Ostrzej, ale bez skalpela: Zdrowie bez znieczulenia

Marek Stankiewicz
opublikowano: 24-01-2018, 00:00

Polityka to taka dziwna dziedzina życia, w której nie wystarczy mieć rację. Trzeba również do niej umieć przekonać innych, a perswazję znacznie ułatwia posługiwanie się wynalazkiem Fenicjan. Podobnie uważał dr Konstanty Radziwiłł, kiedy jako prezes Naczelnej Rady Lekarskiej w latach 2001-2009 przekonywał, że bez 6 proc. PKB na zdrowie nie ma o czym mówić. W kręgach ówczesnej władzy był wręcz znany ze swej pryncypialności i zaciętości.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Potem, minister zdrowia Radziwiłł i jego rządowi akolici znów rozprawiali o pieniądzach. Tyle tylko, że o tych, które mają być w 2025 roku i przekonywali, że teraz wszystko jest pod kontrolą. Okazało się się, że pieniądze niejedno mają imię. W ustach protestujących lekarzy rezydentów brzmią jako publiczne fundusze na leczenie ludzi, zaś w ustach przebiegłych polityków jako kasa do kieszeni pazernych lekarskich żółtodziobów, którzy nawet jeszcze dobrze nie zmierzyli się z wyzwaniami w zawodzie. A już podskakują. „Ci lekarze, którzy odmawiają pracy na dyżurach, robią to z rozmysłem, aby skomplikować pracę szpitali, sparaliżować je” — oznajmiał Konstanty Radziwiłł na antenie RMF FM tuż przed swoją dymisją.

Marek Stankiewicz
Zobacz więcej

Marek Stankiewicz

Minister Radziwiłł próbował zaklinać rzeczywistość. Nie ma przecież dwóch sortów lekarzy: zdrajców i patriotów. Radziwiłł gasił środowiskowe pożary, tak jakby pomylił hydrant z dystrybutorem paliw. Nie wiadomo po co, po 20 latach wymeldował się na własne życzenie z Naczelnej Rady Lekarskiej. Zgodnie z grudniowym rozporządzeniem ministra, dyrektor szpitala ma teraz zdecydować, że np. na chirurgii będzie dyżurował ginekolog, a na neurologii i laryngologii internista. Chirurg pewnie poradzi sobie z dyżurowaniem na neurologii, ale neurolog na chirurgii już niekoniecznie. Nie można wrzucać jednego rezydenta na dyżur na pół szpitala powiatowego. I jeszcze dumnie nazywać to optymalizacją. Przecież on/ona niewiele umie i robi pod siebie ze strachu, bo nie jest w stanie ogarnąć wielu przypadków naraz. A wsparcie starszego kolegi w domu pod telefonem nie zawsze wystarcza potem jako argument u prokuratora.

Umówmy się, że ministrowie: Kopacz, Arłukowicz i Radziwiłł to nie były medyczne giganty. Ich niemądre słowa wywierciły większą dziurę w ludzkich umysłach niż armatnia kula. Ale co gorsza, uruchomiły skrajnie złe emocje. Polscy piloci podobno mieli potrafić latać nawet na drzwiach od stodoły. Ale teraz polscy lekarze nie polecą na skalpelach i długopisach.

Przypominam, że w 1980 roku to właśnie 30-latkowie (miałem wtedy 27 lat), a nie jakaś tam starszyzna zawodowa, pokazała ówczesnemu reżimowi środkowy palec. Przyszło nam za to znosić blisko dziewięć lat gorzkich upokorzeń. Dyrekcje szpitali pomiatały lekarzami, nakazowo wpisując w umowy o pracę obowiązek pełnienia co najmniej sześciu dyżurów zakładowych miesięcznie. Nierzadko w terenie kończyło się na dziesięciu i więcej. A na niepokornych czekały szykany: niekończące się oddelegowania na zastępstwa do gminnych ośrodków zdrowia i pogotowia ratunkowego oraz szlaban na wyjazdy na staże cząstkowe do specjalizacji. Spora część mojego pokolenia nie wytrzymała tej presji. Bo nie od wszystkich można wymagać heroizmu. Wielu moich przyjaciół osiedliło się i doczekało teraz godziwej emerytury na odległych kontynentach. Chociaż szeptali, że wyjeżdżają, aby przeczekać komunę i zły czas. Czy oni teraz są szczęśliwi? Jedni bardziej, inni mniej. 

