwagę na trombektomię mechaniczną — uznaną metodę leczenia udaru. Poza nielicznymi ośrodkami, w których była forsowana przez jej entuzjastów, metoda nie była w Polsce dotąd dostępna. A powinna być standardem leczenia.

Na razie trwa jej pilotaż. Jakie mają być jego efekty?

Nie wprowadziliśmy go po to, by sprawdzić, czy trombektomia mechaniczna działa, bo to już wiemy. Chcemy przetestować model współpracy między pogotowiem ratunkowym, ośrodkami neurologicznymi, które nie mają możliwości stosowania tej metody i ośrodkiem, który trombektomię wykonuje. Według szacunków, kwalifikuje się do niej ok. 4 tys. pacjentów rocznie. Chodzi o to, żeby chory, który potrzebuje trombektomii, został do takiego ośrodka dowieziony na czas, bo liczy się każda minuta. Z drugiej jednak strony nie mogą do niego trafiać pacjenci, którzy nie kwalifikują się do tej metody leczenia.

Jakimi kryteriami kierowało się ministerstwo, wyznaczając do pilotażu te, a nie inne ośrodki?

Włączyliśmy do niego ośrodki, które były już do tego przygotowane. Jeśli jakiś ośrodek zechce do pilotażu dołączyć, będzie miał szansę, bo niebawem ogłosimy kolejny nabór. Pilotaż ma nam pokazać, co można jeszcze usprawnić, jakie mankamenty wyeliminować, zanim wdrożymy to rozwiązanie w całym kraju.

Nikt pana nie pyta, po co te wszystkie pilotaże?

Gdy wprowadzaliśmy sieć szpitali, pojawiły się głosy, że nie zostało to poprzedzone pilotażem. A gdy zdecydowaliśmy się wprowadzić pilotaż sieci onkologicznej, bo to poważna zmiana systemowa, są pytania, po co go robimy. Jako wieloletni pracownik naukowy jestem przekonany, że zanim wprowadzimy jakąś procedurę, musimy najpierw sprawdzić, czy ona skutecznie działa. Lepiej przeprowadzić pilotaż w kilku województwach i przekonać się, że wszystko funkcjonuje jak należy, niż wprowadzić jakieś rozwiązanie od razu w całym kraju. Podchodzimy do tego w sposób odpowiedzialny, gwarantując tym samym bezpieczeństwo pacjentom.

Właśnie przeszedł pan płynnie do onkologii. W niej też się ostatnio dużo dzieje.

Chcąc sprostać wszystkim wyzwaniom w onkologii, w tym rosnącej ciągle liczbie chorych na nowotwory i szybkiemu rozwojowi technologii medycznych im dedykowanych, musimy podjąć konkretne działania. Chcemy tak usprawnić system opieki, by te technologie i aktualna wiedza były dostępne dla wszystkich pacjentów w Polsce, niezależnie od miejsca ich zamieszkania. Wcześnie wykryty nowotwór jest w wielu przypadkach całkowicie wyleczalny, a nawet jeśli nie da się go wyleczyć, staje się on chorobą przewlekłą. Jesteśmy dzisiaj w stanie zatrzymać jego rozwój i zapewnić pacjentowi dobrą jakość życia. Nowotwór już nie jest wyrokiem skazującym go na śmierć.

Kilka dni temu spotkaliśmy się z gośćmi z MD Anderson Cancer Center z Houston w Teksasie — stanu, który ma około 28 mln mieszkańców, więc jest w miarę porównywalny z Polską. U nich również obowiązują pewne procedury kierowania każdego obywatela do odpowiedniego ośrodka, tak aby zapewnić mu taki sam standard i taką samą jakość opieki. W Polsce do tej pory tak nie było. Pacjenci często sami musieli sobie znaleźć taki ośrodek, kierując się zdobywanymi nieformalnie informacjami na jego temat. Tak być nie może.

