Priorytetowe specjalizacje lepiej płatne

Redakcja
opublikowano: 19-02-2009, 00:00

Sejmowa Komisja Zdrowia przesunęła o dwa tygodnie datę wejścia w życie przepisów podwyższających wynagrodzenia rezydentów. Posłowie ocenili, że, biorąc pod uwagę kalendarz prac Sejmu, nie nie ma możliwości, by procedurę legislacyjną zakończyć do 1 marca. Podwyżki będą jednak obowiązywać już zgodnie z projektem - od 1 stycznia 2009 r.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Sejmowa Komisja Zdrowia zakończyła już prace nad pilną nowelizacją ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty, zapewniającej podwyżki lekarzom robiącym specjalizacje.

Zgodnie z projektem, wysokość wynagrodzenia ma zależeć od dziedziny medycyny, w jakiej się lekarz specjalizuje, oraz czasu trwania szkolenia.

Przyjęto, że od 1 stycznia 2009 r. lekarzowi w pierwszych dwóch latach rezydentury w priorytetowej dziedzinie medycyny należy się wynagrodzenie zasadnicze w wysokości 3602 zł brutto miesięcznie (w zwykłej dziedzinie medycyny - 3170 zł brutto). Rezydent na trzecim roku rezydentury w dziedzinie priorytetowej może liczyć na 3890 zł (w zwykłej dziedzinie medycyny - 3458 zł).

Jako priorytetowe dziedziny wskazywane są m.in. epidemiologia, geriatria, medycyna rodzinna, rehabilitacja medyczna, patomorfologia, anestezjologia i intensywna terapia, neonatologia czy ortopedia i traumatologia narządu ruchu.

Zróżnicowanie wynagrodzenia ma zachęcić medyków do specjalizowania się w tych dziedzinach, w których już obecnie brakuje lekarzy z kwalifikacjami. Pytana o powód braku popularności neonatologii wśród młodych lekarzy, prof. Ewa Helwich przyznaje, że to trudna specjalizacja. Wymaga od lekarza ciągłego poszerzania wiedzy, częstych dyżurów w szpitalu i w zasadzie nie pozwala na prowadzenie prywatnej praktyki.
"Myślę, że młodzi ludzie są teraz bardziej nastawieni na specjalizacje, które pozwalają dobrze zarobić, nie zaburzają odpoczynku w weekendy oraz święta i nie mają tak ciężkich dyżurów, jak intensywna terapia dla noworodków. Ale musimy próbować robić, co można, żeby zmienić tę sytuację, bo za chwilę okaże się, że zabraknie lekarzy i nie będziemy mieli jak ratować dzieci w bezpośrednim zagrożeniu życia" - uważa prof. Helwich.


Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Redakcja

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.