Pandemia wygenerowała ogromny dług kardiologiczny

Oprac. Monika Rachtan
opublikowano: 07-12-2021, 11:35

Od marca 2020 r. do września 2021 r. zarejestrowano w Polsce 140 529 tzw. nadmiarowych zgonów, czyli przekraczających średnią liczbę z porównywalnych okresów kilku ostatnich lat. Jak wskazują eksperci, największą nadwyżkę zgonów – 17-procentową - zanotowano w populacji pacjentów kardiologicznych.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
“Obserwujemy obecnie, że zgłaszają się do nas osoby w znacznie bardziej zaawansowanych stadiach chorób niż było to przed pandemią. Pacjenci ci też, z uwagi na gorszy stan ogólny, wymagają wprowadzenia intensywniejszej terapii już na początku leczenia” - zwrócił uwagę prof. dr hab. n. med. Przemysław Mitkowski.
Fot. Archiwum

Codziennie docierają do nas zatrważające informacje, dotyczące liczby zgonów z powodu COVID-19. W czasie ostatnich miesięcy pandemii wyginęły całe „miasteczka” zakażonych koronawirusem, co przekłada się choćby na skrócenie długości życia w populacji kobiet i mężczyzn w Polsce. Wszyscy jesteśmy świadomi faktu, że liczba zgonów spowodowanych trwającą 20 miesięcy pandemią jest dużo wyższa niż raportowana przez Ministerstwo Zdrowia.

Nadmiarowe zgony w ogromnej większości nastąpiły wskutek utrudnień w dostępie do świadczeń opieki zdrowotnej w warunkach pandemii. Problemy osób przewlekle chorych z kontrolną wizytą u specjalisty czy odwoływane planowe zabiegi chirurgiczne przyczyniają się do tego, że dług zdrowotny związany z sytuacją epidemiologiczną rośnie w niepokojącym tempie. A pojawienie się nowej mutacji wirusa SARS-CoV-2 - Omikron może tylko sytuację skomplikować.

Wielu chorych nie otrzymało pomocy na czas

Jeszcze przed wybuchem pandemii koronawirusa, w Polsce z powodu schorzeń sercowo-naczyniowych (s-n) umierało o 30 proc. więcej osób niż w krajach Europy Zachodniej. Obecnie chorzy kardiologiczni to populacja, która w największym stopniu wpływa na wzrost długu zdrowotnego w czasie pandemii. W ocenie prof. dr. hab. n. med. Przemysława Mitkowskiego, kierownika Pracowni Elektroterapii Serca I Kliniki Kardiologii Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, prezesa Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego, wiele elementów złożyło się na problemy tych chorych z dostępem do opieki specjalistycznej.

– Pierwszym, bardzo poważnym problemem, który obserwowaliśmy szczególnie na początku pandemii COVID-19, był strach chorych przed kontaktem z ochroną zdrowia. Wówczas w mediach pokazywane były bardzo drastyczne obrazy z sal szpitali covidowych. Pacjenci bali się zakażenia koronawirusem i próbowali „przeczekać” swoje dolegliwości w domu, odkładając wizytę u lekarza na tzw. „lepsze czasy” - stwierdza prof. Mitkowski.

Pandemia jest już z nami blisko dwa lata i nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, jak długo jeszcze będzie. Wraz z upływem czasu chorzy zaczęli jednak przyzwyczajać się do trudnej sytuacji epidemiologicznej i poprawiła się ich zgłaszalność do kardiologów. Nieoceniony wpływ na to miało też wprowadzenie powszechnych szczepień.

– Nie zmienia to jednak faktu, że wielu chorych nie otrzymało pomocy na czas i zmarło z powodu chorób sercowo-naczyniowych, wielu przeszło zawały serca, udary mózgu i pomimo ostrych objawów, nie zgłosiło się na czas do lekarza. Skutki takiego zachowania wpłynęły znacząco na rokowanie odległe - pogorszyły stan zdrowia pacjentów, obniżyły ich sprawność, wymogły konieczność intensyfikacji leczenia. Stąd też Polskie Towarzystwo Kardiologiczne rozpoczęło akcję: „Nie zostań w domu z zawałem”. To bardzo ważna i - jak widać z przedstawionych danych - potrzebna akcja edukacyjna, która ma zapobiegać zbyt późnym rozpoznaniom zawału serca - wskazuje prezes PTK.

