Papuga na receptę: Zdrowych, spokojnych…

Jerzy Papuga
opublikowano: 19-12-2018, 01:23

Będąc niedawno na dorocznym „męskim przeglądzie okresowym” u swego lekarza rodzinnego, ucięliśmy sobie przy okazji badań pogawędkę o drobnych przyjemnościach, jakie niesie ze sobą coraz szybciej upływające życie. Kolejne święta za pasem, wypadało więc zacząć myśleć o prezentach oraz urządzaniu świątecznego stołu. I dlatego poruszyłem żelazny o tej porze temat nieodmawiania sobie różnych ryzykownych przyjemności, których codzienne nadużywanie nieodmiennie „stanowi przyczynę wielu bardzo groźnych chorób”.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Ku niejakiemu zaskoczeniu, mój rozmówca wcale nie okazał się niewolnikiem lekarskiej poprawności, ale przyznał do niepraktykowanej na co dzień („Boże broń”) ochoty ku płynnym produktom szkockiego i francuskiego rolnictwa oraz rodzimego bigosu. A że i ja nie jestem w tej mierze jakimś szczególnie zatwardziałym abstynentem, tym milej mi było słyszeć jego dość życiowe podejście do polskiej kultury stołu i ucztowania, która zezwala w święta bożonarodzeniowe jak najbardziej pofolgować sobie w jedzeniu i piciu.

Jerzy Papuga
Zobacz więcej

Jerzy Papuga

Doktor zalecił bowiem kosztować wszystkiego, co się na stole znajdzie („a nie jest prawem zakazane”), byleby tylko z umiarem, koniecznymi dużymi przerwami i pieszym lub rowerowym ruchem na świeżym powietrzu. Co z grubsza oznacza, że stół świąteczny „jest też od tego, żeby odeń wstawać”, a świeże powietrze to nie tylko droga do i od samochodu, ale także południowy i wieczorny spacer albo nawet jazda na rowerze, o ile pogoda pozwoli. Stąd zresztą domyśliłem się, że doktor jest kolarzem całorocznym, a nie tylko sezonowym.

Te zalecenia wydały mi się dość znajome, bo nieświadomie stosowane od lat, ale uzupełniłem je jeszcze o wyłączenie na święta telewizora i skoncentrowanie się na rozmowie z bliskimi oraz odłożenie spraw zawodowych na bardzo daleką półkę. Czego lekarz terapeutycznie na wszelki wypadek nie wykluczył, ale pod warunkiem odwieszenia na kołek wszelkich rozmów o polityce czy innych potencjalnych zarzewi domowych kłótni i rękoczynów. W moim przypadku jest to od lat mniej lub bardziej ściśle wdrażane, bo rokrocznie święta naznaczone są tłumem gości z kraju i z zagranicy, którzy nawiedzają nasze puste na co dzień przytulisko — opróżniając domowe zapasy z tego i owego. Nie wspominając o pałaszowaniu upichconych nocą, metodą prób i błędów, dwunastu potraw, co jest wyłączną domeną żony i córek, a w razie smakowych niepowodzeń nie stanowi żadnego powodu do domowej sprzeczki.

Nawet jeśli przy tak pluralistyczno-zagranicznym stole toczy kogoś jakiś polemiczny robak, to po prostu nie ma przyzwolenia na jad — skoro niewidziani dawno ludzie chcą się sobą nacieszyć, obcując pod naszym dachem dobrowolnie i wyłącznie dla własnej przyjemności.

Wspólnie z panem doktorem, mierzącym mi w międzyczasie ciśnienie, doszliśmy do wniosku, iż spotkania w szerszym gronie w czasie świąt mają swoją wielką wartość terapeutyczną. Mimo niewątpliwego obciążania zjadliwymi toksynami takich organów wewnętrznych, jak wątroba, trzustka czy żołądek. Ale skoro obowiązuje już taki polskoświąteczny uzus, to czy warto być mu przeciw? Oczywiście, nie warto, nawet gdy inny wymiar świąt jest nam obojętny lub zgoła obcy. Jeśli już, to warto postarać się o uzupełnienie obfitego stołu jakąś inną świąteczną treścią, która bywa codzienną składową naszego dobrostanu i zdrowia. Dla przykładu: rozmową o rzeczach małych i wielkich, skromnymi, ale miłymi i spodziewanymi prezentami, ulubioną muzyką świąteczną, jazzową bądź symfoniczną, spacerem po lesie lub lekturą podarowanej pod choinkę książki.

Święta mają być przytulne, domowe, miłosne, rozgrywać się w gronie rodziny i przyjaciół, ale też nacechowane naszą równowagą wewnętrzną, małymi przyjemnościami i domowym szczęściem. Jeśli tego nie ma, gwarantowane są niestrawności, zatrucia, a nawet stany przedszpitalne, czego nikomu nie należy życzyć.

Oddzielną kwestią jest wolny talerz dla niespodziewanego gościa; tu filozoficznie wobec pana doktora zauważyłem, że nie po to się go na świątecznym stole stawia, aby miejsce przy nim pozostawało puste. Jeśli więc zaproszeniem do naszego wspólnego stołu możemy komuś wypełnić pustkę samotnego życia, to uczyńmy to, nie nachalnie, ale zwykłym ludzkim gestem, a naszemu obopólnemu zdrowiu na pewno to bardzo dopomoże.

Receptą jest więc stworzenie takiego świątecznego klimatu, który uwypukli w naszym życiu same pozytywy, jak wzajemna miłość, bezinteresowna przyjaźń czy poczucie sensu w pomaganiu innym, czemu pan doktor przytaknął jako niezbędnym składnikom zdrowego i szczęśliwego życia. Stwierdzając u mnie następnie ciśnienie w „normie wiekowej”, ale cholesterol jednak lekko podwyższony. A więc zdrowych, spokojnych…

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Jerzy Papuga

Najważniejsze dzisiaj
Puls Medycyny
Felieton / Papuga na receptę: Zdrowych, spokojnych…
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.