Prawie 19 mln Polaków ma zaburzenia lipidowe

Oprac. Ewa Kurzyńska
opublikowano: 28-10-2021, 13:27

Eksperci wskazują, że poprawa leczenia zaburzeń lipidowych w naszym kraju nie będzie możliwa bez budowania świadomości zdrowotnej Polaków oraz zmian systemowych w zakresie organizacji opieki nad pacjentami z hipercholesterolemią. Takie wnioski płyną z debaty, zorganizowanej przez „Puls Medycyny”.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Zaproszenie do dyskusji przyjęli:

  • prof. dr hab. n. med. Jarosław Kaźmierczak, krajowy konsultant w dziedzinie kardiologii;
  • prof. dr hab. n. med. Maciej Banach, przewodniczący Polskiego Towarzystwa Lipidologicznego;
  • prof. dr hab. n. med. Adam Witkowski, kierownik Kliniki Kardiologii i Angiologii Interwencyjnej Narodowego Instytutu Kardiologii;
  • dr n. med. Krzysztof Chlebus, koordynator Krajowego Centrum Hipercholesterolemii Rodzinnej w Gdańsku;
  • dr hab. n. med. Piotr Dobrowolski, prof. inst., kierownik Samodzielnej Poradni Lipidowej w Narodowym Instytucie Kardiologii;
  • dr Jerzy Gryglewicz, Instytut Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego.

Debatę poprowadziła red. Ewa Kurzyńska z „Pulsu Medycyny”.

Fundamenty dobrego systemu są, potrzeba stałych nakładów na jego rozwój

Dr n. med. Krzysztof Chlebus, koordynator Krajowego Centrum Hipercholesterolemii Rodzinnej w Gdańsku:

(fot. Waldemar Kompała)

Kilka lat temu wskazywaliśmy w jednej z naszych prac, że co roku ponad 100 tys. pacjentów z potencjalnie wysokim albo bardzo wysokim ryzykiem hipercholesterolemii rodzinnej przechodzi przez gabinety, nie tylko lekarzy POZ, ale także kardiologiczne, i nie mają stawianego trafnego rozpoznania. Oznacza to, że istnieje potrzeba poprawy świadomości pacjentów, ale przede wszystkim wdrożenia działań edukacyjnych wśród lekarzy.

Warto rozważyć systemowo pomiar LDL-C w ramach badań z zakresu medycyny pracy. Warto też propagować skalę DLCN jako narzędzie oceny pacjentów wysokiego i bardzo wysokiego ryzyka sercowo-naczyniowego. Marzy mi się sytuacja, gdy na karcie wypisowej ze szpitala u pacjenta z powikłaniami miażdżycy pojawi się krótka adnotacja dotycząca oceny w skali DLCN.

Budowanie świadomości jest ważne, ale najistotniejszym ogniwem wydaje się potrzeba wprowadzenia systemowych rozwiązań. Takich, które pomogą spojrzeć na problem nie z perspektywy oddolnych inicjatyw, jakie są udziałem poszczególnych ośrodków w Polsce, ale całościowo. Bo pacjent, który już doczeka się prawidłowego rozpoznania, musi mieć wskazaną ścieżkę dalszego poruszania się w systemie. To znaczy musi wiedzieć, gdzie może wykonać pogłębioną diagnostykę (w tym molekularną), kto zajmie się diagnostyką kaskadową jego rodziny i kto będzie mógł wdrożyć zaawansowane leczenie lekami biologicznymi.

Wzorem funkcjonującego kilka lat temu Narodowego Programu Zwalczania Chorób Nowotworowych, który na mocy ustawy dedykował 5 proc. środków na działania prewencyjne, należałoby zapewnić podobny mechanizm stałego finansowania prewencji sercowo-naczyniowej. Uważam, że to niezbędne, jeśli chcemy na serio zmierzyć się z problemem zaburzeń lipidowych w Polsce. Prewencja nigdy nie była priorytetem w działaniach żadnej ekipy resortu zdrowia, niezależnie od stronnictwa politycznego. Niemniej bez centralnych i systemowych rozwiązań na tym polu niewiele się zmieni. Z perspektywy decydentów sprawę utrudnia fakt, że skuteczność działań prewencyjnych będzie widoczna za lat kilkanaście, a więc poza horyzontem zainteresowania polityków.