Więcej przypadków zaawansowanej choroby

Jak wiadomo, zawał serca, udar mózgu czy zaostrzenie niewydolności serca to przypadki kliniczne, w których czas do rozpoczęcia skutecznego leczenia determinuje późniejsze losy chorego. Brak szybkiej interwencji w tych zdarzeniach powoduje narastanie objawów i pogarsza rokowania pacjenta.

Kolejnym czynnikiem, mającym wpływ na wzrost długu kardiologicznego, był problem z rozpoznawaniem nowych przypadków chorób przewlekłych, zwiększających ryzyko sercowo-naczyniowe.

– Utrudniony kontakt z opieką zdrowotną sprawiał, że wiele czynników ryzyka zdarzeń s-n, takich jak nadciśnienie tętnicze, hipercholesterolemia czy cukrzyca, nie było rozpoznanych i leczonych na czas, ponieważ dostęp do lekarzy rodzinnych i specjalistów był utrudniony. W praktyce obserwujemy obecnie, że zgłaszają się do nas osoby w znacznie bardziej zaawansowanych stadiach chorób niż było to przed pandemią. Pacjenci ci też, z uwagi na gorszy stan ogólny, wymagają wprowadzenia intensywniejszej terapii już na początku leczenia - tłumaczy prof. Mitkowski.

Zabiegi planowe nie będą odraczane?

Ograniczenie świadczeń kardiologicznych w okresie pandemii było także związane z zaleceniami światowych i polskich towarzystw naukowych, które rekomendowały odroczenia zabiegów planowych. Prof. Mitkowski wyjaśnia, że na początku pandemii żaden z tworzących wspomniane zalecenia ekspertów nie przypuszczał, że może ona trwać przez niemal dwa lata.

– Z danych Ministerstwa Zdrowia wynika, że liczba hospitalizacji w zakresie kardiologii w 2020 r. spadła aż o 25 proc. Także liczba przeprowadzanych inwazyjnych procedur kardiologicznych w tym samym roku spadła o ok. 10-20 proc. w porównaniu do roku 2019. Prezentowane dane jednoznacznie wskazują, że liczba zabiegów zmniejszyła się, ale przyczyną tej sytuacji nie był spadek zapadalności na choroby sercowo-naczyniowe, a właśnie odraczanie terminu zabiegów planowych, przekształcanie dużych oddziałów kardiologicznych w oddziały covidowe oraz obawy pacjentów przed zakażeniem - mówi kardiolog.

Z czasem eksperci jednoznacznie zmienili swoje stanowisko w tym zakresie i obecnie zabiegi planowe w kardiologii są realizowane, a praca oddziałów kardiologicznych, pomimo czwartej fali pandemii i ogromnych wyzwań związanych z leczeniem chorych na COVID-19, nie została wstrzymana.

Polska krajem wysokiego ryzyka sercowo-naczyniowego

W 2021 r. opublikowane zostały wytyczne PTK dotyczące prewencji chorób sercowo-naczyniowych. W ramach tych zaleceń publikuje się tzw. skale 10-letniego ryzyka wystąpienia objawowej choroby układu sercowo-naczyniowego i zgonu sercowo-naczyniowego (ryzyko niskie, pośrednie, wysokie i bardzo wysokie). Skale te są opracowywane na podstawie takich parametrów, jak: płeć, wiek, palenie tytoniu, wartość ciśnienia skurczowego, wartość cholesterolu nie-HDL. W roku 2021 Polska znalazła się w trzeciej grupie krajów, co oznacza, że ryzyko wystąpienia chorób s-n w populacji polskiej jest wysokie.

