Prof. Bohdan Maruszewski: zawsze dobrze czułem się w sytuacjach kryzysowych

Rozmawiała Ewa Kurzyńska
opublikowano: 11-06-2022, 09:00

Gdybym nie był lekarzem, jako pierwsze studia wybrałbym filozofię. Nie po to, aby zostać myślicielem, ale by zdobyć gruntowną wiedzę, stanowiącą podstawę do dalszych studiów. Co byłoby dalej? Prawdopodobnie poszedłbym na studia MBA i zająłbym się zarządzaniem. Zawsze odnajdywałem się w sytuacjach wymagających podjęcia trudnych decyzji, dobrze czułem się w sytuacjach kryzysowych. Myślę, że zarządzanie niesie ze sobą sporo adrenaliny, podobnie jak kardiochirurgia - mówi w rozmowie z cyklu „Wywiad lekarski” prof. Bohdan Maruszewski, wybitny kardiochirurg.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
O kim mowa
Fot. Jacek Barcz

Prof. dr hab. n. med. Bohdan Maruszewski, wybitny kardiochirurg dziecięcy, przez 22 lata kierował Kliniką Kardiochirurgii w Instytucie „Pomnik Centrum Zdrowia Dziecka” w Warszawie, z którą obecnie jest związany jako konsultant. Członek zarządu Fundacji WOŚP.

Wyjątkowy dyżur…

Od wielu lat nie dyżuruję, ponieważ będąc kierownikiem Kliniki Kardiochirurgii w CZD, przez 22 lata, pełniłem dyżur pod telefonem praktycznie przez cały czas. Najlepiej pamiętam jednak te pierwsze, kiedy byłem młodym lekarzem. Późniejsze, gdy już zostałem kardiochirurgiem i na dyżurach rozwiązaliśmy różne trudne problemy, zlewają mi się po 42 latach pracy w jedną całość.

Opowiem o dyżurze wyjątkowym, który wywarł wpływ na całe moje myślenie zawodowe. Byłem wówczas na szkoleniu w Szpitalu Dziecięcym w Liverpoolu. Rok 1985. W tamtych czasach dyżurowaliśmy co drugi dzień, mordercze tempo, ok. 80 godzin pracy tygodniowo. Dyżur weekendowy zaczynał się w piątek o godz. 15, a kończył w poniedziałek o godz. 8 rano. I właśnie pewnego piątku, rano, operowany był bardzo ciężki pacjent, dziecko ze złożoną wadą serca. Zabieg przebiegł zgodnie z planem, spotkaliśmy się po południu całym zespołem i ustaliliśmy strategię postępowania, bo dziecko było w ciężkim stanie, nie wszytko przebiegało tak, jakbyśmy chcieli. A to był mój pierwszy samodzielny dyżur na intensywnej terapii z pacjentami kardiochirurgicznymi. Pamiętam moment, kiedy zrozumiałem, że wyczerpaliśmy wszystkie możliwości pomocy. To były czasy przed erą ECMO, nie było możliwości mechanicznego podtrzymywania krążenia. Intensywna terapia i leki były jedyną szansą na przeżycie. Po dwóch dobach, w niedzielę, dziecko nadal miało ciężką niewydolność krążenia, tzw. zespół niskiego rzutu serca. Byłem zrozpaczony. Sądziliśmy, że wyczerpaliśmy wszystkie możliwości pomocy. Nie chciałem się jednak poddać. Zadzwoniłem do prof. Wilkinsona, wybitnego kardiologa, którego interwencja wydawała się być ostatnią deską ratunku dla naszego umierającego pacjenta. Profesor natychmiast wsiadł w auto i za chwilę był w szpitalu. Ku olbrzymiemu zdziwieniu wszystkich obecnych powyłączał wszystkie urządzenia, do których podłączone było dziecko! Zaczął je skalować, sprawdzać, czy podawane parametry życiowe są prawdziwe. Następnie odstawił większość leków podawanych w ciągłych wlewach. Baliśmy się najgorszego, ale ku naszemu zaskoczeniu praktycznie niewiele to zmieniło. Potem prof. Wilkinson usiadł przy pacjencie i przez dwie godziny, co jakiś czas, wykonywał echo serca. I stopniowo stan dziecka zaczął się poprawiać, wydolność układu krążenia zdecydowanie się poprawiła. Gdy stan był stabilny, poszliśmy na kawę. Pełen podziwu, ale wciąż przepełniony niedowierzaniem, spytałem; „Jim, dlaczego to wszystko robiłeś? Wyłączałeś aparaturę, odstawiałeś leki?”. „Wiesz, jeśli chodzi o ratowanie życia, wyznaję zasadę: wierzę tylko w to, co sam dokładnie sprawdzę, nie w to, co mówią inni” — usłyszałem w odpowiedzi. Okazało się, że polipragmazja, czyli zastosowanie wielu leków i w dużych dawkach, które miały pomóc pacjentowi, szkodziły mu. Choć zlecone zgodnie z wiedzą naukową, w najlepszej wierze, nie okazały się skuteczne.