Niestety, rozliczając konkretne procedury w onkologii, rozproszyliśmy wiedzę i zasoby ludzkie. Na przykład doprowadziliśmy do rozproszenia usług z zakresu chirurgii onkologicznej. Są wykonywane w różnych ośrodkach, niekoniecznie takich, które mają odpowiednie doświadczenie w operowaniu poszczególnych narządów. Dlatego proponujemy koncentrację chirurgii onkologicznej w centrach, do których trafia duża liczba pacjentów, bo dzięki temu lekarze mają duże doświadczenie, a za tym idzie jakość i bezpieczeństwo pacjenta.

Mówiąc o centrach o dużym doświadczeniu, nie ma pan chyba na myśli jedynie centrów onkologii?

Oczywiście, że nie. Myślę również o ośrodkach akademickich, w których leczy się na przykład większość chorych na raka płuca. Chodzi o to, że chirurgia onkologiczna powinna być skupiona w centrach doskonałości, podczas gdy radio- i chemioterapia powinny być jak najbliżej miejsca zamieszkania pacjenta. Koncepcja Krajowej Sieci Onkologicznej zakłada m.in. ścisłą współpracę z tzw. cancer unitami, w tym Breast Cancer Units i Lung Cancer Units. To centra narządowej doskonałości.

Potrzebny jest jednak również ośrodek koordynujący, który na poziomie województwa, przez call center, poinformuje pacjenta, gdzie najszybciej może wykonać tomografię, rezonans czy USG, a także który ośrodek zapewni mu wysoki standard leczenia i komfort pobytu. To wcale nie musi być centrum onkologii. Te wszystkie informacje powinny być skupione w jednym miejscu, tak aby pacjent został pokierowany do właściwego ośrodka, a nie musiał biegać ze skierowaniem i organizować sobie wszystko sam. Zrobi to za niego koordynator.

Infolinia, o której pan mówi, działa na razie tylko w dwóch województwach realizujących program pilotażowy sieci onkologicznej. Kiedy będą mogli z niej korzystać pacjenci spoza Dolnego Śląska i województwa świętokrzyskiego?

Po zakończeniu pilotażu, kiedy do Krajowej Sieci Onkologicznej przyłączone zostaną wszystkie pozostałe województwa. Natomiast w ciągu najbliższych kilku miesięcy ogólnopolska infolinia Narodowego Funduszu Zdrowia będzie czynna całą dobę, a nie jak obecnie od 8.00 do 16.00. Telefonując pod nr 800 190 590, można dowiedzieć się m.in., gdzie można najszybciej wykonać daną procedurę, gdzie są najkrótsze kolejki, gdzie znajduje się najbliższa placówka medyczna. Telefony od pacjentów będą odbierać odpowiednio przeszkolone osoby, udzielające profesjonalnych informacji. To kolejna rzecz, z której bardzo się cieszę, bo pacjentom potrzebna jest profesjonalna, życzliwa i empatyczna obsługa.

Niewątpliwym sukcesem zeszłego roku i przełomu 2018/2019 było też opublikowanie „Polityki Lekowej Państwa 2018-2022”, nad którą pracował wiceminister Marcin Czech. Dokument ten zawiera strategię państwa i rządu w zakresie refundacji leków oraz udostępnienia pacjentom nowoczesnych terapii, które będziemy w stanie sfinansować. Chcę też podkreślić, że na przełomie 2018 i 2019 r. wydaliśmy ponad 3 tys. decyzji refundacyjnych. Takiej kumulacji od czasu obowiązywania ustawy refundacyjnej jeszcze nie było. Departament Polityki Lekowej i Farmacji bardzo sprawnie przeprowadził ten proces, pacjenci go nie odczuli, bo ich leki nadal są refundowane. Jestem za to bardzo wdzięczny wiceministrowi Czechowi, który niestety przypłacił to własnym zdrowiem — trafił do szpitala po utracie przytomności i przebywał na zwolnieniu lekarskim.

Wymienił pan kilka sukcesów. A czego nie udało się panu zrobić w ubiegłym roku?

Pojechać na żagle i odpocząć!

To zapytam inaczej — co spędza sen z powiek ministrowi zdrowia?