– W Polsce, jak i w innych krajach naszego regionu, oddziałują jeszcze inne, poza wspomnianymi, czynniki ryzyka wystąpienia objawowej choroby układu sercowo-naczyniowego i zgonu sercowo-naczyniowego. Wśród tych czynników wymienia się przede wszystkim: brak aktywności fizycznej, złą dietę, nadwagę oraz przewlekły stres. Drugi bardzo istotny element wpływający na wysokie ryzyko s-n to wydłużenie średniej długości życia Polaków. W ciągu ostatnich 25 lat średnia długość życia w populacji polskiej wydłużyła się o 7 lat. Bardzo niepokojąca jest jednak istotna różnica średniej długości życia w populacji kobiet i mężczyzn, która sięga 8 lat - zaznacza prof. Mitkowski.

Ekspert zwraca także uwagę na fakt, że w Europie Zachodniej u osób poniżej 65. r.ż. pierwszą przyczyną zgonu nie są już choroby układu sercowo-naczyniowego, a choroby nowotworowe, w Polsce jest inaczej.

– Oczywiście globalnie choroby układu sercowo-naczyniowego nadal pozostają pierwszą przyczyną zgonu w tym regionie, ale nie w populacji tworzącej produkt krajowy brutto - tłumaczy kardiolog.

Epidemii niewydolności serca można zapobiec

Prof. dr hab. n. med. Piotr Podolec, kierownik Kliniki Chorób Serca i Naczyń Instytutu Kardiologii UJ CM oraz pełnomocnik ds. chorób rzadkich w Krakowskim Szpitalu Specjalistycznym im. Jana Pawła II, podkreśla, że niewydolność serca (NS) jest już od wielu lat epidemią w Polsce. Obecnie ponad 1 milion osób cierpi na przewlekłą NS.

– Najnowsze europejskie i polskie wytyczne z 2021 roku dotyczące leczenia przewlekłej niewydolności serca zwracają szczególną uwagę na konieczność wprowadzenia w pierwszej kolejności zasad prewencji. Wymienia się tu takie czynniki, jak podwyższone ciśnienie tętnicze, hipercholesterolemia, cukrzyca, nadwaga, palenie tytoniu, brak aktywności fizycznej i niewłaściwa dieta, które odpowiadają za podwyższone ryzyko występowania przewlekłej niewydolności serca. W ostatnich 5 latach opublikowano wyniki ponad 20 badań klinicznych, które radykalnie zmieniły dotychczasowy sposób jej farmakologicznego leczenia. Przede wszystkim stwierdzono, że nowe cząsteczki: flozyny i sakubitryl/walsartan, wskazane w leczeniu przewlekłej niewydolności serca, wydłużają życie i poprawiają jego jakość - dodaje prof. Podolec.

Kardiologia
Ekspercki newsletter przygotowywany we współpracy z kardiologami
ZAPISZ MNIE
×
Kardiologia
Wysyłany raz w miesiącu
Ekspercki newsletter przygotowywany we współpracy z kardiologami
ZAPISZ MNIE
Administratorem Twoich danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska). Klauzula informacyjna w pełnej wersji dostępna jest tutaj

Dla klinicystów to najważniejsza informacja, ponieważ wydłużenie życia pacjentów i poprawa jakości są nadrzędnym celem prowadzonej diagnostyki i terapii.

– Dowody przedstawione w wynikach badań - dodaje kardiolog - jednoznacznie utrzymują nas w przekonaniu, że stosowanie nowoczesnych terapii farmakologicznych jest dziś koniecznością i obowiązkiem. Stąd też te nowe cząsteczki: sakubitryl/walsartan i flozyny, znalazły się w 2021 roku w wytycznych ESC/PTK leczenia przewlekłej niewydolności serca. Wspomniana poprawa jakości życia jest ściśle związana ze zmniejszoną liczbą hospitalizacji pacjentów z niewydolnością serca.

