Prof. Adam Antczak: "Ozdrowieńcy" to osoby, które nie mają już objawów COVID-19

  • PAP
opublikowano: 17-03-2020, 10:30

Tak zwani ozdrowieńcy to osoby, które nie wykazują już objawów Covid-19 – wyjaśnia prof. dr hab. n. med. Adam Antczak z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Według WHO za wyleczonych z Covid-19 uznaje się pacjentów, którzy nie mają już objawów choroby a zakażenie zostało w ich przypadku wykluczone dwoma testami.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Z danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) wynika, że na ponad 182 tys. zakażeń koranawirusem SARS-CoV-2 na świecie, ponad 78,1 tys. osób zostało wyleczonych, a ponad 7,3 tys. zmarło. Główny Inspektor Sanitarny Jarosław Pinkas poinformował, że w Polsce "mamy 13 ozdrowieńców".

Prof. Adam Antczak
Uniwersytet Medyczny w Łodzi

SARS-CoV-2 nie jest wirusem zjadliwym

Prof. Adam Antczak, kierownik Kliniki Pulmonologii Ogólnej i Onkologicznej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi oraz przewodniczący Rady Naukowej Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Grypy tłumaczy, że tzw. ozdrowieńcy to osoby, które przede wszystkim nie mają już objawów choroby Covid-19.

"Można podejrzewać, że wielu z nich było łagodnie chorych, co oznacza, że mogli mieć niewielkie objawy choroby lub są to osoby bezobjawowe" – dodaje.

Lekarz Jakub Kosikowski, były przewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL na Twitterze zwraca uwagę, że według Światowej Organizacji Zdrowia, za wyleczonych z Covid-19 uznaje się pacjentów, którzy nie mają już objawów, ale oprócz tego dwoma testami wykonanymi w odstępie co najmniej 24 godzin potwierdzono, że nie mają także koronawirusa.

"Pamiętajmy, że SARS-CoV-2 zakaża masowo i ma charakter pandemiczny, ale nie jest potwornie zjadliwym wirusem. Jego patogenność jest co najwyżej umiarkowana. Potrzeba hospitalizacji dotyczy tylko jednej piątej zachorowań, a jedynie 5 proc. zakażonych choruje ciężko i ma niewydolność oddechową. Oznacza to, że aż 80 proc. zakażonych nie wykazuje objawów choroby albo choruje łagodnie lub umiarkowanie, czyli podobnie jak w przypadku zwykłego przeziębienia" – tłumaczy prof. Adam Antczak.

Tymczasem do niedawna procedury w Polsce były takie, że pacjenci, którzy mieli potwierdzone zakażenie koronawirusem byli zatrzymywani w szpitalu niezależnie od stanu zdrowia.

"Nawet jeśli pacjent był bezobjawowy, to go hospitalizowano, a ze szpitala mógł być wypisywany, gdy w ciągu 14 dni nie miał już objawów choroby" – podkreśla prof. Antczak.

Specjalista podkreśla, że ostatnio procedury się zmieniły i do szpitala przyjmowane są jedynie te osoby, u których rozwinęło się już zapalenie płuc.

"Absolutnie jest to uzasadnione, bo nie każde zakażenie trzeba leczyć w szpitalu, poza tym żaden system opieki medycznej by tego nie wytrzymał. Nawet nie każde zapalenie płuc wymaga hospitalizacji. Są takie, które możemy prowadzić w domu, ustalono skale ciężkości zapalenia płuc służące kwalifikowaniu pacjenta do hospitalizacji. Jednak w przypadku koronawirusa jeszcze się tego nie robi" – dodał.

Więcej zachorowań to konieczność ostrzejszych kryteriów kwalifikacji do hospitalizacji

"Wtedy nawet chorzy, u których rozwinie się zapalenie płuc - podkreśla prof. Antczak - nie zawsze będą musieli być hospitalizowani. Bo pacjenta bez zagrożenia życia można leczyć w domu, szczególnie w sytuacji epidemicznej. To bardzo sensowne a w obliczu ograniczonych zasobów medycyny nieuniknione" - dodaje.

Specjalista zwraca uwagę, że opieki szpitalnej i leczenia wymagają także inni pacjenci, nie można przestawić całej opieki medycznej na jedną tylko chorobę. "Zajmujemy się też innymi pacjentami. Nasz oddział przyjmuje pacjentów onkologicznych leczonych chemioterapią oraz innymi metodami, a także wykonuje pogłębioną diagnostykę onkologiczną. Nie możemy tym chorym powiedzieć, żeby się zgłosili np. za trzy miesiące, gdy minie główna fala zakażeń" - dodaje.

Zdaniem specjalisty, obciążenie służby zdrowia w naszym kraju już jest bardzo duże. Na dodatek wciąż trwa sezon grypy. Liczba zachorowań na grypę i zakażenia grypopodobne nadal jest spora - na poziomie 211 tys. przypadków tygodniowo. Nie jest to zaskoczeniem, bo na luty i marzec często przypada szczyt zachorowań na te infekcje.

"Czekamy aż zacznie spadać liczba chorych na grypę, bo współwystępowanie grypy i Covid-19 to ogromne utrudnienie w diagnostyce różnicowej. Pacjent zgłasza się z gorączką i trzeba zbadać co jest tego przyczyną, wykonać testy potwierdzające grypę i ewentualnie na obecność koronawirusa. Klinicznie obydwa zakażenie niczym się nie różnią, mogą być wręcz bliźniaczo podobne, w obu jest gorączka z bólami mięśni i stawów oraz rozbiciem, ewentualnie objawami płucnymi" – podkreśla prof. Antczak. 

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: PAP

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.