Potrójnie ślepa próba

lek. Sławomir Badurek
opublikowano: 16-07-2004, 00:00
Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
W izbie przyjęć młoda pani doktor pyta skierowaną do szpitala chorą, jakie brała leki. ?Od czasu do czasu piłam nitroglicerynę..." - zaczyna kobieta, ale nie kończy, bo lekarka natychmiast ją strofuje: ?Co pani opowiada, przecież nitrogliceryny się nie pije!". Przyzwyczajona do akademickiej polszczyzny, niedoświadczona pani doktor nie zdążyła się dowiedzieć, że niektórzy starsi ludzie nie łykają tabletek, tylko je ?piją".
Postanowiłem przyjść koleżance z pomocą. Pomogło. Dość szybko udało się ustalić, że leciwa niewiasta przyjmowała jeszcze długo działający nitrat, dwa leki hipotensyjne oraz tajemniczy preparat na literkę ?o", który okazał się Nootropilem. Już po przyjęciu do szpitala dowiedzieliśmy się, że w codziennym użyciu były także różne tabletki i czopki o działaniu przeciwbólowym. Informacje na ten temat udało się nam dosłownie wyciągnąć od córki pacjentki, bo kto by tam zawracał doktorom głowę lekami dostępnymi bez recepty. Summa summarum dotarliśmy do prawdy.
Nie zawsze to się udaje. Często mamy do czynienia z chorym, który za żadne skarby nie może sobie przypomnieć nazw przyjmowanych leków. W lecznictwie ambulatoryjnym rzadko jest możliwość uwiarygodnienia tego, co mówi chory. Nie ma też, w odróżnieniu od szpitala, aż tyle czasu na uzupełnienie danych z wywiadu.
Brak wyczerpujących informacji na temat dotychczas stosowanych leków prowadzi do absurdów. Pacjentowi przepisuje się na przykład lek, który od dawna przyjmuje, tyle że pod inną nazwą handlową, lekarz kojarzy farmaceutyki z tej samej grupy terapeutycznej lub leki wchodzące ze sobą w niepożądane reakcje. Osobny problem to dawkowanie. Według danych z raportu WHO, poświęconego terapiom długoterminowym, w krajach wysoko rozwiniętych ponad połowa leczonych z powodu chorób przewlekłych przyjmuje leki niezgodnie z zaleceniami lekarza. Zapominanie, depresja, zaabsorbowanie własną chorobą, brak czytelnych (dosłownie!) zaleceń lekarza należą do najczęściej wymienianych przyczyn. U nas koniecznie wypada wspomnieć o biedzie, wymuszającej to, że leki, szczególnie te drogie, przyjmuje się rzadziej i w mniejszych dawkach niż zalecono. No i jest jeszcze problem Goździkowej - sąsiadki-lekomanki, która w sprawie medykamentów jest większym autorytetem niż lekarz czy farmaceuta.
Być może nie wszyscy i nie do końca zdają sobie z tego sprawę, ale nie jest wcale rzadkością, że lekarz nie wie, czym leczony jest jego pacjent. Ten z kolei też może mieć, z przyczyn wspomnianych wyżej, ledwie blade pojęcie, co tak naprawdę przyjmuje.
Może chociaż NFZ albo resort zdrowia ma dokładne dane na temat farmakoterapii? Jeśli weźmiemy pod uwagę, że na leki wydajemy 2,5 proc. PKB, taka wiedza wydaje się być oczywista. Ale nie w Polsce, gdzie pełnych danych na temat wydatków na leki nie ma żadna instytucja.
A zatem nikt nic nie wie. Gdyby chodziło o precyzyjnie zaplanowany eksperyment naukowy, a nie naszą zagmatwaną rzeczywistość, mówilibyśmy o potrójnie ślepej próbie.




Źródło: Puls Medycyny

Podpis: lek. Sławomir Badurek

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.