Ostrzej, ale bez skalpela: Pandemiczne kuglowanie

Marek Stankiewicz, stankiewicz@hipokrates.org
opublikowano: 02-12-2020, 18:17

Podobno dzień po dniu, niemal od dekady jesteśmy coraz bliżej prawdy. Ale prawda niejedno ma imię. Manipulacja statystykami i epidemiologiczną terminologią wręcz kwitnie. Właściwie nie wiemy, kto gromadzi dane o zachorowaniach, a kto je potem ogłasza. Różnice opinii ekspertów są widoczne gołym okiem. Liczba zgonów jest niewspółmierna do zakażeń. 60 proc. pozytywnych wyników testów na obecność wirusa zwala z nóg. Europa szykuje się na obostrzenia również w nadchodzącej zimie. Austria już wprowadziła narodową kwarantannę i planuje masowo testować obywateli, by mieć „w miarę bezpieczne święta”.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Marek Stankiewicz

Polityczna kakofonia spowodowała całkowite lekceważenie przestróg i zakazów przez rozgrzane już to do białości, już to do czerwoności tłumy na ulicach i placach. Wyznaczono dziwaczną wysokość poprzeczki 75/100 tys., po strąceniu której ma zapanować narodowa kwarantanna. I nagle okazało się, że pandemia wygasa, a rekord z 7 listopada był być może tylko błędem statystycznym. Im mniej wykonanych testów, tym mniej zakażeń. Czyli proste zadanie z algebry na poziomie szkoły podstawowej.

Opracowanie szczepionki w rekordowym czasie jest niebywałe z punku widzenia wiedzy i wyobraźni medycznej. Jak również, że jest ona uznawana za skuteczną (effective) w 90 proc. Istnieje tu jednak istotne nieporozumienie w sprawie stosowanego nazewnictwa, które może sprzyjać nowym teoriom rozmaitych kuglarzy lub czarodziejom mas.

W języku angielskim istnieją dwa terminy: efficacy i effectiveness. Leksykalnie oznaczają z pozoru to samo: skuteczność. Wszystkie oryginalne doniesienia o szczepionce Pfizera są sformułowane po angielsku, więc będę się trzymać tego języka. Efficacy szczepionki jest mierzona w idealnych warunkach eksperymentalnych. Zaś effectiveness szczepionki to wyniki aktualnie uzyskane przy jej praktycznym zastosowaniu w rzeczywistych warunkach i populacjach. Różnice między efficacy i effectiveness mogą być zatem bardzo znaczne. Skuteczność w warunkach eksperymentalnych wcale nie musi znaleźć przełożenia na praktyczne zastosowanie w rzeczywistych populacjach. Optymistyczne oczekiwania już nieraz zawiodły. Doniesienia prasowe pomijają tę różnicę, być może jej nie rozumiejąc, i głoszą, że szczepionka jest „90 proc. effective”. Na prawdziwą analizę statystyczną przyjdzie jeszcze czas.

Świetlisty szlak, po którym ludzkość będzie kroczyć do triumfu nad pandemią, został dopiero lekko przetarty z gęstej mgły, która spowija go od miesięcy. Studziłbym te emocje. Rejestracja szczepionki jest spodziewana wiosną 2021 r., a do naszego kraju dotrze może dokładnie za rok. Do tego dochodzą problemy z logistyką. Szczepionka wymaga starannej dystrybucji. Musi być przechowywana w temperaturze 70 stopni Celsjusza poniżej zera oraz należy ją podawać w dwóch dawkach w odstępie kilku tygodni. Warto już dziś pomyśleć, jak zorganizować taki proces. Odkrycie uczonych z laboratoriów Pfizera nie może więc stanowić alibi dla twórców politycznych układanek i złotoustych deklaracji o rzekomym zabezpieczeniu wielomilionowej puli szczepionkowej. Zdaniem uznanego immunologa dr. Pawła Grzesiowskiego, czeka nas pulsacyjne wychodzenie z pandemii, nawet do pięciu lat. Bez gwarancji ponownego zakażenia.