Problem częstych hospitalizacji w niewydolności serca nierzadko wynika z pewnych zaniedbań, związanych z przyjmowaniem leków czy przestrzeganiem zaleceń lekarskich. Ale także wiąże się on z naturalnym, postępującym przebiegiem tej choroby i stanowi wyzwanie w opiece nad tą populacją pacjentów. Poza wyżej wymienionymi faktami należy także podkreślić, że wdrożenie tej terapii poprawia zdecydowanie farmakoekonomię leczenia przewlekłej niewydolności serca.

Flozyny uzupełniły klasyczną terapię NS

W ostatnich 2-3 latach kolejna cząsteczka otrzymała status fundamentalnej w leczeniu pacjentów z przewlekłą niewydolnością serca.

– Jest nią inhibitor SGLT2, potocznie zwany flozyną. Flozyny to leki wykorzystywane od kilkudziesięciu lat w terapii pacjentów z cukrzycą typu 2. Najnowsze wyniki badań wskazały jednak, że niezależnie od występowania cukrzycy, flozyny odgrywają kluczową rolę w terapii przewlekłej NS. Stąd flozyny znalazły się w pierwszej linii farmakoterapii w przewlekłej niewydolności serca. Zgodnie z najnowszymi wytycznymi, powinniśmy je wprowadzać tuż po rozpoznaniu NS u pacjenta - wskazuje prof. Podolec.

Przypomina, że obecnie w terapii niewydolności serca stosowana jest tzw. wielka czwórka leków - od wielu lat beta-adrenolityki i blokery mineralokortykoidów, a od 2021 r. doszły: sakubitryl/walsartan oraz flozyny.

– Zarejestrowane są dwie cząsteczki flozyn - dapagliflozyna i empagliflozyna – które uzyskały rekomendacje w leczeniu przewlekłej niewydolności serca z upośledzoną kurczliwością serca. Na podstawie przytoczonych wytycznych możemy dziś mówić, że w 2021 r. doszło do bardzo istotnych zmian w terapii pacjentów z przewlekłą NS - podkreśla prof. Podolec.

Dotychczasowe wytyczne (z 2016 roku) wskazywały na konieczność wprowadzania leków u chorych z niewydolnością serca stopniowo.

– Docelowa terapia, zgodnie z obowiązującymi do 2021 r. wskazaniami, miała być osiągnięta w ciągu 6 miesięcy od rozpoznania przewlekłej NS. Nowe wytyczne całkowicie zmieniają paradygmat zarządzania leczeniem. Wskazują na konieczność podawania leków w innej kolejności niż dotychczas, a docelowa terapia powinna zostać wprowadzona do 4 tygodni od rozpoznania choroby - wyjaśnia kardiolog.

Farmakoekonomiczne korzyści z nowoczesnych terapii

Opieka nad pacjentami z przewlekłą niewydolnością serca jest dla systemu ochrony zdrowia ogromnym obciążeniem finansowym i wyzwaniem organizacyjnym. Jak wskazuje prof. Podolec, chorzy, z uwagi na powtarzające się zaostrzenia choroby, wymagają częstych hospitalizacji, co generuje wysokie koszty. Niewydolność serca jest najczęstszą przyczyną hospitalizacji w Polsce i stanowi prawie 40-50 proc. wszystkich hospitalizacji.

– Wyobraźmy sobie, że obecnie aż milion pacjentów z przewlekłą niewydolnością serca wymaga diagnostyki i związanej z nią hospitalizacji, a następnie leczenia. W fazie mało zaawansowanej choroby pacjenci najczęściej wymagają 1-2 hospitalizacji w ciągu roku. Pomnożenie tych potrzeb przez liczbę chorych w naszym kraju pokazuje, jak ogromne nakłady finansowe generuje to schorzenie. Gdy powiększymy liczbę chorych o pacjentów z zaawansowaną niewydolnością serca, którzy wymagają niekiedy wielotygodniowych hospitalizacji, widzimy, jak poważny jest to problem zdrowotny i systemowy, który wymaga odpowiedniego zaadresowania - argumentuje prof. Podolec.