Doraźność działania to stała bolączka naszego systemu ochrony zdrowia, zaś pragmatyzm i oszczędność powinny skłaniać nas do strategii, która wykorzysta dotychczasowe inicjatywy. Przypomnę, że mamy już działające: Krajowy Rejestr Hipercholesterolemii Rodzinnej, Krajowe Centrum Hipercholesterolemii Rodzinnej w Gdańsku oraz sieć ośrodków zajmujących się tym zagadnieniem w ramach współpracy wokół programu KORDIAN. Należy pomyśleć o mechanizmie zabezpieczającym ciągłość funkcjonowania tych struktur, by nie były to inicjatywy krótkoterminowe.

Mamy już stworzone fundamenty dobrego systemu, należy go też wzmocnić i dalej rozwijać. To jest ważny przyczynek do dalszych naszych działań, bo bez nich wszystkie nasze zaawansowane prace, dotyczące np. innowacyjnych terapii po prostu nie wypalą. To jest, moim zdaniem, najistotniejsza kwestia do rozwiązania na najbliższe lata.

71 proc.

— aż tylu pacjentów z chorobą wieńcową nie uzyskało celu terapeutycznego w zakresie cholesterolu LDL. Takie alarmujące dane płyną z rejestru EUROASPIRE V, który był prowadzony w latach 2017-2018.

Od lat walczę o przedmiot „wiedza o zdrowiu” w szkołach

Prof. dr hab. n. med. Maciej Banach, przewodniczący Polskiego Towarzystwa Lipidologicznego:

(fot. Archiwum)

Zasady zdrowego stylu życia, które są fundamentem prewencji sercowo-naczyniowej, powinny być wpajane od wczesnego dzieciństwa. To ważne zadanie nie tylko dla rodziców czy opiekunów, ale także nauczycieli w szkole. Tylko pracując od podstaw, mamy realną szansę na zdrowe społeczeństwo. Od lat walczę o przedmiot „wiedza o zdrowiu” w szkołach — coś, co się sprawdziło już w wielu krajach na świecie. Kiedy mam okazję, przypominam w tym kontekście działania prof. Valentina Fustera, żywej legendy kardiologii, który już dawno dowiódł, jak jest to ważne. W Hiszpanii, w Stanach Zjednoczonych i krajach Afryki Północnej dzieci w wybranych szkołach miały każdego miesiąca 1-2 godziny lekcyjne poświęcone zasadom zdrowego stylu życia. W ramach tego programu tłumaczono uczniom, co to jest zdrowa dieta, jak powinna wyglądać, jakie ma znaczenie, dlaczego ważny jest wysiłek fizyczny, dlaczego nie należy stosować używek. Po 20 latach prof. Fuster ocenił zdrowie absolwentów szkół objętych programem i tych, gdzie takich zajęć nie było. Jak można się spodziewać, różnica była ogromna.

Edukacja, co cały czas podkreślam, stanowi kluczową rolę. Tylko wtedy Polacy będą świadomi wagi stylu życia i nie trzeba będzie odgórnych regulacji, zakazujących np. sprzedaży drożdżówek w szkołach.

Niestety, trendy są bardzo niepokojące. Nadwagę lub otyłość ma ponad połowa Polaków, a polskie dzieci i nastolatki przybierają na wadze najszybciej w Europie. Pandemia jeszcze pogorszyła sytuację. Skutki tego stanu rzeczy widzimy już teraz. Coraz częściej obserwujemy u dzieci aterogenną dyslipidemię, charakteryzującą się wysokimi stężeniami trójglicerydów i niskimi HDL cholesterolu. Towarzyszą temu często zaburzenie węglowodanowe, insulinooporność, podwyższone wartości ciśnienia. I takie dziecko, które wchodzi w okres dojrzałości i dorosłości, już jest de facto pacjentem. Nagminnie mamy w swoich gabinetach pacjentów 30-40 plus, którzy mimo tak młodego wieku, już mają poczucie choroby. I gdy wykonujemy im badania, okazuje się, że bardzo, bardzo wielu z nich ma izolowany czynnik ryzyka, jakim jest chociażby podwyższone stężenie LDL cholesterolu, którego na pewno nigdy nie można zignorować.

