Ostrzej, ale bez skalpela: Słodka iluzja samorządności

Marek Stankiewicz
opublikowano: 29-05-2019, 13:49

Wśród zawodów medycznych utrwaliło się naiwne przekonanie, że jeśli jakieś środowisko wywalczy sobie możliwość tworzenia samorządu, to automatycznie będzie mogło decydować o swoich losach, majętności i zasobności portfeli. Jednym słowem, będzie mogło rządzić się po swojemu. Chociaż na nie do końca swoim poletku.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

W ochronie zdrowia, oprócz lekarzy i farmaceutów, do elitarnego grona zaliczono dotychczas tylko pielęgniarki, położne, fizjoterapeutów i diagnostów laboratoryjnych. Szkopuł w tym, że medycyna w swej istocie nie składa się z elit, a elitarność wręcz jej szkodzi i ją szpeci. Bo zawsze pachnie bylejakością.

W polskiej medycynie panuje wciąż hierarchia podejmowania decyzji, często niezwiązana z autorytetami lekarskimi. Szpitalami w Polsce zarządzają dziś ekonomiści, inżynierowie. Na stanowiskach dyrektorskich przewinęli się już nawet górnik, choreograf czy stolarz. W zachodniej medycynie ta hierarchia coraz powszechniej ustępuje na rzecz partnerstwa zawodowego. W Wielkiej Brytanii lekarz i pielęgniarka to wręcz terapeutyczny duet. Ale do tego trzeba dorosnąć i pozbyć się bez reszty uprzedzeń. Bo medycyna i opieka zdrowotna to jest jeden wielki zbiorowy obowiązek i wysiłek wszystkich pracowników. Od ordynatora i szefa kliniki do dozorcy szpitalnego parkingu.

Zawodowa samorządność to nie jest sobiepaństwo, ale ochrona interesu społecznego, a nie własnej profesji. To po prostu korporacja prawa publicznego, której administracja przekazała część swoich uprawnień w przekonaniu, że te zadania wykona lepiej, staranniej i z większym namysłem niż uniwersalny urzędnik. Naczelne zadanie każdego samorządu zawodowego to mieć pieczę nad właściwym wykonywaniem zawodu. Taki sposób sprawowania władzy istotnie wzbogaca demokrację.

W naszym kręgu kulturowym bogactwo to może być oparte na takich pozytywnych wartościach, jak dobro, słuszność, sprawiedliwość, przydatność, zasadność, poprawność itp. Nie powinno być zaś oparte na innych wartościach, które nie korespondują z normami moralnymi funkcjonującymi w naszym kręgu kulturowym, np. interesem silniejszego, bogatszego, sprytniejszego czy też maksymalizacją zysku bez uwzględnienia innych czynników. A więc, jakby z definicji, żaden zawodowy samorząd (w zawodach zaufania publicznego), nie może dążyć do „załatwienia” sobie czegokolwiek w drodze czynnego protestu i w formie świadomej odmowy świadczenia pracy na rzecz swoich podopiecznych.

Jeszcze mam w uszach zgiełk awantury z 2015 roku, gdy ustawa o zawodzie fizjoterapeuty przyznała tym specjalistom prawo do samodzielnego wdrażania postępowania terapeutycznego. Co więcej, mogli kwalifikować pacjenta do zabiegów bez zlecenia lekarza, a także odmawiać wykonywania zleceń. A więc żyć i nie umierać? Czy może z deszczu pod rynnę?

Przecierałem oczy ze zdumienia, gdy 7 maja 5 tys. fizjoterapeutów zamiast do pracy poszło oddać krew. Bo za mało zarabiają. Mówią, że chcą być zauważani, tak jak lekarze, pielęgniarki i ratownicy medyczni. I że trzeba się liczyć z dłuższym oczekiwaniem na wizytę u nich. Ciekawe, czy równie dziarsko obrażą się na prywatne wizyty w domach pacjentów?

Marek Stankiewicz
Zobacz więcej

Marek Stankiewicz

Szkoda, że przez cztery lata samorząd zawodowy fizjoterapeutów nie odnalazł dla siebie takiej niszy w systemie ochrony zdrowia, z której można by czerpać zawodową inspirację przez całe lata. Fizjoterapeuci mają do odegrania ważną rolę nie tylko w rehabilitacji chorych, ale również w profilaktyce. Dziś podejmuje się systemowe kroki w walce o zdrowe kręgosłupy najmłodszego pokolenia Polaków. Promuje się w szkołach zakupy szafek na książki i przybory, by walczyć z ciężkimi uczniowskimi plecakami. W procesie leczenia fizjoterapeuci odgrywają równorzędną rolę w stosunku do innych specjalistów, a dobra współpraca w zespole jest gwarantem sukcesu terapii.

Samorząd zawodowy fizjoterapeutów zaapelował do ministra zdrowia: „Nie czekajmy, aż frustracja grupy zawodowej, którą reprezentujemy, znajdzie ujście na ulicach, a głównym poszkodowanym znów będzie polski pacjent, który pozostanie bez opieki” — czytamy w stanowisku Krajowej Rady Fizjoterapeutów z 29 kwietnia.

Nic tak nie zaciska szczęk zdesperowanych protestujących, jak fajnie napisany akt strzelisty. Obawiam się, że najmniej tego pohukiwania boją się pewni swego włodarze służby zdrowia z ul. Miodowej, a najbardziej rozżalone na końcu będą rodziny osób dotkniętych kalectwem, dla których pomoc fizjoterapeuty dotychczas była prawdziwym zbawieniem. A może o ich poparcie warto byłoby najpierw powalczyć? Samorządność zawodowa miewa również skuteczniejsze oblicza.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Marek Stankiewicz

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.