Po pierwsze: rozmawiać

Hanna Samson
opublikowano: 29-10-2010, 00:00

Gdy w małżeństwie pojawia się problem, warto go rozwiązać. Pierwszy krok to zwyczajna rozmowa. Niestety, trzeba do niej dwojga, a o to wcale niełatwo. Są osoby, które w sztuce unikania rozmowy doszły do perfekcji. Po co? Nie wiadomo.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Kiedy przychodzi do mnie kobieta i opowiada o problemach w związku, pytam zwykle, czy rozmawiała o tym z partnerem.

— Próbowałam — to najczęstsza odpowiedź. — Ale mąż nie lubi rozmawiać.

Hm. Skoro nie lubi, to nie rozmawia. Ona zaczyna coś mówić, on na to: znowu zaczynasz? Albo: ty znowu swoje! Albo: nie truj! I już. Rozmowa skończona. Można spokojnie poczytać gazetę lub pooglądać telewizję. Jeśli kobieta dalej mówi, można wstać, złożyć gazetę i wyjść z domu, rzucając na odchodnym:

— W tym domu się nie da wytrzymać!

To wcale nie takie rzadkie. No dobrze, bądźmy sprawiedliwi. Czasem kobiety też są mistrzyniami uniku, zwłaszcza gdy problem dotyczy ich samych. Pracoholiczka wpada do domu wieczorem i natychmiast włącza komputer.

— Chciałbym z tobą porozmawiać — mówi mąż.

— Chyba widzisz, że jestem zajęta. Muszę na jutro skończyć sprawozdanie.

Inny sposób unikania rozmowy to prowadzenie rozmów pozornych. W tym specjalizują się obydwie płci, ale chyba bardziej mężczyźni. W takich rozmowach, niezależnie od tego, co powie partnerka, partner wskakuje w stare koleiny i pędzi naprzód, nie oglądając się na nią. Koleiny prowadzą z grubsza w dwóch kierunkach.

1. Odrzucamy wszystko, co mówi partnerka i przystępujemy do ataku, starając się trafić w czuły punkt, co stwarza szansę, że partnerka się obrazi i po kłopocie:

— Oczywiście! Jak zwykle masz do mnie pretensje! Jesteś taka sama jak twoja matka. Tobie też jeszcze nikt nie dogodził!

2. Bohatersko, choć nie bez ironii, bierzemy całą winę na siebie, zamykając partnerce usta:

— Jasne, to wszystko moja wina! Ty jak zwykle jesteś pokrzywdzona!

W zależności od rodzinnych rytuałów przerzucamy się podobnymi argumentami albo któryś z nich uważamy za kończący sprawę. W ten sposób udaje się nam uniknąć rozwiązywania nawet małych problemów, a co dopiero mówić o dużych. Oczywiście, nie bez konsekwencji. Brak komunikacji sprawia, że ludzie, kiedyś sobie bliscy, coraz bardziej oddalają się od siebie, aby po latach stwierdzić, że są sobie obcy.

Niedawno rozmawiałam z kobietą, która zamierza rozstać się z mężem. Nie jest jednak pewna swojej decyzji, bo właściwie wszystko jest w porządku. Tyle że niewiele ich łączy poza mieszkaniem i dwiema córkami.

— Pytam go, jak tam w pracy. Dobrze — odpowiada. I koniec. Nie znam jego poglądów na żaden temat. Gdy jest jakiś kłopot z córkami, boję mu się o tym powiedzieć, bo nim zdążę wyjaśnić, o co chodzi, on już na nie nawrzeszczy. Nie wiem, co on myśli o wychowaniu, nie wiem, czy w ogóle o tym myśli, nawet nie wiem, co myśli o mnie. Niby nie mogę narzekać: zarabia na dom, wraca po pracy, całą rodziną jeździmy na zakupy. Ale nie czuję z nim żadnej bliskości.

— Czy on wie, że pani myśli o rozwodzie? — pytam.

— Mówiłam mu. Machnął ręką i powiedział: Rób co chcesz. Ja sobie poradzę. Ale chyba się zaniepokoił, bo następnego dnia przyniósł mi kwiaty. Proponowałam, żebyśmy razem poszli do psychologa, ale on nie chce o tym słyszeć. Nie wierzę w psychologów — odpowiedział.

Jakby to była kwestia wiary! Psycholog to nie Bóg i nie trzeba w niego wierzyć. Wystarczy sprawdzić, czy spotkanie z nim coś zmienia. Ale po co? Lepiej trwać w tym, co jest, i udawać, że nie ma problemu. Niech inni się martwią.

Niedawno zjawił się u mnie mężczyzna z żoną i dorosłą córką. Dlaczego przyszedł? Bo córka ma problemy i jego obecność tutaj podobno może jej pomóc. On sam problemów nie ma. Co prawda pije, ale nie uważa się za alkoholika. Z żoną, odkąd kilka lat temu ją zdradził, właściwie nie rozmawiają. Dla córki chyba nigdy nie był ważny, wszystkie sprawy załatwia z matką. Ale on nie chce nic zmieniać, przyszedł tu wyłącznie dla córki. Tak byle jak jest gotów przeżyć resztę życia. Dlaczego? Macho sam sobie radzi w każdej sytuacji. A jeśli sobie nie radzi, to tym bardziej nie należy o tym mówić.

Czasem jedna rozmowa wystarczy, aby coś drgnęło. Abyśmy wyjrzeli z okopów i zobaczyli siebie nawzajem. Trzeba tylko nastawić się na rozwiązanie problemu, a nie na obronę siebie czy udowadnianie własnych racji. Trzeba nie tylko mówić, ale i słuchać. Próbować zrozumieć. Czasem jedna taka rozmowa wystarczy, byśmy znów poczuli się bliżej. Kłopot w tym, że trzeba ją podjąć i nie skierować w stare koleiny. l

 

 

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Hanna Samson

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.