Pandemicznych harcowników nie opuszcza dobre samopoczucie ani z dnia na dzień pogłębiający się decyzyjny chaos w polskiej ochronie zdrowia. Z powiatowych szpitali czyni się dziś lazarety, odcinając przewlekle chorych mieszkańców od opieki, która należy im się jak psu zupa. I to nie przez byle teleporadę, gdy żebrzą o przedłużenie recepty na leki w nadczynności tarczycy czy laboratoryjne sprawdzenie poziomu hormonów.

Ciężko chorych COVID-owców bezczelnie segreguje się według poziomu saturacji = 95 i na tej podstawie akceptuje poziom finansowania. Nieważne, czy przed, czy po podłączeniu tlenu. Generalnie brakuje tlenu i centralnej dystrybucji. Karetki bez respiratora to fortece bez armat.

Systematycznie korkują się szpitalne kostnice. Państwo umywa ręce od odpowiedzialności za organizację pochówku. Dylemat: kto ma pochować zmarłego, gdy niemal cała jego rodzina jest na kwarantannie, staje się coraz powszechniejszy.

W szpitalach pojawił się szpieg w zielonym mundurze, pieszczotliwie przez personel zwany oficerem łóżkowym. Ma za zadanie zameldować komu trzeba, czy na łóżkach nie leżą statyści, i pogonić kota leniom w białych kitlach. To inicjatywa jako żywo przypominająca inspekcje robotniczo-chłopskie ze stanu wojennego, których członkowie zazwyczaj rekrutowali się spośród aparatczyków ówczesnego reżimu.

Ze strachu trzęsą się pacjenci onkologiczni, bo później wykrywa się nowotwory, a w efekcie leczy się je mniej skutecznie. Z kolei pacjenci z chorobami przewlekłymi, takimi jak nadciśnienie tętnicze lub cukrzyca, bez regularnej kontroli lekarskiej są narażeni na poważne powikłania. Medycyna, jaką sobie wymarzyliśmy, z dnia na dzień obumiera i przestaje być dla zwykłego zjadacza chleba ostoją i punktem oparcia.

Na temat zagrożenia pacjenta w gabinecie stomatologicznym i prawdziwych izolatoriów panuje niezmiennie cisza. Kokietowanie medialne lekarzy w dobie epidemii ma się nijak do realiów, które towarzyszą ich pracy. Na każdym dyżurze, bez kombinezonowych zabezpieczeń, nadziewają się na pacjenta z COVID-em, bo chirurgia to przecież często nagłe przypadki i urazy, lądujące wprost z ulicy na stole operacyjnym.

Czas przebywania pracownika ochrony zdrowia na kwarantannie co do zasady jest okresem nieskładkowym. Warto o tym dziś pomyśleć, aby kiedyś, przy ubieganiu się o godziwą emeryturę, nie przeżyć szoku czy rozczarowania.

Okryta wątpliwą sławą wielkoduszność władzy, przyznającej 200 proc. wynagrodzenia dla lekarzy, nie wiadomo, do jakiej podstawy się odnosi. Co więcej, to tylko polecenie ministra zdrowia wobec szefa NFZ. Bez żadnej gwarancji ustawowej. Ani słowa o ubezpieczeniu od konsekwencji zakażenia i choroby w trakcie wykonywanych czynności. Ani o zabezpieczeniu rodziny w najgorszym ze scenariuszy. Ten wist spod dużego palca nie niesie żadnej istotnej pomocy lekarzom zatrudnionym w szpitalach uniwersyteckich na część etatu. Tysiące zaangażowanych fachowców dostanie dodatkowe wynagrodzenie, obliczone jedynie od tej części etatu, w ramach której zatrudnieni są w szpitalu.

Czasem myślę sobie, czy tylko te drzwi trzeba naoliwić, które skrzypią?

Źródło: Puls Medycyny

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.