Ostrzej, ale bez skalpela: Ofensywa wdzięku

Marek Stankiewicz, stankiewicz@hipokrates.org
opublikowano: 07-02-2018, 00:00

„Musimy ze sobą rozmawiać i sprawić, by system ochrony zdrowia dobrze działał” — powiedział minister zdrowia Łukasz Szumowski podczas spotkania z Naczelną Radą Lekarską.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

„Musimy ze sobą rozmawiać i sprawić, by system ochrony zdrowia dobrze działał” — powiedział minister zdrowia Łukasz Szumowski podczas spotkania z Naczelną Radą Lekarską. Wyważony ton rozmowy i salonowe maniery, zamiast zarozumiałych połajanek i lekceważenia, są tylko środkiem, a nie celem samym w sobie. Pokusa, żeby iść na skróty i nie pytać innych o zdanie, jest wielka. Przywiązanie do własnego pomysłu, przekonanie o jego zbawiennym znaczeniu to naturalna cecha autorów projektów ustaw i rozporządzeń. Szkoda, że ani na chwilę nowy minister się nie zająknął, że już 5 stycznia stary wiceminister zdrowia Marek Tombarkiewicz w odpowiedzi na masowe wypowiadanie przez lekarzy klauzuli opt-out, przygotował projekt zmiany ustawy o zawodach lekarza i dentysty.

Marek Stankiewicz
Zobacz więcej

Marek Stankiewicz Fot. ARC

Krótko mówiąc, chodzi o umożliwienie lekarzom spoza Unii odbywanie stażu podyplomowego na zasadach obowiązujących obywateli polskich. Czyżby więc Ukraińcy i Białorusini, Arabowie od Maroka po Pakistan, bez konieczności nostryfikacji dyplomów i wykazania się biegłością w języku polskim, byli obsadzani na dyżurach zamiast krnąbrnych polskich lekarzy? Tymczasem nasza rodzima młodzież lekarska będzie mogła ubiegać się o wolne miejsca specjalizacyjne na terenie całego kraju. Już widzę tę radość na licach młodych adeptów medycyny z Suwałk czy Koszalina ze zdobycia swej upragnionej rezydentury we Wrocławiu lub Rzeszowie. Jeśli to jest „światełkiem w tunelu”, o którym wszem i wobec trąbi minister zdrowia i jego otoczenie, to zastanawiam się, jak długi okaże się ten tunel.

Ale wiceminister Tombarkiewicz kroczy jeszcze śmielej. Przedstawił Radzie Ministrów coś nieprzystającego nie tylko do podstawowych wartości Unii Europejskiej, ale budzącego złe skojarzenia z mrocznych lat komuny. Chce wprowadzenia finansowej umowy lojalnościowej dla specjalizujących się lekarzy. Ma to być dobrowolne zobowiązanie się lekarza do odpracowania w Polsce, po uzyskaniu tytułu specjalisty, co najmniej tego samego okresu, gdy otrzymywał dodatkowe wsparcie finansowe, wynikające z umowy. Oznacza to swoisty bat na lekarzy, ukręcony na nich w związku z zapowiadaną migracją do Europy Zachodniej. Takie rozwiązanie byłoby wielce wątpliwe w świetle konstytucji, która gwarantuje darmowy system kształcenia w Polsce. Jako żywo przypomina mi to lata siedemdziesiąte ubiegłego stulecia, kiedy do uzyskania paszportu na wyjazd za żelazną kurtynę wymagano od lekarza podpisania weksla o wartości kosztów studiów.