To, że pewne zawody medyczne mają uregulowany system wynagrodzeń, a inne jeszcze nie. Przedstawiciele tych zawodów nie są tak dobrze zorganizowani jak lekarze czy pielęgniarki, ale trzeba o nich też zadbać, bo oni również stanowią nieodzowną część zespołów diagnostyczno-terapeutycznych.

Kogo ma pan na myśli?

Na przykład techników elektroradiologii czy techników fizjoterapeutów. Generalnie myślę o grupie techników. Bez nich wykonywanie np. ablacji nie byłoby możliwe. Staramy się zwiększyć wycenę świadczeń między innymi po to, by placówki, w których ci ludzie pracują, były w stanie dać im podwyżkę.

Wyzwaniem jest dla nas także zapewnienie osobom starszym i niesamodzielnym opieki długoterminowej. Jest ona za nisko wyceniona, mamy za mało miejsc w zakładach opieki leczniczej i pielęgnacyjno-opiekuńczych. Musimy wesprzeć ten obszar ochrony zdrowia i pomyśleć o referencyjności w zakresie opieki długoterminowej czy paliatywnej.

Na ulicę Miodową przeszedł pan z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Jak bardzo praca szefa resortu zdrowia różni się od pracy wiceministra nauki?

Jest sporo różnic. Ministerstwem Nauki kierował premier Jarosław Gowin, a ja zajmowałem się tam Departamentem Nauki. Kierowanie całym resortem wiąże się z ogromną odpowiedzialnością i presją. Poza tym w Ministerstwie Nauki mniej zajmowałem się sprawami socjalnymi i pracowniczymi, dotyczącymi warunków pracy i płacy. W resorcie, którym obecnie kieruję, sporo czasu poświęcam na rozmowy z pracownikami sektora, związkami zawodowymi i pracodawcami. W resorcie nauki miałem okazję uczestniczyć w tworzeniu „ustawy 2.0” (ustawa Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce — przyp. red.), co dało mi podstawy wiedzy o procesach legislacyjnych.

Jednym z ważnych projektów w Ministerstwie Zdrowia jest powołanie Agencji Badań Medycznych, która oprócz możliwości wdrożenia nowych terapii, pozwoli ministrowi zdrowia sprawdzić, czy rozwiązania wdrożone gdzie indziej będą się nadawały do implementacji w polskich warunkach. Będzie w niej można prowadzić prace badawcze, które są bardzo interesujące z punktu widzenia osoby zarządzającej systemem ochrony zdrowia. Mam nadzieję, że ustawa o Agencji Badań Medycznych będzie sprawnie procedowana w parlamencie i już niedługo będziemy mogli pochwalić się kolejnym sukcesem. Nasi partnerzy ze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii nie mogą się już doczekać momentu, kiedy będą mogli podpisać z tą agencją umowy o współpracy. Na przełomie marca i kwietnia będziemy gościć w MD Anderson Cancer Center w USA, gdzie chcemy podpisać taką umowę w dziedzinie onkologii.

Czy bycie lekarzem i naukowcem ułatwia kierowanie resortem zdrowia?

Niekoniecznie, choć w moim przypadku zarządzanie ludźmi czy organizacja pracy to coś, czym zajmowałem się przez większość mojego życia zawodowego jako profesor, szef kliniki, członek polskich i międzynarodowych towarzystw naukowych. Oczywiście nie w takiej skali i nie z takimi samymi problemami do rozwiązania, ale wszędzie miałem z tym do czynienia.

Prof. dr hab. n. med. Łukasz Szumowski - od stycznia 2018 r. minister zdrowia, wcześniej podsekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Absolwent studiów medycznych, specjalista chorób wewnętrznych, kardiologii, elektrofizjologii. Pracę rozpoczął w Instytucie Kardiologii w Aninie, gdzie następnie kierował Kliniką Zaburzeń Rytmu Serca i był przez wiele lat członkiem rady naukowej IK. Członek Europejskiego i Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Żonaty, ma czwórkę dzieci. Pasjonuje się żeglarstwem i narciarstwem, w wolnych chwilach gra na pianinie i gitarze.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Rozmawiała Maja Marklowska-Dzierżak

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.