Ostrzej, ale bez skalpela: majątkowy striptiz

Marek Stankiewicz, stankiewicz@hipokrates.org
opublikowano: 06-12-2017, 23:27

Wydaje się, że im większa transparentność ludzi decydujących o publicznym groszu, tym lepiej. Jednak nawet szczytna intencja usankcjonowania tego może odbić się czkawką, gdy się zdrowo przesadzi. Tak jak w projekcie ustawy o jawności życia publicznego autorstwa ministra tajnych służb.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Już od przyszłego roku blisko trzy tysiące osób ze środowiska medycznego i ich rodzin obejmie obowiązek składania oświadczeń majątkowych i publicznego ich ujawniania. Najbardziej zawrzało w środowisku orzeczników ZUS oraz komisji lekarskich. Zachodzę w głowę, jak głęboko sięgają macki parlamentarnych trolli, zachwyconych „antyliberalnym acz patriotycznym” ustawodawstwem? Czy do tego, kto ujawni swój majątek, zgromadzony przez całe zawodowe życie, przylgnie łatka łapówkarza, a może „przewalacza” lub wręcz złodzieja. Jeśli taki zabieg socjologiczny ma stanowić uciechę dla gawiedzi, tropiącej spiski za każdym rogiem ulicy, to taki cel z pewnością uświęci środki.

Marek Stankiewicz
Zobacz więcej

Marek Stankiewicz

Praca orzecznika ZUS już od dawna przestała być kojarzona z synekurą czy żłobem, z którego można sobie czerpać garściami. To już nie ta epoka. Nie dość, że ZUS-em targa lekarski kadrowy kryzys, to właśnie kolejnych 650 orzeczników zapowiada rozstanie z etatową pracą w tym zakładzie, gdzie się średnio zarabia 6226 złotych brutto za 8 godzin. Plus wolne soboty i święta, bez konieczności tyrania na dyżurach. Lekarze trafiają tam w różny sposób, często zachęceni czyjąś osobistą relacją, czasem z ogłoszenia, czasem zatrudniając się „tylko na przeczekanie”, i zostają na wiele lat. Dla niektórych jest to podstawowe miejsce pracy, dla innych jedno z wielu. Ci pracują tu tylko w niektóre dni tygodnia, czasem wyłącznie popołudniami.

Orzecznikiem nie może zostać pierwszy z brzegu lekarz. Wymagania są wciąż bardzo wyśrubowane. Musi to być specjalista w zakresie chorób wewnętrznych, chirurgii, neurologii, psychiatrii, medycyny pracy, medycyny społecznej po specjalnym przeszkoleniu ZUS. A więc lekarz praktycznie nie wcześniej niż dziesięć lat po uzyskaniu dyplomu. Ale ze świecą szukać w młodym pokoleniu nowych orzeczników. Młodsi specjaliści nie garną się do tej pracy z uwagi na mało konkurencyjne zarobki. Zdaniem lekarskiej młodzieży, praca w ZUS ani chybi uczyni z nich policjanta i prokuratora w jednej osobie. A to już niewybaczalny obciach.

Zdaniem moich rozmówców, orzecznik to raczej urzędnik, który nie diagnozuje ani nie leczy pacjenta. Co więcej, swoje lekarskie doświadczenie sprzedaje za cenę zawodowego spokoju. Jaką więc większą ujmę dla ambitnego specjalisty może przynieść mu los, gdy nie tylko nie nasyca się satysfakcją z pomocy cierpiącemu, ale wręcz naraża się na gniew, furię i nienawiść roszczeniowych osób, które próbują nabrać go niczym napastnik sędziego piłkarskiego na rzut karny. Niejeden orzecznik salwował się już odholowaniem swojego auta spod siedziby ZUS po przebiciu wszystkich opon...

