Ostrzej, ale bez skalpela: Retoryka nie zastąpi konkretów

Marek Stankiewicz, stankiewicz@hipokrates.org
opublikowano: 20-12-2017, 02:00

Marzy mi się, aby na świątecznych stołach rozsmakował nas karp i barszcz z uszkami. A na balach i prywatkach sylwestrowych królował szampański humor zamiast starannie z roku na rok ustawianej barykady pomiędzy współbiesiadnikami. Może jestem naiwny, ale podobno takie samo marzenie ma nowy premier.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Pamiętam niemal wszystkie w ostatnim ćwierćwieczu tęskne i błagalne spojrzenia lekarzy i pielęgniarek kierowane ku kolejnym premierom. Środowiska te zawsze czujnie nadstawiały uszy, co nowy premier powie o ochronie zdrowia. No właśnie, co powie. A nie co i jak zrobi. Słowa potrafią ranić dotkliwiej niż sztylet, gdy jedni drugich nazywają już to oszołomami i ciemnogrodem, już to zdrajcami, bezbożnikami i brukselskimi lumpami. Ale słowa również opisują nam świat, dają nadzieję, a nawet czasem leczą. Wszystko zależy od kontekstu, dobrych lub złych intencji oraz spokojnego albo egzaltowanego tonu wypowiedzi.

Marek Stankiewicz
Zobacz więcej

Marek Stankiewicz

Mateusz Morawiecki w swoim exposÉ nie odkrył jakiegoś nowego kontynentu szczęśliwości. Powiedział jak ma być, a nie jak będzie. Każdy sprytny polityk, obejmujący stanowisko premiera w czasie głośnego protestu najmłodszego pokolenia lekarzy, mając do dyspozycji sejmową mównicę i kamery telewizyjne, wymieniłby jako priorytetowe i arcyważne właśnie zmiany w służbie zdrowia. Każdy również obiecałby, że publiczne wydatki na ochronę zdrowia wzrosną skokowo do 6 proc. PKB w ciągu kilku lat. Kilku to znaczy ilu: trzech czy dziewięciu? Bo przecież o to toczy się rządowy spór z przedstawicielami środowisk medycznych. Spór, który z fotela wicepremiera Morawiecki na zimno obserwował i analizował przez ostatnie dwa lata.

Premier iście filozoficznie zauważył, że nowotwory i choroby układu krążenia odpowiadają w Polsce za trzy czwarte zgonów. Nie wiem, czy pogratulować, czy ubolewać nad takim skrótem myślowym. Ale nasi rodacy i ich dzieci chorują również na choroby uleczalne, a ich zmorą w powiatowej i gminnej Polsce jest okupione strachem o własne zdrowie oczekiwanie na porady specjalistyczne. Aż w końcu nowy premier odwołał się do niemal już wyświechtanego argumentu uszczelniania systemu ochrony zdrowia, lansowanego przez rząd jego dzisiejszych politycznych rywali. „Nie można nalewać nowego wina do starych naczyń. W ochronie zdrowia nie może być prywatyzacji zysków i upaństwowienia strat” — obwieścił Mateusz Morawiecki. Czyli prywatny sektor medyczny na razie nie ma na co liczyć. A najgorsi dyrektorzy szpitali w publicznej służbie zdrowia mogą odetchnąć z ulgą. Znowu im się uda.

„Państwo wraca do gry na poważnie. Musimy sprawić, że… Nie możemy pozwolić na... Mamy w ręku unikalną szansę. Musimy się przekonywać, a nie pokonywać” — to wybrana z exposé premiera jego unikatowa retoryka, która miała zastąpić konkretne rozwiązania. Chciałbym użyć stonowanych słów, opisując moje wrażenia z tego nudnego seansu, ale chyba się nie da. Nie mam wątpliwości, że współczesnego lekarza powinna charakteryzować bardzo gruba skóra. I nie chodzi o znieczulicę czy lekceważenie pacjentów, lecz o uodpornienie się na ich ataki.

A my wciąż udajemy, że czynimy demokrację bardziej użyteczną, jednocześnie okładając się wyzwiskami. Tymczasem dzisiejsze kultury splatają się ze sobą, a style życia znajdują naśladowców w różnych kulturach. Robienie zaś z siebie pępka świata i nieprzemakalnego arbitra moralności już nie tylko śmieszy, ale, co gorsza, zasmuca. Polska Ludowa wmawiała nam, że jesteśmy społeczeństwem jednorodnym etnicznie, narodowościowo i religijnie. Homogenizacja miała służyć interesom ówczesnego reżimu. Nic bowiem tak nie podsyca strachu i nie wywołuje agresji, jak nieznajomość problemu, który często dla uproszczenia ukazywany jest w sposób zupełnie odmienny od jego rzeczywistej rangi i skali występowania. 

Pamiętajmy, iż potrzeba empatii jest tak duża, że stwarza ogromny obszar swobody i finezji działania dla różnej maści szarlatanów. To nic, że nie bardzo wiedzą, co począć z naszym zdrowiem, ale są nam w stanie okazać prawdziwy ocean empatii. Potrafią być smutni naszym smutkiem i płakać, gdy nas boli. 

To wszystko miałoby sens i zasługiwałoby na obywatelski aplauz, gdyby narodowa służba zdrowia była w stanie zapewnić podatnikowi pełny dostęp do optymalnych terapii. Ograniczanie dostępu do środków publicznych tylko do szpitali, w których rząd kontroluje sposób wykorzystania pieniędzy, jest pułapką, która już niejednemu skręciła kark. Rząd nadal dumnie kroczy drogą wiodącą ku upaństwowieniu, kontroli, nadzorowi i regulacji wszystkiego, co można uregulować. Tylko co z tego politycznego galimatiasu przypadnie pacjentowi i jego lekarzowi, których rozgrzane mózgi naprawiaczy świata coraz bardziej od siebie izolują. 

 

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Marek Stankiewicz, stankiewicz@hipokrates.org

× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.