Bardzo często jest tak, że znajdując się w trudnej sytuacji, brniemy w założone z góry działania, nie weryfikując i nie sprawdzając, dlaczego nie działają. Trafnie ujął to Winston Churchill w powiedzeniu, że: „Nie jest ważne, jak bardzo podoba nam się przyjęta strategia, od czasu do czasu trzeba sprawdzić jej efekty”.

Pacjent, którego nie zapomnę...

To pacjent sprzed blisko 40 lat. Ma na imię Adam, ma 40-kilka lat, został inżynierem i pracuje w Szwecji. Był naszym pacjentem, kiedy byłem asystentem prof. Jarosława Stodulskiego, mojego Mistrza w Centrum Zdrowia Dziecka. Profesor miał zwyczaj, że jak w poniedziałek przychodził do pracy, to wychodził do domu w sobotę koło południa. Żył w szpitalu, pilnował pacjentów. Asystowałem mu przy operacji złożonej wady serca u małego Adasia. Wszystko przebiegło pomyślnie, profesor został na dyżur, upływały godziny, a stan dziecka się pogarszał. To były czasy, gdy nie mieliśmy do dyspozycji tak zaawansowanych metod diagnostycznych jak ultrasonografia. Za wszystko musiała starczać klasyczna medycyna oparta na badaniu klinicznym i pomiarach parametrów życiowych. Byliśmy pewni, że wada została skorygowana prawidłowo, operacja nie była szczególnie obciążająca dla organizmu, ani długa, skąd zatem komplikacje? Mijały godziny, a my nadal nie wiedzieliśmy, jaka jest przyczyna pogarszającego się stanu dziecka. Nad ranem prof. Stodulski powiedział: „Wiesz, jest tylko jedna przyczyna, której nie wychwycimy w badaniu klinicznym. Coś mi się wydaje, że ten pacjent wymaga otwarcia jamy brzusznej i sprawdzenia, co się dzieje poza sercem. Moim zdaniem, on gdzieś musi krwawić”. Stanęliśmy przy stole operacyjnym. Okazało się, że profesor miał rację. Za powikłania odpowiadało uszkodzenie wątroby, do którego doszło w trakcie zakładania kaniul, niezbędnych do monitorowania parametrów układu krążenia. Po otwarciu jamy brzusznej szybko udało się krwawiące miejsce zaopatrzyć i stan dziecka spektakularnie się poprawił. Byliśmy bardzo szczęśliwi, patrzyłem z podziwem na mojego szefa, który był z tej starej szkoły specjalistów potrafiących szybko zdiagnozować i operować, ale nie tylko serce. Profesor miał doświadczenie w całej chirurgii, dzięki temu taka interwencja była możliwa. Z Adamem i jego mamą mam kontakt do dziś. Nasz dawny pacjent niedawno przeszedł planową reoperację zastawki. Ma się dobrze, przebieg kolejnej operacji był gładki.