Zupełnie niezależną grupę stanowią dzieci, które mają genetycznie uwarunkowaną rodzinną hipercholesterolemię. Tutaj kluczem do sukcesu terapeutycznego jest wczesne rozpoznanie choroby. Takie dzieci powinniśmy identyfikować już w trakcie bilansu 2-latka, 4-latka czy 6-latka. Możliwie jak najwcześniej, ponieważ wtedy mamy realną szansę, by to dziecko żyło tak długo, jak jego rówieśnik bez choroby. To jest możliwe, bo doskonale wiemy, jak leczyć pacjentów z rodzinną hipercholesterolemią, także dzieci. Niestety, zdecydowana większość małych pacjentów nie jest diagnozowana odpowiednio wcześnie. Nasze badania wskazują na czas diagnozy w wieku 9 lat, a dorosłych w wieku 41 lat. A wystarczyłby prosty program przesiewowy, polegający na wykonaniu lipidogramu u dzieci w Polsce, który obecnie kosztuje kilka złotych. Tylko tyle i aż tyle.

Jeżeli czegoś nie zrobimy, to zderzymy się z epidemią powikłań miażdżycy

Prof. dr hab. n. med. Adam Witkowski, kierownik Kliniki Kardiologii i Angiologii Interwencyjnej Narodowego Instytutu Kardiologii:

(fot. Szymon Łaszewski)

Bez świadomość społecznej wagi problemu, jakim jest hiperlipidemia, nie zatrzymamy postępu miażdżycy, szczególnie wtedy, gdy zaburzenia lipidowe współistnieją z innymi czynnikami ryzyka, jak nadciśnienie tętnicze, otyłość czy cukrzyca. W konsekwencji prowadzi to do kalectwa i zgonów, także osób w wieku produkcyjnym. Tym bardziej jest to smutne, że wykrywanie zaburzeń lipidowych i ich leczenie jest stosunkowo łatwe. Możemy kontrolować ten czynnik ryzyka za pomocą diety, zmiany trybu życia, a u pacjentów, którzy mają wysokie ryzyko chorób układu sercowo-naczyniowego, również przez odpowiednie leczenie. Dysponujemy już nie tylko statynami, które stanowią trzon leczenia hipercholesterolemii, ale także ezetymibem czy inhibitorami białka PCSK9. Choć leki z tej ostatniej grupy są dostępne tylko w programach lekowych, a nie w otwartej refundacji. Ale są.

Oręż zatem mamy, ale czy z niego korzystamy? Dane z dużego europejskiego rejestru EUROASPIRE V, który był prowadzony w latach 2017-2018, pokazały, że w Polsce aż 71 proc. pacjentów z rozpoznaną chorobą wieńcową nie osiągało celu terapeutycznego w zakresie LDL cholesterolu. A w czasie, gdy zbierano dane, obowiązywały łagodniejsze kryteria z 2016 r., według których LDL-C w tej grupie chorych powinien być poniżej 70 mg/dl. Przypomnę, że u pacjentów bardzo wysokiego ryzyka sercowo-naczyniowego obecnie musimy dążyć do stężenia tej frakcji cholesterolu poniżej 55 mg/dl. Wiemy, jak jesteśmy nieskuteczni, ale jeżeli czegoś nie zrobimy, to zderzymy się z epidemią powikłań miażdżycy: zawałami, a w ich konsekwencji niewydolnością serca, udarami mózgu i ich następstwami prowadzącymi do inwalidztwa. Także ze skutkami zmian miażdżycowych w tętnicach kończyn dolnych, czyli z trudnościami w poruszaniu się, amputacjami nóg.

Z pewnością ważną kwestią jest zwiększenie dostępności do najnowocześniejszych leków hipolipemizujących, czyli inhibitorów PCSK9. Obecne kryteria są tak restrykcyjne, że do programu lekowego trudno nawet wejść pacjentom, którzy według definicji towarzystw naukowych są chorymi wysokiego ryzyka sercowo-naczyniowego. Z terapii inhibitorami PCSK9 mają szansę skorzystać tylko pacjenci, którzy mimo leczenia statyną i ezetymibem lub przy nietolerancji statyn mają LDL-C powyżej 100 mg/dl. Co jednak zrobić z tymi, których stężenie LDL-C wynosi np. 90 lub 80 mg/dl, a według zaleceń Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego powinni mieć poniżej 55 mg/dl, bo dopiero wtedy ryzyko kolejnych incydentów sercowo-naczyniowych jest u nich istotnie mniejsze? W związku z tym to kryterium należałoby znieść i zastąpić je innym zapisem: że do programu mogą wejść chorzy wysokiego ryzyka zdarzeń sercowo-naczyniowych, którzy przy podwójnym leczeniu hipolipemizujacym nie osiągają poziomu terapeutycznego LDL-C poniżej 55 mg/dl.