Przyznaje, że polską kardiologię dręczy dziś wiele problemów, także systemowych, a wszystkie wymagają wprowadzenia odpowiednich i niejednokrotnie pilnych działań.

– W pierwszej kolejności niezwykle istotne wydaje się zapewnienie chorym z niewydolnością serca dostępu do nowoczesnych terapii farmakologicznych, których stosowanie jest zgodne z wytycznymi ESC/ PTK. Gdy popatrzymy na ten problem globalnie i zastanowimy się, jakie korzyści ekonomiczne mogą wynikać z refundacji nowych cząsteczek, zauważymy, że w dłuższej perspektywie czasowej środki przeznaczone na finansowanie nowoczesnej farmakoterapii zwrócą się w ciągu kilku miesięcy. Pojawią się bowiem oszczędności związane z redukcją liczby hospitalizacji w populacji pacjentów z niewydolnością serca oraz zmniejszeniem zdarzeń sercowo-naczyniowych, które wymagają nagłej interwencji specjalistycznej - tłumaczy specjalista.

A warto pamiętać, że ograniczenie liczby hospitalizacji to także poprawa jakości życia i możliwość powrotu do pracy.

– Każdy pobyt w szpitalu, wynikający przecież z zaostrzenia choroby, to pogarszanie rokowania pacjenta, to także ogromny stres, którego następstwem są często kolejne dolegliwości sercowo-naczyniowe i wielonarządowe. Ograniczenie hospitalizacji to wreszcie także bardzo ważny cel w czasie pandemii COVID-19. Z uwagi na utrudniony dostęp do specjalistycznej opieki kardiologicznej powinniśmy dążyć dziś do zapewnienia dostępu do skutecznych i bezpiecznych terapii farmakologicznych, które chorzy mogą stosować w domu. Dzięki temu zapewnimy im komfort terapeutyczny, ograniczymy liczbę nagłych zdarzeń sercowo-naczyniowych i odciążymy „zapchane” szpitale” - uzupełnia prof. Podolec.

„Nasi pacjenci nie mają czasu”

W związku z dużym wzrostem liczby pacjentów z COVID-19 coraz więcej szpitali, oddziałów lub ich części jest przekształcanych w covidowe.

– To w konsekwencji prowadzi do zatoru w dostępie do opieki nad pacjentami z chorobami serca i naczyń – zwraca uwagę kardiolog dr n. med. Marta Kałużna ze Szpitala Przemienienia Pańskiego w Poznaniu, prezes Polskiego Stowarzyszenia Osób z Niewydolnością Serca. - Już przed pandemią niewydolność serca była pierwszą przyczyną zgonów w Polsce. Populacja chorych z NS wymaga szczególnej uwagi, zwłaszcza w czasie pandemii SARS-CoV-2. Dlatego tak ważne jest szczepienie się, bo nawet jeśli nie w pełni chroni przed zakażeniem koronawirusem, to ogranicza ryzyko ciężkiego przebiegu COVID-19, a u chorych na NS ma to ogromne znaczenie. Musimy zrobić wszystko, by zabezpieczyć system opieki dla tej grupy pacjentów.

Specjalistka apeluje o społeczną odpowiedzialność.

– Potrzebne jest wprowadzenie takich rozwiązań, jak dostęp do nowoczesnej, zgodnej z wytycznymi Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego i Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego farmakoterapii, która poprawia rokowanie w leczeniu niewydolności serca, ograniczając tym samym hospitalizacje, które finansowo najbardziej obciążają system ochrony zdrowia. Są jednocześnie oznaką pogarszającego się stanu chorych, a dodatkowo obciążają psychicznie nie tylko samych pacjentów, ale i ich rodziny. Decydenci, w tym minister zdrowia, powinni jak najszybciej skierować wzrok w stronę tej grupy chorych. Nasi pacjenci nie mają czasu. Część z nich nie doczeka wprowadzenia tych rozwiązań, nad czym jako lekarze, ale też po prostu ludzie ubolewamy – przekonywała dr Marta Kałużna.

Źródło: Puls Medycyny

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.