Najtrudniejszy egzamin na studiach…

Zdecydowanie z biochemii. Chyba na drugim roku studiów. Przedmiot ten zdawało się na warszawskiej Akademii Medycznej ustnie, a egzaminowała nas legendarna prof. Mochnacka. Bardzo wymagający, znakomity akademik. Szła fama, że pani profesor potrafi w jednym dniu oblać wszystkich zdających, stąd moje obawy o powodzenie na egzaminie. Tym bardziej, że zdawałem go w tzw. terminie zerowym, ponieważ miałem już zaplanowane żeglarskie wakacje. Aby się odbyły, musiałem zdać w tym terminie. Przyznam, że do nauki napędzała mnie nie tyle chęć zgłębiania tajników biochemii, co właśnie wizja wakacji. Uczyłem się chyba ze dwa miesiące. Dostałem 4, co było jak 5 na innych egzaminach. Rejs się odbył.

Największe wyzwanie w czasie pandemii…

Dla specjalności zabiegowych, niezwiązanych z medycyną chorób zakaźnych, największym wyzwaniem było zapewnienie pacjentom, innym niż chorym na COVID-19, dostępu do procedur ratujących zdrowie i życie. Cały system ochrony zdrowia był nakierowany na pomoc ludziom umierającym z powodu zakażenia wirusem SARS-CoV-2. W mojej specjalności najważniejsze było zabezpieczenie operacji nagłych, wykonywanych ze wskazań życiowych. Ok. 20 proc. operacji wad wrodzonych serca w kardiochirurgii dziecięcej to operacje pilne, u noworodków. Nowo narodzone dzieci, które przychodzą na świat z takim obciążeniem, muszą być leczone zabiegowo w pierwszych dniach, tygodniach życia. Takich operacji odbywa się w Polsce o ok. 600 rocznie. Jak wiemy, zabiegi operacyjne były odraczane. Anestezjolodzy byli delegowani do opieki nad pacjentami chorymi na COVID, sale operacyjne bywały niedostępne ze względów epidemicznych. Wiele różnych czynników wpływało na to, że uratowanie tej grupy małych pacjentów stało się olbrzymim wyzwaniem dla lekarzy naszej specjalności. Było bardzo trudno, ale obroniliśmy się. W pierwszym roku pandemii wykonaliśmy nawet nieco więcej operacji niż w 2019 r. Dziś, po ponad 2 latach życia pod znakiem COVID-19 wiemy, że ogólna liczba operacji wad wrodzonych u dzieci spadła o ok. 10 proc. Dla porównania, w przypadku pacjentów dorosłych oczekujących na operację kardiochirurgiczną z powodu choroby niedokrwiennej serca, ten spadek wyniósł aż 30 proc. Co trzeci pacjent nie był operowany na czas!

Kardiologia
Ekspercki newsletter przygotowywany we współpracy z kardiologami
ZAPISZ MNIE
×
Kardiologia
Wysyłany raz w miesiącu
Ekspercki newsletter przygotowywany we współpracy z kardiologami
ZAPISZ MNIE
Administratorem Twoich danych osobowych będzie Grupa Rx sp. z o.o. Klauzula informacyjna w pełnej wersji dostępna jest tutaj

Gdybym nie był lekarzem…

Jako pierwsze studia wybrałbym filozofię. Nie po to, aby zostać myślicielem, ale by zdobyć gruntowną wiedzę stanowiącą podstawę do dalszych studiów. Co byłoby dalej? Prawdopodobnie poszedłbym na studia MBA i zająłbym się zarządzaniem. Zawsze odnajdywałem się w sytuacjach wymagających podjęcia trudnych decyzji, dobrze czułem się w sytuacjach kryzysowych. Myślę, że zarządzanie niesie ze sobą sporo adrenaliny, podobnie jak kardiochirurgia.