Nie mniej pilne jest zwiększenie liczby ośrodków, które mogą włączać pacjentów do programu. Obecnie jest jeden, trzy, góra — cztery na województwo, a powinno być o wiele więcej. Dziś pacjent, który ma lat 70 czy 80 i mógłby skorzystać z programu, bo spełnia wszystkie kryteria, ma nie lada problem, by dotrzeć do ośrodka, który jest oddalony od domu o 100 lub więcej kilometrów. Uważam, że nie ma żadnego powodu, by ośrodki realizujące program nie mogły działać przy poradniach AOS, w których przyjmują kardiolodzy. Tak, by ci specjaliści również mogli włączać chorych do leczenia inhibitorami PCSK9. Alternatywne rozwiązanie to utworzenie sieci ośrodków z ośrodkiem centralnym, który wstępnie kwalifikowałby chorych, a podawanie leku mogłoby odbywać się w placówkach w pobliżu miejsca zamieszkania pacjenta lub mógłby on robić to sam.

Kardiologia
Ekspercki newsletter przygotowywany we współpracy z kardiologami
ZAPISZ MNIE
×
Kardiologia
Wysyłany raz w miesiącu
Ekspercki newsletter przygotowywany we współpracy z kardiologami
ZAPISZ MNIE
Administratorem Twoich danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska). Klauzula informacyjna w pełnej wersji dostępna jest tutaj

Wyzwaniem jest lepsze identyfikowanie pacjentów z zaburzeniami lipidowymi

Prof. dr hab. n. med. Jarosław Kaźmierczak, krajowy konsultant w dziedzinie kardiologii:

(fot. Archiwum)

Dane z różnych badań epidemiologicznych wskazują, że prawie 19 mln Polaków ma zaburzenia lipidowe. Oczywiście, mają one różny stopień i nasilenie. Najbardziej dramatyczne w przebiegu są te uwarunkowane genetycznie, czyli hipercholesterolemia rodzinna. Szacuje się, że choruje na nią 150-160 tys. pacjentów, natomiast zdiagnozowanych jest, niestety, tylko ok. 3,5-4 tys.

Hipercholesterolemia jest jednym z głównych czynników ryzyka miażdżycy i jej powikłań, w tym zawału serca. Skala problemu jest więc ogromna. Najważniejsze wyzwania to lepsze identyfikowanie i diagnozowanie pacjentów oraz budowanie świadomości społecznej na temat zaburzeń lipidowych, bo wiedza o tym jest wciąż niewielka. Także w środowisku lekarskim jest wiele do zrobienia, bo nawet nie wszyscy medycy dostrzegają wagę tego problemu i bywa, że nie reagują nawet wtedy, gdy pacjent ma wysokie stężenie cholesterolu LDL.

Hipercholesterolemia jest schorzeniem, które na początku nie boli i nie daje istotnych objawów klinicznych, w związku z tym pacjenci nie czują potrzeby leczenia. Dlatego też ta choroba jest tak bardzo groźna, bo ukryta, a jej skutki, nierzadko dramatyczne, dają o sobie znać dopiero po latach.

Dyskutując o problemie, jakim są zaburzenia lipidowe wśród Polaków, trzeba powiedzieć o pozytywnych decyzjach. Od blisko roku działa drugi — po programie dla pacjentów z hipercholesterolemią rodzinną — program lekowy z udziałem inhibitorów PCSK9, który jest dedykowany osobom po zawale serca. Wprawdzie liczba włączonych do niego pacjentów jest na razie niewielka, ale ośrodki realizujące program coraz lepiej radzą sobie z rekrutacją.

Ciesząc się z faktu, że program w ogóle wszedł w życie, trzeba wskazać, że kryteria kwalifikowania pacjentów do terapii inhibitorami PCSK9 są zbyt restrykcyjne. Do programu mogą być włączeni chorzy po zawale serca, ale pod warunkiem, że nie minął rok od tego zdarzenia, a pacjent dodatkowo miał wcześniej inne istotne schorzenie sercowo-naczyniowe, np. przebyty zawał albo udar mózgu bądź miażdżycę tętnic kończyn dolnych. Co więcej, stężenie LDL-C musi przekraczać 100 mg/dl, pomimo stosowania leków hipolipemizujących, takich jak statyna lub statyna z ezetymibem.