Praca orzeczników bywa niewdzięczna i wypalająca. Trzeba nauczyć się czytać setki stron dokumentów i wiedzieć, gdzie czego szukać. Często problemem są ludzie autentycznie chorzy, którzy nie zgromadzili odpowiednich zaświadczeń. Lekarz w szpitalu musi wierzyć, że pacjent mówi prawdę. A orzecznik niekoniecznie. Musi mieć ograniczone zaufanie, bo część pacjentów i lekarzy, czasem profesorskich autorytetów, chce go zwyczajnie oszukać. A tu trzeba szybko podjąć i uzasadnić niezależną decyzję. Czasem bardzo różną od tego, co na temat stanu swojej sprawności myśli osoba badana. Musi też umieć obronić swoje stanowisko w ewentualnej dyskusji z głównym orzecznikiem, który może skierować sprawę do komisji lekarskiej. Wreszcie nie może mu zabraknąć argumentów, by stawić czoło werdyktowi sądu, do którego należy ostatnie słowo. O dziwo, żaden orzecznik nie może skorzystać z pomocy prawnej ZUS w procesach sądowych z rozczarowanymi pacjentami. A pacjenci zastanawiają się, skąd przy tak rzetelnych orzecznikach, aż tyle przegranych przez ZUS spraw sądowych.

Lustracja orzeczników to tylko przygrywka do rewolucyjnych zmian w przyznawaniu rent. Niedługo każdy będzie „zdolny do pracy”. Orzeczenia o niezdolności odejdą do lamusa. Szczegóły poznamy wiosną przyszłego roku. Zmianie ma ulec filozofia orzekania o niezdolności do pracy. Rencistów będzie mniej, za to oszczędności więcej. Jeszcze przed dwudziestu laty świadczenia rentowe pobierało 2,7 mln Polaków. A dziś zaledwie lekko poniżej miliona. Nie ma co inwestować w podróż do Lourdes, bo ZUS nas uzdrowi. Cud spełni się, gdy chorób nam przybędzie, a nasz stan zdrowia się poprawi w stosunku do poprzedniej wizyty u orzecznika ZUS.

Ukrócenie cwaniactwa i kombinatorstwa jest wyzwaniem dla każdej władzy. Sporo złego nadal czynią fikcyjni opiekunowie, młodzi ludzie, którzy zamiast zabrać się do pracy, wyłudzają świadczenia pielęgnacyjne 1406 złotych miesięcznie na rzekomo niezdolnych do samodzielnej egzystencji członków ich rodzin.

Ale warto przypomnieć rozmaitym partyjnym paliwodom i pędziwiatrom, że orzeczenia o niezdolności do pracy wynikają z międzynarodowych standardów, a nie z wewnętrznych przepisów ZUS. Tu nie da się tak samo majstrować, jak dotychczas przy innych ustawach. Zadaniem lekarza orzecznika ZUS jest ustalenie, w jakim stopniu schorzenia występujące u pacjenta upośledzają funkcje organizmu oraz czy to upośledzenie ma wpływ na zdolność do pracy w określonym zawodzie i czy istnieje celowość przekwalifikowania zawodowego. Takie rozróżnienie wyklucza utożsamianie niepełnosprawności z niezdolnością do pracy, czego być może oczekiwaliby często ludzie generalnie znudzeni pracą. Takie właśnie dylematy dzień w dzień „bierze na klatę” setki orzeczników w 43 oddziałach ZUS.

Lustracja bogatych przez biedniejszych zawsze rozbudzała zmysły. Odwrotnie raczej nigdy. Ciekawość i zaglądanie do kieszeni bliźniemu są częścią naszej narodowej tożsamości. Oby nie okazało się, że będzie z tego więcej perypetii, zgrzytów i ambarasu. Przypomina mi się lustracja konsultantów krajowych i wojewódzkich z 2013 roku. No i co z niej wynikło? Liczne rezygnacje z tych funkcji. Czy rozchwytywany po całym świecie wybitny polski profesor zechce narażać się na wątpliwe ryzyko, że przeciętny zjadacz chleba zinterpretuje jego źródła dochodów w sposób dla siebie dowolny i będzie próbował dowieść, że nastąpił konflikt interesów oraz naruszenie prawa. Ktoś tu znowu postanowił wylać dziecko z kąpielą.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Marek Stankiewicz, stankiewicz@hipokrates.org

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.