Osoba, która inspiruje mnie najbardziej…

W sprawach osobistych, kiedy myślę jak postąpić, zastanawiam się, jak postąpiłby mój syn. Wielokrotnie pytam go o radę w trudnych momentach. Ma 41 lat, jest chirurgiem dziecięcym. Wiele osób, w tym ja, widziało go w roli kardiochirurga. Syn jednak nie chciał podążać tą drogą. Powiedział mi kiedyś, że wówczas wszytko, co osiągnie, będzie przypisywane związkom z ojcem. Jest mądrym człowiekiem, jedną z tych osób, które są dla mnie nieustanną inspiracją.

Drugą taką osobą jest Jurek Owsiak. Spotkaliśmy się ponad 30 lat temu i nie przesadzę, jeśli powiem, że znam go doskonale. Mam zaszczyt towarzyszyć mu w budowaniu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy praktycznie od początku jej istnienia. Jurek jest człowiekiem obdarzonym niezwykłą intuicją, nigdy nie idzie utartymi ścieżkami, a w działaniu zawsze odwołuje się do własnej hierarchii wartości, która nie zmienia się w zależności od okoliczności. To wizjoner. Pamiętam, jak Jurek wpadł na pomysł, by Orkiestra wsparła geriatrię. Moja pierwsza reakcja była sceptyczna: „Jak to, przecież pomagamy dzieciom!”. Pamiętam, jak Jurek odpowiedział, że przez 20 lat zajmowaliśmy się pediatrią, bo to dzieci najbardziej potrzebowały pomocy. „Popatrz, Danek, co się dzieje z osobami starszymi, ile tam jest nieszczęścia” — mówił. I miał rację. On jest jak busola, która wyznacza kierunki, nie pozwala stać w miejscu, inspiruje do podejmowania nowych wyzwań.

Święty Graal medycyny to…

Nie bardzo wierzę w jedno rozwiązanie, które byłoby remedium na wielkie problemy zdrowotne. Najskrytsze marzenia wszystkich ludzi, to by żyć zdrowo i jak najdłużej. Dlatego myślę, że przyszłość medycyny będzie koncentrowała się na wydłużeniu i poprawie jakości życia. Potencjał na tym polu tkwi przede wszystkim w dwóch obszarach. Jednym jest genetyka. Istnieje koncepcja, która mówi, że transplantologia stanie się wielką przyszłością ludzkości, ponieważ będzie można starzejące się narządy zastępować narządami transgenicznie uzyskanymi z farm zwierząt. Paradoksalnie, najbliższa człowiekowi pod tym względem jest świnia. Wyobrażenia futurologiczne zakładają, że w przyszłości będą działać fermy genetycznie zmodyfikowanych świń, od których będzie można pobierać serce, wątrobę, nerki — i przeszczepiać je ludziom.

Drugi przyszłościowy obszar to mechaniczne wspomaganie krążenia. Kiedy ponad 20 lat temu wykonywaliśmy paliatywne operacje u dzieci, które przyszły na świat np. z jedną komorą serca i rodzice pytali „Na jak długo to wystarczy? Ile moje dziecko będzie żyło?”, trudno nam było odpowiedzieć. Dziś sytuacja jest zupełnie inna. Postępująca miniaturyzacja mechanicznego wspomagania krążenia sprawiła, że po świecie spacerują ludzie ze wszczepionym całkowicie sztucznym sercem, zasilanym zdalnie.

To wszystko sprawia, że dobre życie po setnych urodzinach będzie za jakiś czas czymś stosunkowo łatwo osiągalnym. Oczywiście, aby korzystać z dobrodziejstwa długowieczności, trzeba przestrzegać pewnej higieny życia. Bez tego medycyna i technologia pozostaną bezradne.

Przełomowy moment w mojej karierze…

Miałem 31 lat, kiedy wyjechałem do Wielkiej Brytanii, gdzie w Liverpoolu szkoliłem się w fantastycznym szpitalu, w którym wykonywaliśmy wówczas najwięcej operacji wrodzonych wad serca u dzieci. Medycyna była wówczas w Anglii finansowana lepiej niż obecnie. Nowoczesność, kultura pracy, medycyna oparta na faktach, mniej na intuicji, jednocześnie niesamowite zaangażowanie pracujących tam zespołów — z tym wszystkim się wtedy zetknąłem. Pracowało się bardzo ciężko, system dyżurów co drugi dzień przekraczał granice fizjologii. Byłem innym lekarzem przed wyjazdem do Anglii, innym po powrocie.