Kiedy dziś znów z ław sejmowej prawicy słyszę aroganckie i złowieszcze słowa „A niech sobie jadą!”, to przeżywam jakieś koszmarne déja` vu. Przecież tak samo kpił z mojego pokolenia apologeta stanu wojennego Jerzy Urban. Po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej kilkakrotnie odwiedziłem setki polskich lekarzy, którzy znaleźli swoje zawodowe spełnienie w Szwecji, Danii, Hiszpanii, Niemczech, Holandii i Irlandii Północnej. Powiem krótko — mało kto z nich zdecydował się na powrót do Polski. A jeśli im się w jednym miejscu nie ułożyło, to wyruszali jeszcze dalej w świat. Bo do czego tu wracać? Krajobrazu jak po bitwie? Nie sądziłem, że historia tak szybko zatoczy diabelski krąg.

Od 28 lat żaden minister zdrowia nie zabrał się skutecznie za koszyk świadczeń gwarantowanych. Oby prof. Łukaszowi Szumowskiemu się to udało. Bo to jest przecież fundamentalna informacja, na co pacjent ma liczyć w ramach darmowej pomocy, a na co nie. Bez niej ochrona zdrowia stanie się ruletką, gdzie tylko zwycięzca bierze wygraną, a krupierzy i kasyno zgarniają resztę. To jest praprzyczyna wszystkich problemów służby zdrowia. Potężnym źródłem frustracji jest fatalna organizacja pracy lekarzy. Niczym konie w kieracie, zaprzęgnięto młodych i starszych do sprawozdawczości bez nowoczesnych narzędzi informatycznych. Gabinet lekarski w publicznym szpitalu czy przychodni przestał być dla pacjenta oazą intymności niczym konfesjonał. Dziś bardziej przypomina filię biura NFZ niż pokój badań i ludzkich zwierzeń o swojej chorobie i nieszczęściu. 

Ale kogo to tak naprawdę obchodzi? Dymisja ministra Radziwiłła jako żywo sugeruje, że w rządzie już przyjęto strategię podejścia do protestu lekarzy rezydentów. Trudno będzie wyczekiwać na dialog i szukanie rozwiązań, jak starał się zasugerować nowy premier w swoim exposé. Zamiast tego na lekarzy czyha próba cynicznego rozegrania politycznego. Szef rządu do spotkań z lekarzami wcale się nie pali i do kolejnego boju będzie delegował ministra zdrowia i swoich urzędników. Tych samych, którzy swoją arogancją i publicznym oczernianiem protestujących lekarzy zdążyli już zbudować atmosferę nieufności i wrogości. Bo to oni gwarantują kolejną awanturę na starcie nowych negocjacji i oskarżenie lekarzy o obywatelskie chuligaństwo. Resztę załatwią rządowi propagandyści z radia i telewizji w czasie największej oglądalności. A wtedy misja każdego następnego ministra zdrowia będzie już tylko przypominać „Lot nad kukułczym gniazdem”.

Los chorego mieszkańca Polski paradoksalnie nie spoczywa tylko w rękach zmieniających się co jakiś czas ministrów zdrowia. Ciągle zależy od widzimisię zasiedziałej armii urzędników, z którymi przychodzi pracować kolejnym ministrom i szefom urzędów centralnych. To na ich biurka ministrowie składają zamówienia na nowe projekty ustaw i rozporządzeń, w nadziei na szybkie efekty. Ale równie szybko się rozczarowują, gdy podlegli urzędnicy pokornie meldują, że nic się nie da zrobić, dopóki... nie zmieni się wielu innych ustaw i rozporządzeń. Oczami przed zawiedzioną publicznością świecą potem ministrowie. A długoletni i dumni urzędnicy pozostają zawsze niewinni. Medycyna przegrywa z nimi w cuglach.

Kontakt z autorem: stankiewicz@hipokrates.org

 

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Marek Stankiewicz

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.