To zbyt surowe kryteria, dlatego wnioskujemy o ich złagodzenie. W pierwszej kolejności, w mojej ocenie, należy wydłużyć okres, w jakim pacjent może być zakwalifikowany do programu, czyli z roku od zawału do dwóch lat. Uważam też, że dostęp do leczenia powinni mieć pacjenci już po jednym ostrym zespole wieńcowym (OZW) lub z inną chorobą sercowo-naczyniową. Docelowo powinniśmy dążyć do tego, aby nie był to program profilaktyki wtórnej u pacjentów, którzy już mają bardzo istotną chorobę sercowo-naczyniową, ale przerodził się w program profilaktyki pierwotnej.

Dodam, że realizacja programu lekowego byłaby większa, gdyby mogły do niego przystąpić wszystkie ośrodki, które realizują program kompleksowej opieki po zawale mięśnia sercowego (KOS-zawał). Zarówno Ministerstwo Zdrowia, jak i NFZ powinny zrobić wszystko, by tak się stało. Kolejna ważna kwestia to dążenie do tego, by program KOS-zawał, który ponad wszelką wątpliwość ratuje zdrowie i życie osób po zawałach, realizowały wszystkie szpitale w Polsce, gdzie działają pracownie hemodynamiki i są leczeni interwencyjnie pacjenci z OZW. To co najmniej 160 placówek. Dla porównania: obecnie program KOS-zawał jest prowadzony w 78 szpitalach.

Pacjenci pytają: żeby skorzystać z programu lekowego, muszę czekać na drugi zawał?

Dr hab. n. med. Piotr Dobrowolski, prof. inst., kierownik Samodzielnej Poradni Lipidowej w Narodowym Instytucie Kardiologii:

(fot. Tomasz Pikuła)

Problemem jest nie tylko zbyt mała świadomość społeczna Polaków dotycząca zaburzeń lipidowych, ale także szerzącą się dezinformacja. Do naszych gabinetów trafia coraz więcej pacjentów, którzy są przeciwni przyjmowaniu leków hipolipemizujących, głównie statyn. Ruchy antystatynowe rosną w siłę i w Internecie można znaleźć szereg nieprawdziwych, szkodliwych informacji, które straszą i wprowadzają chorych w błąd.

Z perspektyw poradni, którą kieruję, mogę powiedzieć, że podstawą jest edukacja naszych pacjentów. Przyjmując ich w gabinetach, powinniśmy znaleźć czas na przekazanie im rzetelnych informacji o proponowanym leczeniu i celach, do których dążymy. Mówię pacjentom, że gdy obniżamy stężenie cholesterolu LDL tu i teraz, to zapobiegamy zawałowi serca, udarowi mózgu czy innym powikłaniom sercowo-naczyniowym w przyszłości.

Rozmowa o potrzebie leczenia hipolipemizującego jest zwykle łatwiejsza z pacjentami, którzy są obciążeni hipercholesterolemią rodzinną. Pod opieką w naszej poradni leczenia zaburzeń lipidowych mamy ponad 80 pacjentów z potwierdzoną genetycznie mutacją w jednym z trzech genów, które odpowiadają za rozwój tej choroby. Mamy też jedną z liczniejszych w Polsce grup pacjentów włączonych do programu leczenia inhibitorami PCSK9. I ta grupa stale się poszerza, zwłaszcza ostatnio, gdy zmieniono kryteria kwalifikowania do niego chorych.

Do tej pory, aby skorzystać z tych innowacyjnych leków hipolipemizujących, chorzy musieli mieć stężenie LDL-C powyżej 160 mg/dl, pomimo leczenia statyną i ezetymibem. Teraz ten „próg wejścia” do programu obniżono do 100 mg/dl. Dlatego aktywnie poszukujemy chorych, którzy mogą skorzystać z tej możliwości. Przeglądamy listy pacjentów, kontaktujemy się z osobami, które spełniają nowe kryteria. To bardzo ważne, by do nich dotrzeć. Bo pacjent osiągający cel terapeutyczny, to pacjent, który z dużą dozą prawdopodobieństwa uniknie zawału serca lub udaru mózgu, będzie normalnie żył, pracował, dbał o rodzinę.