Gdy jestem pacjentem, to…

Nie będę wchodził w szczegóły, ale byłem pacjentem wiele razy. Wiele lat temu przyszło mi się zmierzyć z najtrudniejszymi problemami zdrowotnymi. Dziś mogę już mówić o tym spokojnie i swoim doświadczeniem dzielić z innymi. Gdy chorowałem, szukałem lekarza, do którego mam zaufanie. I to nie musi być konsultant krajowy czy najbardziej znany profesor. Gdy takiego lekarza znajdę, to całkowicie poddaję się jego zaleceniom. Tak dalece, że sam nie korzystam z książek, Internetu, nie sprawdzam zaleceń. Tylko wierzę w jego decyzje, wiedzę, chęć pomocy. Całkowicie na tym polegam.

W uprawianiu zawodu lekarza najbardziej przeszkadza…

Brak zaufania do lekarzy. Nie chcę tutaj mówić o przyczynach, bo one są bardzo złożone. Moim zdaniem, ten brak zaufania, paradoksalnie, czyni pacjentów bezbronnymi wobec własnych chorób, lęków. Brak zaufania do lekarza powoduje brak wiary w wyleczenie, dopatrywanie się błędów, złej woli. Medycyna, która nie jest oparta na zaufaniu w relacji lekarz-pacjent, jest medycyną trudną dla lekarza, ale przede wszystkim bardzo trudną dla pacjenta.

Kiedy nie pracuję…

Dwa lata temu oddałem ster Kliniki w ręce mojego wychowanka i przyjaciela, prof. Andrzeja Kansego. Wciąż jestem konsultantem w Klinice, ale w nowej roli mam znacznie więcej czasu, a mniej stresu. Dzięki temu oddaję się z radością moim pasjom: żeglarstwu, podróżom, słucham jazzu. Jestem także zapalonym cyklistą, to hobby, które dzielimy z żoną.

Wreszcie czytam coś innego niż fachowa literatura medyczna! Ostatnio przeczytałem pozycję „Lajla znaczy noc”, piękną książkę o współistnieniu kultur muzułmańskich, chrześcijańskich i żydowskich poprzez wieki. Lubię książki traktujące o bieżącej polityce, niedawno przeczytałem wszystko, co napisała Ann Apllebaum, obie książki Donalda Tuska. Teraz czytam dużo na temat Włoch, bo wybieramy się z żoną na Półwysep Apeniński.

Dzięki emeryturze mam też więcej czasu dla mojej wilczycy. Oboje się z tego cieszymy.

O cyklu „Wywiad Lekarski”

W XIX w. popularność zdobyła zabawa zwana kwestionariuszem Prousta, choć zdania są podzielone, czy znany francuski pisarz miał cokolwiek wspólnego z jej powstaniem. Na salonach krążył wówczas stały zestaw pytań, a uzyskane odpowiedzi miały wiele mówić o osobie odpytywanego. W cyklu „Wywiad lekarski” chcieliśmy nawiązać do tej towarzyskiej rozrywki sprzed lat. Skomponowaliśmy zatem autorski zestaw pytań, które zadajemy wybitnym rozmówcom: pionierom przecierającym nowe ścieżki w lecznictwie, pasjonatom, dla których zawód lekarza to misja i powołanie, zaangażowanym nauczycielom, dzielącym się swoją wiedzą i doświadczeniem z młodszymi adeptami kierunku lekarskiego. Ich osobiste historie niejednokrotnie splatały się z historią medycyny. Zachęcamy do pobrania e-booka, w którym zebraliśmy poprzednie rozmowy z tego cyklu: https://pulsmedycyny.pl/wywiad-lekarski/.

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.