Ostrzej, ale bez skalpela: Solo czy w duecie

Marek Stankiewicz, stankiewicz@hipokrates.org
opublikowano: 11-04-2018, 13:54

W naszym pięknym kraju już teraz brakuje dwadzieścia tysięcy pielęgniarek i położnych. Odchodzą na wcześniejsze emerytury, wyjeżdżają do pracy w zachodniej Europie, zmieniają zawód i życiowe zajęcia. Bo w misyjnym naśladownictwie Florence Nightingale nie dostrzegają już szansy na życiową stabilizację. Są rozczarowane i rozżalone traktowaniem ich przez władze państwowe. Ale także przez środowisko młodych i starszych lekarzy, które — ich zdaniem — myśli tylko o sobie. I nigdy tak naprawdę nie wstawiło się za podniesieniem prestiżu pielęgniarek i położnych.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

W marcu GUS ujawnił, że średnie zarobki lekarzy w sektorze publicznym wyniosły 7150,28 zł, zaś w sektorze prywatnym 8152,29 zł. Konia z rzędem temu, kto namówi polskiego luminarza medycyny do ujawnienia swoich dochodów w kraju i za granicą, chronionych z mocy prawa. Oni nie strajkują ani głodują, co najwyżej zrzekają się urzędu konsultanta wojewódzkiego lub krajowego, jeśli są mocno naciskani na majątkowe wyznania. 

Zobacz więcej

Marek Stankiewicz

Fot. Archiwum

Ale szpitalne życie codziennie nadpisuje swój scenariusz. Lekarz i pielęgniarka na szpitalnym oddziale to duet nie do zastąpienia. Żadne pokrewne zawody medyczne nie mają szans na konkurowanie z tą parą. Żadne powikłanie u pacjenta po operacji nie da się wyprowadzić na prostą bez ich zaangażowania i wzajemnego zaufania. Pielęgniarki nie zastąpią lekarzy. Ale lekarze również nie poradzą sobie bez nich.

Lekarska młodzież, ośmielona ubiegłorocznym protestem głodowym, o którym usłyszał cały świat, w marcu dziarsko szturmowała okręgowe izby lekarskie z ogromnym apetytem na przejęcie jeśli nie władzy w samorządzie lekarskim, to z pewnością inicjatywy. Podgrzana przez nich niekiedy do białości atmosfera na zjazdach, oparta głównie na krytycznym stosunku do lekarskiej starszyzny i jej kwestionowaniu dokonań, raczej nie sprzyjała młodym. Chyba najbardziej skorzystali na tym lekarze dentyści, którzy pomimo mniejszości (22 proc.) obsadzili fotele prezesa izb lekarskich w Krakowie, Opolu, Gdańsku, Olsztynie, Toruniu i ponownie w Kielcach. Zastrzyk świeżej krwi bywa ozdrowieńczy pod warunkiem, że to tylko transfuzja zgodna z grupami krwi. A nie anafilaksja lub, co gorsze, pokoleniowa wojenka.

Polscy dentyści w swej ogromnej masie (ponad 36,6 tys.) już dawno poukładali swoje zawodowe życie po nowemu. Po prostu tak jak aptekarze sprywatyzowali i sami podnieśli na europejski poziom swoje warsztaty pracy. Pracują samodzielnie z pacjentami od rana do wieczora. Taryfa za ich usługi jest dostępna i porównywalna. Pacjenci nie czekają u nich miesiącami ani latami na wizytę. PIT-ów ani majątku nikt nie każe im publicznie ujawniać. Żaden dentysta nie był bohaterem jakiejś głośnej afery korupcyjnej. NFZ ma z nimi święty spokój i może udawać, że coś tam podatnikom refunduje. Dentobusy Radziwiłła prędko nie wyjadą w teren z kagankiem profilaktyki w szkołach, bo np. na Lubelszczyźnie nie znaleziono ani jednego chętnego dentysty do pracy w takiej ekipie.

Ale im dalej w las, tym więcej drzew. Rząd chwacko i z biglem pracuje nad zmianą przepisów, która pozwoliłaby sprowadzać lekarzy z zagranicy na uproszczonych zasadach. To ma być swoiste antidotum na nieposłuszeństwo tych blisko pięciu tysięcy lekarzy, którzy wypowiedzieli klauzulę opt-out. Uchodźcy w Polsce to podobno dopust boży i zamysł piekieł, ale okazuje się, że z wyjątkiem lekarzy.

Przypominam, że lekarz, pielęgniarka i położna spoza Unii Europejskiej, aby uzyskać prawo wykonywania zawodu, muszą nie tylko nostryfikować swój dyplom w jednym z medycznych uniwersytetów. Muszą także zaliczyć pisemny i ustny egzamin z języka polskiego, aby sprawnie komunikować się z pacjentem w zbieraniu wywiadu lekarskiego i formułowaniu zaleceń do dalszego postępowania. Powinni również wykazać się umiejętnością prowadzenia dokumentacji medycznej i sprawozdawczości dla NFZ, którego inspektorzy bywają często nieubłagani. Nie wspominając już o prokuratorach. Ale to nie koniec. Jeszcze tylko Lekarski Egzamin Końcowy i roczny staż podyplomowy. To jest standard europejski już w uproszczonej wersji wymagań, o co nieustannie upomina nas Europejska Unia Lekarzy Specjalistów (UEMS).

Szczerze mówiąc, nie wiem, co Dobra Zmiana chce jeszcze uprościć i komu. Pacjentowi, lekarzom i pielęgniarkom czy samemu sobie. Chyba że dla świętego spokoju i w nadziei na wzrost słupków sondażowych. Przykręcanie śruby lekarzom wszak podoba się wielu ludziom, chociaż nie zawsze per saldo właśnie oni bywają beneficjentami tych zabiegów.

A może rozwiązaniem byłaby abolicja dla lekarzy i pielęgniarek w przypadku przerwy trwającej dłużej niż pięć lat. Światowy kryzys skłaniał jeszcze niedawno wielu Polaków do powrotu do kraju. Czasami brak im odwagi do opowiedzenia całej prawdy. Setki, jeśli nie tysiące pielęgniarek, opiekujących się latami starszymi osobami w bogatszych krajach Europy, nie mają często żadnych dowodów na kontynuację wykonywania zawodu. Teraz w Polsce czeka ich przeszkolenie. Chociaż to niektóre z nich mogłyby doszkolić mniej doświadczone w zawodzie koleżanki.

W minionych dekadach zmieniły się warunki wykonywania większości zawodów uznawanych dawniej za wolne. Powodów tych zmian jest wiele, ale bardzo istotne wydaje się ciche przyzwolenie kolejnych szefów resortu zdrowia na medialne kompromitowanie środowiska lekarskiego, podważanie autorytetów i kwestionowanie kompetencji w imię fałszywej troski o pacjenta. Prawdziwa wolność w wykonywaniu zawodu ma wiele zalet, ale też swoją cenę. Wymaga odwagi, wytrwałości, odporności na pogoń za pieniędzmi, świadomości hierarchii celów życiowych i umiejętności opanowywania pokus.

 

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Marek Stankiewicz, stankiewicz@hipokrates.org

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.