Podoba mi się natomiast pomysł wprowadzania dwóch nowych egzaminów, tj. Państwowego Egzaminu Modułowego (PEM) i Państwowego Egzaminu Umiejętności (PEU). Praktyka dowodzi, że w toku specjalizacji lekarze z niejednakowym talentem, entuzjazmem i umiejętnościami zmierzają do zawodowej perfekcji. Nie ma sensu czekać 5-6 lat, aby się przekonać, czy można im już powierzyć obowiązki lekarza dyżurnego — oczywiście, przy zachowaniu realnego i bezpiecznego ich pełnienia. Są kraje europejskie, w których podpis specjalisty wystarczy, by uznać młodego lekarza za specjalistę. W resortowym projekcie podzielono dyżury medyczne na samodzielnie prowadzone przez lekarza, który uzyskał pozytywną opinię kierownika specjalizacji, oraz na dyżury towarzyszące. 

Dotkliwą luką w prawie jest brak czytelnego określenia statusu i losu lekarza, który zakończył szkolenie specjalizacyjne i uzyskał decyzję dopuszczenia do PES, ale do niego nie przystąpił lub go nie zaliczył. Wypełnienie tej luki, dla bądź co bądź dojrzałego lekarza grubo po trzydziestce, z trójką dzieci dałoby mu możliwość udzielania świadczeń zdrowotnych finansowanych w ramach umowy z oddziałem wojewódzkim NFZ. Skazywanie go na zawodową banicję lub niebyt byłoby nie tyle okrutne, co rozrzutne i niemądre.

Nie namawiam, aby ciągnąć za uszy lekarzy, którym nie chciało się kiedyś dokształcać. Często słyszę to święte oburzenie dyplomowanych specjalistów. Nic w tym dziwnego, że każdy strzeże dostępu do swojej piaskownicy. Okazuje się, że osławiona i z lekka wyświechtana solidarność lekarska ma również wiele zwrotów i odcieni.

Prawda ma jednak wstydliwe oblicza, o których czasem wolimy nie pamiętać. Przypominam, że dwustopniowa specjalizacja lekarska posiada swoją dobrą i złą legendę. O ile specjalizacje, doktoraty i zagraniczne stypendia były oczywistą codziennością w miastach akademickich, o tyle w Polsce powiatowej dość powszechną praktyką było intensywne przeszkolenie młodego lekarza, aby jak najszybciej powierzyć mu pełnienie dyżurów czy przyjmowanie tłumów matek z dziećmi w poradniach, specjalistycznych zresztą. Temu właśnie miała służyć tzw. jedynka po 2-3 latach praktyki, a niekiedy i szybciej. Czas na uzyskanie uprawnień determinowała wówczas lokalna potrzeba kadrowa, a nie litera prawa. „Jedynkowicze” sami w nocy znieczulali, operowali i robili niemal wszystko to, czego NFZ im teraz odmawia. Klucz do pełnej specjalizacji był wówczas pilniej niż dziś strzeżony.

Przekonanie ludzi, aby robili dokładnie to, czego chce władza, jest o wiele prostsze, niż to się może komukolwiek wydawać. Manipulowanie ludźmi, również lekarzami, było, jest i będzie aż po kres cywilizacji. Najważniejsze, by młodzież lekarska, nakłaniana do kapitulacji i rezygnacji ze swych praw i osobistego interesu, nie uwierzyła rządowym PR-owcom, że beneficjentem ich poświecenia będzie zawsze pacjent. Reszta tkwi w pokładach ich wyobraźni, talentu, entuzjazmu i młodzieńczego sprytu.

Pogoda dla przełomu do normalności jest nadal, oględnie mówiąc, taka sobie. W ochronie zdrowia dwie zasady były i pozostaną kluczowe: wprowadzanie zmian poprzez dialog, a z tym było ostatnio bardzo źle, oraz planowanie decyzji z wyprzedzeniem. Z tym ostatnim jest jeszcze gorzej, bo dominują tu: ściemnianie, brak wiarygodności i awantura z gremiami unijnymi. Zmian nie można wprowadzać „po cichu” ani „od poniedziałku”, tak jak to było do tej pory. To przecież niemądra polityka, która tylko wzmacnia żal partnerów społecznych, wyczuwających lekceważenie, i oddala zatopioną w dumie władzę od szczytnego celu.

 

 

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Marek Stankiewicz, stankiewicz@hipokrates.org

× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.