To nasze sukcesy, ale mamy też porażki. Tak się czuję za każdym razem, gdy nie mogę włączyć do programu lekowego np. chorego z bardzo dużym ryzykiem sercowo-naczyniowym, będącego po zawale serca, bo nie spełnia wszystkich kryteriów. Pacjenci nie rozumieją, dlaczego muszą czekać na drugi zawał lub udar mózgu, by dopiero wtedy móc skorzystać z leczenia inhibitorami PCSK9. Dlatego nie tracę nadziei, że niebawem będziemy mogli włączyć do programu większą liczbę chorych, a tym samym leczyć ich zgodnie z obowiązującymi wytycznymi.

Procentują inwestycje w nowoczesne terapie lekowe

Dr Jerzy Gryglewicz, Instytut Zarządzania w Ochronie Zdrowia, Uczelnia Łazarskiego:

(fot. Archiwum)

Dyskutując o problemie, jakim są zaburzenia lipidowe, należy zwracać uwagę na ich skutki: zawały mięśnia sercowego czy udary mózgu, które są główną przyczyną zgonów Polaków. A u pacjentów, którzy przeżyją, są często przyczyną niepełnosprawności w różnym stopniu. Dyskutując o zdrowiu, często zapominamy o ogromnych kosztach ekonomicznych i społecznych, jakie niosą za sobą poszczególne choroby. Pacjenci znikają z rynku pracy, generują duże koszty w systemie ubezpieczeń społecznych. A hipercholesterolemia jest tym pierwszym ogniwem, które powoduje wystąpienie bardzo wielu chorób sercowo-naczyniowych. Jak zapobiegać konsekwencjom epidemii zaburzeń lipidowych?

Mieliśmy kilka prób, w tym roku chociażby program „Profilaktyka 40 plus”. Minister zdrowia zapowiedział, że osoby po 40. roku życia będą mogły bezpłatnie skorzystać z pakietu badań diagnostycznych, w tym z oceny stężenia cholesterolu i profilu lipidowego. Jak na razie liczba osób, które uczestniczą w tym programie, jest niewielka. Dlaczego tak się dzieje? Przede wszystkim nie wskazano w tym programie lekarza, który powinien być niejako koordynatorem, interpretującym wyniki i podejmującym decyzje co do dalszego postępowania. Plusem jest natomiast fakt, że Ministerstwo Zdrowia zauważyło problem, jakim jest hipercholesterolemia, widzi konieczność wykonywania badań profilaktycznych. Plusem jest również to, że konstruując nowe rozwiązania dla systemu ochrony zdrowia, zwraca się większą niż dotychczas uwagę na profilaktykę, przynajmniej deklaratywnie. To krok w dobrą stronę.

Decydenci muszą również pamiętać, że z punktu widzenia systemowego procentują inwestycje w nowoczesne terapie lekowe. Takim klasycznym przykładem problemu, który na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat udało się w ten sposób rozwiązać, jest kwestia AIDS. Jeszcze 20 lat temu AIDS było w Polsce chorobą stygmatyzującą. Obecnie, dzięki zabezpieczeniu tej grupy pacjentów w najnowocześniejsze terapie, choroba ta praktycznie przestała istnieć w obiegu opieki zdrowotnej jako istotny problem.

Podobne sukcesy udało się osiągnąć w wielu jednostkach chorobowych i wydaje się, że można by je powtórzyć także w obszarze chorób sercowo-naczyniowych. Podczas debaty zwracano uwagę na ograniczenia w dostępie do nowoczesnych leków hipolipemizujących, dziś osiągalnych dla wąskiej grupy pacjentów jedynie w ramach programów lekowych. Pozostaje mieć nadzieję, że decydenci, bazując na wynikach badań potwierdzających skuteczność terapii, będą dokonywać racjonalnych wyborów.

Godny uwagi jest pomysł integracji programu KOS-zawał ze wspomnianym programem lekowym. Dlaczego? Bo jeżeli będziemy mieli koordynowaną opiekę, połączoną z zapewnieniem odpowiedniej terapii pacjentom, którzy są dobrze zdiagnozowani, monitorowani i leczeni, to możemy się spodziewać, że synergia tych dwóch świadczeń istotnie poprawi efekty zdrowotne.

Warto wiedzieć

Do tej pory, aby skorzystać z leczenia inhibitorami PCSK9, chorzy z hipercholesterolemią rodzinną musieli mieć stężenie LDL-C powyżej 160 mg/dl, pomimo leczenia statyną i ezetymibem. Teraz ten „próg wejścia” do programu obniżono do 100 mg/dl.

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.